Kraj

Czemu protesty nie działają? Rozwadowska: W centralach związkowych nie widać woli walki

Adriana Rozwadowska

Strajk czy protest to jest przedsięwzięcie logistyczne wymagające zarządzania emocjami. Tak naprawdę nie zaczyna się pierwszego dnia, ale po tygodniu, kiedy ludzie tracą wiarę, pojawiają się defetyści, poczucie bezsensu i rośnie strach o utratę pracy. Michał Sutowski rozmawia z Adrianą Rozwadowską.

Michał Sutowski: Minęło już półtora roku pandemii. Niektórzy, w tym ja, liczyli na jej początku, że zaczniemy dzięki niej doceniać wartość takich zawodów jak pielęgniarka, ratownik medyczny, nauczycielka czy lekarz. I że będziemy gotowi przyznać im – także z własnych podatków – wyższe wynagrodzenia. Różne grupy, obok wymienionych m.in. pracownicy sądów i prokuratur, a także ZUS-u protestują w tej sprawie, bądź chcą protestować. Na razie jednak niewiele z tego wynika. Dlaczego właściwie? Nawet pandemia nam nie uświadomiła, jak bardzo oni wszyscy są ważni?

Adriana Rozwadowska: Niczego nie zmieniła – chyba że chodzi o poziom czysto deklaratywny, ale deklaracje nic nie kosztują, tak samo, jak nic nie kosztowały oklaski dla medyków.

Kiedy kilka tygodni temu pisałam o przepracowanych urzędniczkach ZUS-u pracujących za płace bliskie minimalnej, to wywołało to pewne poruszenie. Ale pisałam też wtedy, że daję sprawie tydzień. I tak się stało: przez kilka dni politycy odpamiętywali briefy: „Jak można przyznawać podwyżki politykom, kiedy ratownicy, nauczyciele, urzędniczki…”. A potem podwyżki dla polityków przeszły i budżetówka przestała być użytecznym narzędziem politycznym. Znów nikt o tym nie mówi, może oprócz partii Razem.

Sondaże pokazują co prawda większe niż zwykle poparcie dla ewentualnego dorzucenia się ekstra na ochronę zdrowia, bo teraz popierają je ludzie o silnie liberalnych poglądach, do tej pory zwolennicy jak najtańszego państwa. Widzą w nim szanse na przewrócenie rządu i traktują instrumentalnie.

Po co nam protesty, które nie obalają PiS-u?

Ale żeby odpowiedzieć na pytanie o skuteczność protestów, zaczęłabym od ogólnej sytuacji na rynku pracy i w związkach zawodowych, bo protest budżetówki to część tej układanki. Bo w marcu 2020 roku, czyli na początku pandemii, byłam przerażona.

Czym konkretnie?

Myślałam, że w kolejnych miesiącach nie wygrzebię się z maili i telefonów od wyrzucanych z pracy, oszukiwanych i poszkodowanych na różne sposoby pracowników i pracownic. Że będzie ich dużo więcej, no bo recesja, bo nie wszyscy pracodawcy będą uczciwie korzystać z rządowej pomocy.

A tymczasem?

Przez rok właściwie nie dostawałam zgłoszeń od związkowców czy pracowników z prośbą o interwencję.

Pracownicy tak bardzo się przestraszyli pandemii, że w ogóle przestali się skarżyć?

Zdecydowanie obniżyli oczekiwania, wręcz się ich wyzbyli. Dopiero po trzeciej fali ośmielili się znowu. Pandemia wzmocniła postawy Polaków, którzy wbrew obiegowym opiniom w pracy są ulegli i zdyscyplinowani, a na dźwięk słowa „recesja” czy „kryzys” grzecznie milkną.

A może po prostu pracownikom było dobrze, bo skutecznie zarządzano kryzysem? I naprawdę nie było o czym do ciebie pisać?

Skoro ponad 100 tysięcy pracowników i pracownic gastronomii i 100 tysięcy hotelarstwa straciło pracę w kilka miesięcy, i to z dnia na dzień, bo przytłaczająca większość pracuje na śmieciówkach, to raczej mieli o czym pisać.

Ale?

Ale zrobili to, co Polacy zawsze w takich sytuacjach: nie licząc na państwo, radzili sobie na własną rękę. Bo jak państwo może im pomóc – przy takiej wysokości zasiłku dla bezrobotnych, przy umowach śmieciowych? Owszem, pomaga teraz rodzinom, ale ubóstwo wśród osób samotnych rośnie, dla takich osób wsparcia nie ma prawie wcale – no a pracownicy gastronomii to często ludzie młodzi, zazwyczaj nieposiadający jeszcze własnej rodziny.

W pandemii i poza nią – jak się ma wspierającą rodzinę i mieszkanie po babci w spadku, to sobie człowiek poradzi, gorzej, jeśli ułożyło mu się tak, że jest sam, nie ma sieci społecznego wsparcia i tylko jedną wypłatę. Sieć wsparcia jest kluczowa dla przetrwania w kraju o tak przypadkowej polityce społecznej. To jest też zresztą powód niechęci do podatków: nie wierzymy, że państwo wyda je sensownie, wolimy mieć nawet tę odrobinę więcej, żeby radzić sobie samemu.

Co to więc znaczy, że „poradzili sobie tak jak zawsze”?

Tak samo jak w latach 90., w trudnym czasie transformacji, potem przy wysokim bezrobociu tuż przed wejściem do Unii Europejskiej, no i jeszcze później, w czasach „ciepłej wody w kranie”. W tym wypadku ogromna część pracowników gastronomii się przebranżowiła, w efekcie czego podaż pracy jest tam naprawdę niska.

5 spraw, które nie powinny wam umknąć w czasie stanu wyjątkowego

Ludzie potracili pracę, ale nie chcą do niej wrócić, kiedy już można?

Widać to na forach, że kiedy to pracodawca wrzuca ogłoszenie, to reakcji jest niewiele, a stawki są wyśmiewane. A kiedy wrzuca ogłoszenie pracownik, z miejsca dostaje kilkanaście odpowiedzi. Trzeba dodać, że pracodawcy w gastronomii długo pracowali na ten stan.

Co to znaczy?

W branży umowy o pracę są wyjątkiem, elastyczność zleceń bardzo im odpowiadała. Szok nastąpił, kiedy pracownicy sami postanowili z tej elastyczności skorzystać: zniknęli i nie chcą wrócić. Spora grupa uważa zresztą, że pandemia popchnęła ich do najlepszej decyzji, jaką mogli podjąć – opuszczenia prekarnej branży na zawsze.

Mówisz o problemach w gastronomii i że ludzie tracili zatrudnienie z dnia na dzień, ale rynek pracy jako całość po pandemii chyba wygląda nieźle? Zwłaszcza na tle innych krajów UE. Nawet nieżyczliwi rządowi ekonomiści to podkreślają…

Fakt, sama byłam rok temu przekonana, że będziemy wręcz potykać się na ulicy o bezrobotnych i bezdomnych. Przy całej niechęci do rządzących – jeżeli chodzi o tarcze antykryzysowe, to jestem pod wrażeniem tego, jak szybko powstały i jak w gruncie rzeczy niewiele „fakapów” się tam znalazło – mimo wielu zastrzeżeń, bo znalazły się w nich rozwiązania antypracownicze. Mówią mi to także pracodawcy mocno nieprzychylni PiS – że z pomocy skorzystali, że była szybka i profesjonalna. A więc w tym obszarze państwo faktycznie zrobiło sporo.

Czyli co, państwo pomogło przedsiębiorcom, a pracownicy – ci, którym to niewiele dało – jakoś poradzili sobie sami. No a jak się to ma do sytuacji budżetówki, która od lat woła o podwyżki?

Państwo nie kontrolowało wcale, czy płace faktycznie były cięte o 20 proc. pracownikom w firmach, które rzeczywiście potrzebowały takiego rozwiązania. Można było po prostu na pracownikach zaoszczędzić.

A na solidarność z budżetówką nie ma co liczyć, bo każdy jest zajęty sobą. Postawy wobec niej są takie same jak zwykle – niby sprzyjające znad klawiatury, ale do prawdziwego, solidarnego poparcia, uczestniczenia w ich protestach jest daleko. No i efekt polityczny albo choćby wydźwięk medialny protestów, które się teraz odbywają – lub miały odbywać, ale ich nie ma – jest nikły.

Bo politycy i dziennikarze też mają protesty gdzieś. W środę koło białego miasteczka wyrosło czerwone – rozbite przez pracowników sądów i prokuratur. Wiem, że w tym samym czasie ważyły się losy stanu wyjątkowego, ale jakoś tak dziwnie wychodzi, że zawsze w czasie protestów pracowniczych akurat wypada coś ważniejszego. Na przykład, kiedy ratownicy medyczni zaczynali protest, w telewizji ważniejsze były glony w Bałtyku.

Protest pracowników sądów. To skandal, że w sądzie łamany jest Kodeks pracy

No to po kolei. Tarcze, jak mówisz, zostały szybko i dość trafnie wypłacone, ale przecież same się nie wypłaciły, tylko zrobiły to pracownice ZUS. Dzieci trafiły na zdalne do domu, ale uczyły je nauczycielki, a rodzice zobaczyli, jak wygląda lekcja. Lekarze, pielęgniarki i ratownicy – wiadomo, ktoś musiał jechać po ludzi z covidem i tych bez covidu. To dlaczego ich protesty, marsz przez Warszawę, białe miasteczko pod KPRM – nie tylko niczego nie dają, ale nawet rządowi nie spada poparcie, choć nic w tej sprawie nie robi?

Protesty pracownicze nie dzieją się w próżni, tylko w tym samym kontekście co np. marsze w obronie wolnych sądów – czyli w Polsce pod rządami PiS. OPZZ, ogromna centrala związkowa, wysłał na początku sierpnia pismo w sprawie płac w budżetówce do prezydenta Dudy. Prezydent nie odpisał, zrobiła to w jego imieniu Bogna Janke – dosłownie dwoma zdaniami. Pierwsze mówiło, że potwierdza otrzymanie pisma, drugie – że prezydent wszystkie pisma przyjmuje do wiadomości.

Kontekst jest więc dziś taki, że z czymkolwiek pójdziesz do rządu, on cię zignoruje. Szkoda na to energii, wyuczona bezradność nie dotyczy już tylko tzw. obrony demokracji, ale też protestów w innych sprawach. Ludzie są racjonalni, kiedy dokonują bilansu, w co zainwestować czas i pieniądze.

A jaki to bilans?

Nie znajdziesz opieki dla dzieci, nie wsiądziesz w autobus z Sanoka, Grudziądza czy spod Świdnicy, żeby jechać przez pół Polski i protestować cały dzień na ulicach Warszawy, a potem znów godzinami wracać, jeśli wiesz, że to na sto procent nic nie da. A nauczyło ich tego nie tylko fiasko protestów w sprawie sądów, ale też wszystkie inne.

Na przykład?

A choćby ten sprzed trzech lat, kiedy pod KPRM stanęło 20 tysięcy związkowców. Premier był wtedy chyba na Mazurach, we Wrocławiu odbywała się kuriozalna konwencja PO, podczas której padały zwyczajowe truizmy o państwie dobrobytu, jakby zupełnie nic się tego dnia w Warszawie nie działo, jakby nie stało tam te 20 tysięcy potencjalnych wyborców, a społeczeństwo w TVN24 mogło zobaczyć tylko krótką migawkę z protestów. Wtedy OPZZ też złożył pismo, zostało podobnie potraktowane jak to ostatnie do prezydenta.

Czyli nie zwraca się na nich uwagi? A skoro tak, to walka nie ma sensu?

Zapanowała wyuczona bezradność w kwestii wszelkich działań zbiorowych. W centralach związkowych nie widać żadnej energii do walki, wręcz powiedziałabym, że gdyby istniał jakiś magiczny przycisk, po którego wciśnięciu ludzie zapomnieliby, że związki obiecywały jakieś protesty, to oni by go użyli.

W jednej centrali usłyszałam wręcz, że ich zdaniem protesty na ulicach nie przynoszą żadnego skutku, że to przestarzałe, niedostosowane do obecnych czasów narzędzie, więc teraz zastanawiają się, jak osiągnąć swoje cele innymi sposobami. Jeśli góra centrali związkowej nie wierzy już w sens wychodzenia na ulice, to nie wiem, kto właściwie ma wierzyć. A przecież to od tej góry zależy, czy uda się wykreować jakąś synergię, porwać ludzi. Więc się nie uda.

A czy ty zakładasz, że ta diagnoza o protestach jako czymś z innej epoki jest słuszna? I reprezentatywna dla związkowców?

I tak, i nie. Tak w tym sensie, że rzeczywiście one niewiele przynoszą, są jakieś takie passé, Polacy podchodzą do protestów z rezerwą, bo tego się nauczyli przez te 30 lat. Ale nie w tym sensie, że przecież rolą organizacji pracowników jest nad tym pracować.

Tymczasem w lipcu mieliśmy bojowe nastroje w całej budżetówce, a potem minęły trzy miesiące i wciąż nie ma decyzji o jednym wspólnym proteście. To już nie jest moment, w którym ludzie wyszliby na ulice z takim samym entuzjazmem, na jaki można było liczyć wcześniej. Jest jesień, robi się coraz zimniej, mamy już czwartą falę koronawirusa. Zwykli pracownicy budżetówki chcieli wyjść, mówili o tym szefowie organizacji zakładowych i międzyzakładowych. Ale OPZZ duma trzeci miesiąc.

A to dlaczego?

Bo bez Związku Nauczycielstwa Polskiego siła OPZZ jest, ujmijmy to, niepowalająca. O ile na ulice nie wyjdą nauczyciele, to nic się nie wydarzy – więc czekają, czy oświata jakoś dogada się z Czarnkiem. To jest możliwe, coraz częściej słyszę, że nauczyciele jednak będą protestować. Ale nic już nie przywróci tej energii sprzed kwartału. To wszystko to raczej sondowanie, czy ewentualnie uda się zorganizować protest, skoro się już powiedziało „a”, a nie wiedzenie wkurzonego ludu na barykady.

Przy czym chciałabym wyraźnie podkreślić: ja wiem doskonale, jak piekielnie trudno jest przeprowadzić taką operację.

„Chcemy podwyżki, a nie poniżki”. ZNP odrzuca propozycje Czarnka

Ale muszę wrócić do pytania, jak to wszystko ma się do skali protestów sprzed kilku lat. Z faktu, że 20-tysięczny protest nic nie dał, nie można wysuwać wniosku, że protesty w ogóle nie mają sensu. Czy tu chodzi więc o to, że wielki protest nic nie da, czy że go raczej nie da się zorganizować? Przecież nie wiemy, co by się stało, gdyby do Warszawy przyjechało 300 tysięcy ludzi domagających się czegoś konkretnego od władzy.

Żeby protest czy strajk się udał, musi być spełnionych wiele warunków. Przede wszystkim musi być lider, bo ludzie nie pójdą protestować ot tak, sami z siebie, zwyczajnie się tego boją. Znam to z własnego doświadczenia związkowczyni w korporacji: żeby ośmielić ludzi choćby do zapisania się do związku, często trzeba podejść do każdego z osobna i zapewnić, że w razie czego będzie anonimowy, że będzie tłumem, jednym z wielu w tym tłumie, a my bierzemy na siebie odpowiedzialność.

I to przewodniczący ma ludzi przekonywać do protestu? Zazwyczaj to szeregi są radykalne, a lider mityguje…

Tak? W Polsce nie ma świadomości, że wyłącznie członkowie i członkinie dają przewodniczącemu możliwość działania, bo to oni świadczą o jego sile. Szef związku bez masowego poparcia może sobie pogwizdać. No a w Polsce to związkowców pyta się, jak przekonają zapytującego do wstąpienia do związku, co związek może dla niego zrobić, co mu to da. Więc – w polskich warunkach – liderzy są potrzebni bardziej niż gdzieś indziej.

Nieszczególnie umiemy w demokrację, nie należymy – tak jak np. w Niemczech – do różnych stowarzyszeń i organizacji, w których działa się w czasie wolnym w dowolnych sprawach. Wszystko sobie przeliczamy i wychodzi nam najczęściej, że na rzecz dobra wspólnego średnio warto działać, bo nie przynosi to natychmiastowego zwrotu z inwestycji. W Berlinie ludzie wychodzą na ulicę dziesiątkami tysięcy w sprawie cen najmu. W Polsce trudno uzbierać tylu związkowców w sprawie ogólnopolskiej.

Lenie, wichrzyciele, roszczeniowi awanturnicy – związkowcy

Skoro coraz więcej grup zawodowych się burzy, skoro frustracja narasta, to czemu z tego nie robi się masa krytyczna?

Strajk czy protest to jest przedsięwzięcie logistyczne wymagające zarządzania emocjami. Tak naprawdę nie zaczyna się pierwszego dnia, ale po tygodniu, kiedy ludzie tracą wiarę, pojawiają się defetyści, poczucie bezsensu i rośnie strach o utratę pracy. Naprawdę dużą moc można wykrzesać raz i na krótko, bo ludzie nie zniosą wielu tygodni ciągłego napięcia.

A dodajmy, że w Polsce za dni, w których się strajkuje, pracodawca odprowadza składki, ale nie wypłaca wynagrodzenia, z kolei wielu pracowników budżetówki w ogóle nie ma prawa do strajku. Trzeba to przeprowadzić tak, żeby protest nie ciągnął się w nieskończoność, bo się zwyczajnie rozlezie i zniechęci do kolejnych prób. Przepraszam za sformułowanie, ale jest zdatne: nie ma nikogo, kto chwyciłby to za mordę.

Czyli należałoby wreszcie zacząć, a nie czekać nie wiadomo na co. Na przykład aż przyjdzie zima albo kolejna fala pandemii.

Myślę, że centrale związkowe doskonale wiedzą, że obecnie protesty są skazane na porażkę. I są w trudnym położeniu – zapowiedzieli protesty, trudno się wycofać, ale też mają pełną świadomość, że te nie tylko niewiele przyniosą, ale i przyczynią się do tego, że na kolejne przyjdzie jeszcze mniej ludzi.

Białe Miasteczko 2.0: nie chcemy, żeby ochrona zdrowia skonała

No to czemu nie poszły za nastrojami, tzn. kiedy te były faktycznie bojowe i wszyscy – od ratowników przez lekarzy rezydentów po pracownice ZUS – palili się do protestu?

A to proszę ich pytać. Natomiast nie wiem, czy ktoś odpowie, bo związki cierpią na dramatyczny brak liderów. Zupełnie abstrahując od tego, czy jego zwolnienie było zasadne, czy nie: od kiedy Piotr Szumlewicz został usunięty z OPZZ, to czy przypominasz sobie jakiegoś związkowca, który występuje w telewizji, przedstawia tam swoje racje i jest w tym zręczny, umie mówić, umie przelicytować? Był Jan Guz, który w mediach bywał, ale zmarł. I dziś nie ma takich ludzi!

Jeśli jesteś dziennikarzem, związkowców trzeba zmuszać do wypowiedzi, prosić, żeby napisali coś do gazety. A przecież to oni powinni chcieć. Z organizacjami pracodawców nie ma takich problemów, sami się pchają na łamy.

To są masowe organizacje, prawem statystyki ktoś z potencjałem się powinien znaleźć.

Znałam różne osoby „z potencjałem”, młode, co to „były nadzieją” i nie miały wąsa. Po wejściu w te struktury w kilka miesięcy z każdej z nich robił się taki sam działacz jak ze wszystkich innych. Bo żeby zrobić karierę w centrali związkowej, trzeba przejść podobną ścieżkę jak w partiach, czyli wiele poziomów noszenia teczek.

Jeśli więc już dotarłeś na górę, to znaczy, że jesteś człowiekiem sformatowanym, który przetrzymał te lata wspinania się. Nikt o dużej charyzmie, a przede wszystkim chęci działania, by tego nie zdzierżył. Być może w korporacji, gdzie na samej górze czekają na niego pieniądze i przywileje, ale to nie jest przypadek central związków zawodowych. Wbrew bzdurom, które się opowiada o apanażach w związkach, płace tam są naprawdę mocno przeciętne.

A jaki to jest przypadek?

Opadły mi ręce, kiedy niedawno pracę w jednej z central stracił chłopak, którego zatrudniono, żeby ogarnął jej PR. Media społecznościowe były martwe, briefy wysyłane do mediów nędznie napisane, trudno było się czegokolwiek dowiedzieć. Przecież to jest absurd w XXI wieku, żebym miała znacznie więcej obserwujących na Facebooku niż licząca setki tysięcy członków centrala związkowa.

Chłopak zrobił dużo dobrej roboty, ożywił media społecznościowe, zasięgi rosły. A ja jeszcze nigdy nie miałam tak żywego i dobrego kontaktu z tą centralą, nigdy nikt ze związków mnie tak nie briefował, nie był tak pomocny i responsywny. Mogłam uzyskać od niego wszelkie informacje na pstryk, wcześniej dział prasowy informował mnie np., że na pytania odpowie w poniedziałek, bo jest już piątek, godzina 11. W krótkim czasie w prasie ukazała się masa tekstów o działaniach centrali – to była jego zasługa, wszystko działało prężnie jak nigdy.

No i co, ucieszyli się związkowi liderzy?

Współpracowaliśmy kilka tygodni i stracił pracę. Bo to działacze mają być zadowoleni, a nie zasięgi zrobione. I to jest autentyczny powód podany przez osobę dziękującą mu za współpracę. A działacze byli niezadowoleni, bo np. na wallu centrali pojawiło się zdjęcie ich konkurenta w nadchodzących wyborach, a ich nie. Więc jak konkurent ma mieć lepiej, to lepiej już, żeby cała centrala w mediach społecznościowych nie istniała wcale.

A przecież to media społecznościowe są dzisiaj miejscem, gdzie ludzie się zbierają, umawiają, powstaje właśnie ta energia do protestów, o której cały czas mówimy. Tylko „Solidarność” to rozumie i coś tam działa. O reszcie szkoda gadać, z całą sympatią, ale tak jest i dopóki to się nie zmieni, to guzik z tego będzie.

Rozumiem, że jest konkurencja – ale to może jakiś autorytarny przywódca dałby radę? Związek nie byłby demokratyczny, konkurenci powycinani, no ale przynajmniej byłaby jakaś sprawczość?

Jak naprawdę zdolny i charyzmatyczny człowiek już na starcie po raz kolejny usłyszy, że nie wolno mu nic powiedzieć prasie, bo nie dostał pieczątki przełożonej obecnej do godziny 15, to sobie poszuka mniej frustrującego i lepiej płatnego zajęcia.

Białe miasteczko pod KPRM może coś uzyskać? Marsz zawodów medycznych przez Warszawę, sprzed dwóch bodaj tygodni, może coś uzyskać? Oni mogą zdobyć poparcie społeczne, które skłoniłoby rząd do jakichś ustępstw?

Ludzie zawsze ci powiedzą, że ich popierają, bo przecież zdrowie jest najważniejsze. Ale co wybory widzimy, że ono jest ważne, ale nie przy urnie wyborczej, a – znów – deklaratywnie.

Czyli popierają, ale z tortami nie chodzą, tak jak warszawiacy w 2007 roku do pielęgniarek.

Wtedy mieliśmy silnie zdeterminowaną grupę pielęgniarek, które to wydarzenie pociągnęły, z wyrazistymi liderkami na czele i gestami solidarności ze strony różnych grup społecznych.

Ratownicy pod KPRM: Już brakuje karetek. Będzie jeszcze gorzej

Wszystko się więc sprowadza do kwestii braku przywództwa?

Nie tylko. W takim kraju jak Polska, gdzie ludzie są dobrze wykształceni i mają aspiracje, ale nie znajdują satysfakcjonujących szans awansu – bo jesteśmy raczej montownią – efekt jest taki, że najważniejsze dla nas jest utrzymanie się „pośrodku”, w tej wyimaginowanej klasie średniej. Z badań wynika, że dwóch na trzech młodych ludzi pracujących w prekarnych warunkach – na śmieciówce, za niską płacę – uważa się za klasę średnią i nie widzi żadnych powodów do działania.

To źle?

No źle, bo skoro pracują w warunkach, w jakich pracują, bez widoków na zmianę sytuacji, to środkiem do tego jest raczej utrzymywanie w dole tych, którzy są jeszcze niżej.

Czyli wcale nas nie cieszy, że tym na minimalnej się poprawi albo że urzędnicy dostaną więcej?

Oczywiście narażam się na zarzut polonofobii, ale Polacy są bardzo skupieni na tym, żeby przypadkiem ktoś nie miał lepiej, bo nie rozumieją idei solidaryzmu i nie widzą w niej swojej szansy.

A teraz narażę się po raz drugi, bo ludzie, którzy mają propracownicze poglądy, na temat zawodów medycznych starają się unikać kwestii klasizmu, jaki panuje w szpitalach, żeby nie bić w ten sam bęben, w który biją kolejne rządy, którym skłócanie zawodów medycznych i ich podział jest po prostu na rękę.

I to tak działa również teraz?

Protest ochrony zdrowia ciągną obecnie lekarze rezydenci, którzy są raczej odcięci od reszty. Pielęgniarki są tam sobie, ratownicy też osobno. Tam nie ma żadnej synergii.

Brakuje im po prostu jednego lidera czy raczej interesy tych grup są obiektywnie sprzeczne?

Interesy nie są w ogóle sprzeczne, bo wszyscy domagają się większych nakładów na ochronę zdrowia, a gdyby wszyscy wyszli naraz, to mieliby w ręku naprawdę potężną kartę przetargową.

Inaczej rozumują przedstawiciele tylko jednego zawodu – opiekunowie medyczni, którzy przyłączyli się do protestu, mówiąc, że nie idą po pieniądze – choć zarabiają najczęściej minimalną, i to na zleceniach.

To po co protestują?

Chcą uregulowania zawodu, chcą się pokazać, ale chcą też np., żeby pielęgniarki zarabiały więcej niż oni, żeby odskoczyły od nich płacowo, bo wtedy ich płace też być może pójdą w górę, a poza tym, mając do wyboru opiekuna i pielęgniarkę za tę samą cenę, każdy dyrektor szpitala wybierze przecież pielęgniarkę po studiach. Ten akurat zawód widzi swój awans w tym, że innym zrobi się lepiej, ale to wyjątek. Zresztą niezwykły jest szacunek, z którym opiekunowie i opiekunki opowiadają i o swoich podopiecznych, i o innych zawodach medycznych.

A inni uważają, że dla wszystkich naraz i tak zabraknie pieniędzy? Że nie da się wydrzeć tych postulowanych 8 proc. na ochronę zdrowia, więc każdy musi walczyć o swoje?

Ich trzeba spytać, choć niewiara w takie maksymalistyczne postulaty pewnie gra rolę. Do tego wielką rolę gra niechęć między poszczególnymi zawodami medycznymi, utrwalana przez lata, która uniemożliwia już teraz sensowne rozmowy i współpracę.

To już drugie Białe Miasteczko – i pewnie nie ostatnie

Ale ta niechęć to wynik obiektywnego konfliktu? Pogardy okazywanej „średniemu”, nie mówiąc o „niższym”, personelu?

Jeśli masz stabilne poczucie własnej wartości, to nie masz potrzeby wyżywać się na innych, na tych niżej. Tylko że w polskiej ochronie zdrowia, niedofinansowanej i kartonowej, nikt nie czuje się dowartościowany.

Lekarze chyba nie powinni narzekać, zwłaszcza specjaliści.

Będąc lekarzem w Polsce, można zarobić, ale cholernie ciężką pracą. Będąc pielęgniarką, można się utrzymać, ale znów – pracą na dwa etaty. Wszyscy są więc ciągle wkurwieni na siebie nawzajem i zmęczeni, więc szukają sposobów wyładowywania frustracji. Myślę, że to warunki pracy sprawiają, że podkreślanie hierarchii i okazywanie wyższości jest jakąś formą rekompensaty innych strat – poczucia, że zasłużyli na więcej, bo zasłużyli, a nie są szanowani.

To wszystko, co mówisz, skłaniałoby do tezy, że całe związki zawodowe, a już na pewno centrale, to są psu na budę.

W którym miejscu tak powiedziałam? Trzeba zacząć od tego, że NSZZ „Solidarność” od kilku lat gryzie po kostkach dwie pozostałe centrale, a to osłabia cały ruch związkowy. Za każdym razem usiłują dogadać się z rządem na boku, obniżając oczekiwania.

A to, co mówię, dotyczy działania central – w Polsce niestety panuje brak wiedzy, czym właściwie różni się centrala od organizacji zakładowych. Jako szefowa „S” w mojej firmie wciąż muszę tłumaczyć, że nie, nie mam codziennego kontaktu z Piotrem Dudą, nie, nie konsultuję z nim niczego, ba, w ogóle nie mam z nim kontaktu i nie popieram jego działań. A czy to działanie central się da usprawnić? Dałoby się, ale nie widzę nikogo, kto byłby w stanie to zrobić.

Organizacje zakładowe bronią pracowników w miejscu pracy, OK. Ale te centrale to się nie jawią w twej opowieści zbyt pożytecznie. Góra żre się ze sobą i przesypia nastroje strajkowe.

Centrale są przede wszystkim po to, by konsultować projekty ustawy, lobbować, wyznaczać kierunki. Bo kto przeczyta ustawę od strony potencjalnych zagrożeń dla pracowników, jeśli nie związkowi prawnicy? Kto będzie forsował projekty, żeby je zauważono i zajęto się konkretnymi tematami? Raczej nie krytycy związków, którzy mają kształt prawa w tym zakresie w głębokim poważaniu.

Ale na ich obronę powiem, że nie da się przez sześć lat uniknąć poczucia marazmu, skoro chodzi się regularnie do Rady Dialogu Społecznego, a potem i tak wszystko przechodzi przez parlament jako projekty poselskie, a więc bez konsultacji, lub te konsultacje są jednym wielkim żartem. A jeszcze poseł Platformy Dariusz Rosati, przy okazji debaty o 300-złotowym odpisie podatkowym na związki pyta, jaką niby rolę społeczną odgrywają – poseł proeuropejskiej partii w kraju leżącym w Europie, tuż obok Niemiec, niedaleko krajów skandynawskich. To jest załamujące.

Potomkowie husarii nie umieją w strajki

Powiedziałaś, że marazm jest po sześciu latach. Za PiS jest gorzej, niż było? Przecież wielu związkowców głosowało kiedyś na PiS jako mniejsze zło.

Pamiętasz, jak trzy centrale wychodziły z Komisji Trójstronnej, gdy minister Rostowski rzucił się Rejtanem przeciwko podwyżce płacy minimalnej o bodaj 14 złotych? Wtedy związkowcy mieli przynajmniej wspólnego wroga, a teraz rząd jest przyjacielem jednej centrali i wrogiem dwóch pozostałych. A dwa, że nie trzyma się żadnych przyjętych zasad – po prostu ignoruje tych, którzy nie są mu potrzebni.

To wszystko, co mówisz, to jedna wielka beczka dziegciu, więc zapytam o łyżkę miodu. Czy z udanego strajku w zakładach produkcji izolacji Paroc w Trzemesznie koło Gniezna płyną jakieś inspiracje, wnioski dla ludzi protestujących w sektorze budżetowym?

Na pierwszy rzut oka niewiele, bo strajk w sektorze prywatnym to coś zupełnie innego. Ale można wyciągnąć taki wniosek, że sukces strajkujących w Trzemesznie to najlepszy dowód, że protesty trzeba radykalizować, a nie cofać się i usiłować być grzecznym, nie przesadzać, nie denerwować.

Jakiś przykład?

Na przykład tak jak obecnie chce część medyków, którzy myślą, że dogadają się z PiS w drodze eleganckich pertraktacji, choć PiS cały czas urządza na nich nagonkę w TVP. Sukces pracowników Parocu wziął się stąd, że po roku zupełnie nieudanych negocjacji, w których ludzi zwyczajnie lekceważono, zdecydowano się zrobić coś, co sprawi, że pracodawca będzie musiał się ugiąć i szybko – wygaszono piece, narażając firmę na milionowe straty. Po prostu postawiono firmę pod ścianą.

Związkowcy z Trzemeszna: Nie może być tak, że pracowników próbuje się do reszty wycisnąć

A czy któraś z tych grup – ratownicy, pielęgniarki, pracownice ZUS, nauczycielki – ma szanse coś uzyskać kosztem innych, skoro nie da się wspólnie?

Jeśli Kaczyński łaskawie skinie, to tak. A jeśli nie, to nie.

A czemu tego nie zrobi?

Bo to strateg zainteresowany wyłącznie przeforsowaniem własnego planu. Budżetówka jest mu zawalidrogą, spoza jego scenariusza. Tak samo jak kiedyś osoby z niepełnosprawnościami w sejmie. Coś mu stanęło na drodze i trzeba to coś usunąć.

Przecież te kobiety pracujące w ZUS tyłki rządowi uratowały. Jakby nie wypłacono tarcz na czas, to mielibyśmy naście procent bezrobocia i wywóz władzy na taczce. A te wszystkie urzędniczki jadą na oparach…

No właśnie: ale wciąż jadą, tak samo jest z ratownikami medycznymi. Jeden z nich mówił mi, że dopóki będzie jeździć jakakolwiek karetka, wszyscy będziemy uważali, że nie ma sprawy.

PiS jednak bierze pod uwagę, co elektorat myśli. Ludzie nie chcą płacić więcej pracownicom ZUS, bo może wierzą, że ich niskie emerytury to wina tych pań, co tam kawę piją. To głupie, ale niechęć do ZUS to jest jakiś fakt społeczny, który obiektywnie przeszkadza protestującym. Ale ratowników medycznych ludzie przecież szanują, wiedzą, że od nich zależy życie. Dlaczego im władza nie dosypie?

Pewnie też boją się, że jak dadzą jednej grupie, to z „roszczeniami” ruszą inni, więc najlepiej nie dać nikomu.

No i warto przypominać, że 500+ i minimalna stawka godzinowa pojawiły się tuż przed wyborami, a potem, kiedy już te były wygrane, np. za minimalną stawką godzinową nie poszły prawdziwe reformy, np. dofinansowanie i zmartwychwstanie Państwowej Inspekcji Pracy. I że Kaczyński rządził Polską już w 2005 i 2006 roku. To właśnie wtedy polska Margaret Thatcher, Zyta Gilowska, likwidowała trzeci próg podatkowy, a w Ministerstwie Pracy zasiadała, z ramienia Samoobrony, Anna Kalata, wzięta nie wiadomo skąd.

I o czym to świadczy?

Że to ministerstwo nic a nic Kaczyńskiego nie obchodziło? Jak pod KPRM wyrosło pierwsze białe miasteczko, a trzy pielęgniarki rozpoczęły głodówkę, powiedział, że „na razie to te panie nie zjadły kolacji”. No i teraz jest powtórka z rozrywki, tylko z przerywnikami w rodzaju 500+.

W 2007 roku, kiedy białe miasteczko protestowało przeciw PiS, odwiedzali je nie tylko tzw. zwykli warszawiacy z jedzeniem, ale też celebryci. Kuba Wojewódzki zupełnie serio porównywał pielęgniarki do stoczniowców Wybrzeża z 1980 roku, a w liberalnym TVN odbywał się festiwal miłości do pracownic sektora publicznego, na długo, zanim to było modne. Dlaczego dziś opozycja liberalna nie idzie – choćby z cynizmu – w to samo? Czemu po półtora roku pandemii nie chce poprzeć postulatów, które są nie tylko słuszne, ale mogłyby jej pomóc? Przecież dwie trzecie obywateli popiera medyków, inna sprawa, że tylko jedna trzecia gotowa jest za to więcej zapłacić.

Według mnie sondaże są zawyżone. Takie odpowiedzi padają, bo ten protest jest wyjątkowo polityczny. Jak się nie lubi władzy, to warto zadeklarować, że nawet zapłaci się więcej, tylko po to, żeby tę władzę nastraszyć, pokazać jakąś siłę. Ale z badań, choćby tych prowadzonych pod kierunkiem prof. Gardawskiego, wynika, że tylko kilka procent Polaków jest gotowe naprawdę zapłacić więcej.

I to jest odpowiedź na pytanie, czemu opozycja niby popiera te postulaty, ale nie robi z nich wielkiego tematu?

Myślę, że PO bardzo dzisiaj wierzy w to, że jakimś cudem wygra wybory i że sytuacja finansowa będzie wtedy gorsza niż obecnie. Gdyby cokolwiek dziś obiecali i zaczęli się pojawiać na protestach, to byliby za dwa lata z tego rozliczani. Wolą liczyć, że tak czy owak, jakoś się uda. A ja po raz trzeci mam wątpliwości, czy się uda. To już sześć lat zaklinania rzeczywistości.

Ale czy ty teraz mówisz o realnej sytuacji budżetu, tzn. naprawdę nie będzie, czy raczej przedrzeźniasz przyszłego platformerskiego ministra finansów?

Czy pieniądze będą, czy ich nie będzie, to i tak ich nie będzie.

**
Adriana Rozwadowska – dziennikarka „Gazety Wyborczej”, prezenterka niemieckiej telewizji RBB. Pisze o rynku pracy, związkach zawodowych i polityce społecznej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij