Kraj

Protest pracowników sądów. To skandal, że w sądzie łamany jest Kodeks pracy

„Mam już dość. Do tego stopnia, że mam myśli samobójcze” – pracownicy sądów są w miejscu pracy poniżani, traktowani bez szacunku. Kiedy ktoś zgłasza mobbing, jest przenoszony lub zwalniany.

W czasie przerw wychodzą przed zakład pracy, żeby chociaż przez kilkanaście minut zaprotestować z transparentami w rękach. Później wracają do swoich obowiązków – których, jak twierdzą, nie sposób wykonać w zakresie jednego etatu. Nie mają prawa do strajku, ale trzy tygodnie temu zablokowali ulice w centrum Warszawy, żeby wykrzyczeć swoje postulaty posłom, ministrom i premierowi. Wciąż nie dostali zaproszenia na rozmowy.

Dlatego w czwartek rozbili miasteczko namiotowe w pobliżu Ministerstwa Sprawiedliwości. To pracownicy sądów, prokuratur i kuratorzy sądowi. Z jedną z liderek ich protestu, Justyną Przybylską z Krajowego Niezależnego Samorządowego Związku Zawodowego Ad Rem rozmawiamy o realiach pracy w sądownictwie i przyszłości protestu pracowników wymiaru sprawiedliwości.

**
Dawid Krawczyk: Przyjechaliście do Warszawy w połowie września: pracownicy sądów, prokuratur, kuratorzy sądowi. Na kilka godzin udało wam się zająć największe ulice w centrum. Tysiące ludzi maszerowało w czerwonych koszulkach, na czele jechał dwupiętrowy autobus. Czy ten czerwony marsz to był największy protest pracowników wymiaru sprawiedliwości w historii?

Justyna Przybylska (z prawej) i osoby uczestniczące w proteście. Fot. Jakub Szafrański

Justyna Przybylska, przewodnicząca Krajowego Niezależnego Samorządowego Związku Zawodowego Ad Rem: Wcześniej zdarzały się protesty urzędników sądowych, ale nigdy na taką skalę. Brak szacunku do naszej pracy przerósł wszelką miarę. Jednak widać, że nasza grupa zawodowa dorosła do tego, żeby przeciwstawić się poniewieraniu. Czerwony marsz był tylko jednym z elementów naszego protestu, który trwa nieprzerwanie od lipca. Od tego czasu Ministerstwo Sprawiedliwości konsekwentnie nas ignoruje i nie podejmuje żadnych rozmów.

5 spraw, które nie powinny wam umknąć w czasie stanu wyjątkowego

Na jakich stanowiskach pracują osoby, które uczestniczyły w proteście?

Pracownicy wymiaru sprawiedliwości to bardzo zróżnicowana grupa zawodowa. Proszę sobie wyobrazić, jak wiele osób pracuje w sądzie, przez ile rąk przechodzi wniosek lub pozew, który składa obywatel. To m.in. osoby, które pracują w biurach obsługi interesantów, biurach podawczych, gdzie odpowiadają za prawidłowe rozdzielenie spraw i nadanie im biegu. Później dokumenty opracowywane są w sekretariatach i przedkładane sędziemu, który też nie pracuje przecież w pojedynkę. Merytorycznie w pracy wspierają go asystenci sędziów, ale też orzecznicze zespoły specjalistów sądowych – czyli osoby, które zajmują się wydawaniem opinii np. na temat warunków, w jakich żyje dziecko w sprawach dotyczących opieki. W marszu szli też m.in. kuratorzy sądowi – oni z kolei przeprowadzają wywiady środowiskowe, które mają wpływ na orzeczenia sądowe.

Od lat mamy takie hasło przewodnie: bez nas sądy nie istnieją. Bo bez tych i wielu innych grup zawodowych zatrudnionych w instytucjach wymiaru sprawiedliwości sądy nie będą działać.

W tak różnorodnej grupie udało wam się wypracować wspólne postulaty?

Każda z tych grup funkcjonuje w różnych warunkach i ma swoje szczegółowe problemy, ale mamy dwie najważniejsze bolączki, które domagają się natychmiastowego rozwiązania. Pierwsza to wysokość wynagrodzeń, druga to mobbing.

Jakie postulaty płacowe macie?

Oczekujemy wskaźnikowej podwyżki wynagrodzenia o 12 proc., żebyśmy nie byli stratni przy galopującej inflacji. Otrzymać powinna ją każda osoba zatrudniona w wymiarze sprawiedliwości. Nie zgadzamy się na propozycję ministerstwa, wedle której to dyrektor jednostki dostaje do dyspozycji fundusz i to od niego zależy, kto dostanie podwyżkę, a kto nie.

Na razie jednak nie ma żadnej propozycji strony rządowej, która mówiłaby o wskaźnikowej podwyżce, to tylko jednorazowe premie i nagrody motywacyjne. Takie rozwiązania tylko wzmacniają nepotyzm i nierówności płacowe, które nadal są znaczne, a z którymi walczymy jako związki zawodowe od lat.

Co to znaczy? O jakich zarobkach mówimy?

Widełki wynagrodzeń pracowników wymiaru sprawiedliwości według rozporządzenia, czyli na papierze, a nie w praktyce, sięgają od 2 do 14 tys. złotych. Żeby lepiej zrozumieć te realia, spójrzmy na jedną grupę: sekretarzy sądowych. Według ministerstwa zarabiają średnio na poziomie 5,5 tys. złotych. Tylko że kiedy dostaję paski wynagrodzeń od sekretarzy, to widzę tam inne liczby, od 3,2 do 4,2 tys. brutto − to kwoty w okolicach 2,5 tys. złotych na rękę.

Pikieta pod Ministerstwem Sprawiedliwości. Fot. Jakub Szafrański

A drugi postulat? „STOP mobbingowi” to było chyba jedno z haseł najczęściej skandowanych podczas waszego marszu.

Bo to jest bardzo palący problem w sądownictwie. Ministerstwo powinno się wstydzić, że nie zrobiło w tej sprawie nic, a ludzie muszą stać na ulicach i tam głośno krzyczeć, że są w sądzie poniżani, traktowani bez szacunku. To jest skandal, że w sądzie łamany jest artykuł 94(3) Kodeksu pracy. A to minister odpowiada za swoich pracowników, którymi są dyrektorzy sądów.

Pierwszy paragraf mówi, że „pracodawca jest obowiązany przeciwdziałać mobbingowi”.

W praktyce większość jednostek nie ma żadnych procedur antymobbingowych, nie funkcjonują komisje, które miałyby zajmować się tymi sprawami. Kiedy ktoś zgłasza, że znajduje się w sytuacji noszącej znamiona mobbingu, jest przenoszony lub zwalniany. Dostaję od ludzi mnóstwo telefonów i wiadomości, w których czytam takie rzeczy, że mi włosy dęba stają. „Mam już dość. Do tego stopnia, że mam myśli samobójcze” – to jedna z takich wiadomości.

Rozwadowska: Po pandemii będziemy pracować jeszcze bardziej śmieciowo, na własnym sprzęcie. I mało kogo to obejdzie

Dlaczego mobbing jest tak palącym problemem dla pracowników wymiaru sprawiedliwości? Czy to kwestia kultury pracy w sądach opartej na bardzo jasno określonej hierarchii?

W sądownictwie mamy do czynienia z dwoma rodzajami mobbingu. Pierwszy to taki, który rozpoznajemy na pierwszy rzut oka i obecny jest w wielu innych miejscach pracy. Opiera się na złym traktowaniu, poniżaniu, wyśmiewaniu, groźbach. Stosują go osoby, które najczęściej mają niską samoocenę, problemy ze sobą i taki charakter, że potrzebują gnębić innych, żeby lepiej się poczuć. Konsekwencje takiego mobbingu potrafią być bardzo głębokie. Kiedy ludzie nie wiedzą, gdzie mają się z taką sprawą zgłosić, to może on trwać latami i trwale odbić się na ich stanie psychicznym. To jednak niejedyny rodzaj mobbingu.

Konferencja prasowa pod Ministerstwem Sprawiedliwości. Fot. Jakub Szafrański

Ten drugi, którego doświadczamy, to mobbing organizacyjny. Wynika nie z charakteru konkretnych osób, tylko organizacji pracy, nieumiejętności zarządzania. Polega to m.in. na tym, że wymusza się na nas pracę poza ustalonymi godzinami pracy, zastrasza, że jeśli nie wykonamy poleceń, zostaniemy zwolnieni lub przeniesieni. Podam przykład: jeden z pracowników Księgi Należności został zwolniony, a kiedy zbierano dokumentację, bo fatalnie wyszedł audyt dotyczący sądu, to jeden z zarzutów w stosunku do niego brzmiał: „pracownik, widząc nadmiar pracy, nie składał wniosków o pracę w nadgodzinach”. Błędami organizacji pracy, etatyzacji i nadmiaru obowiązków obarczono pracownika na samym dole.

Jak w praktyce wygląda to przymuszanie do nadgodzin? Przecież w sądach musi być jakaś ewidencja czasu pracy.

O godzinie 15, po ośmiu godzinach podbija się kartę, ale zaraz potem wraca do biurka i pracuje dalej, do wieczora, kosztem swoich dzieci i rodzin. Dzieje się tak, bo jest za mało etatów – zarówno tych sędziowskich, jak i tych pracowników sądów. W wielu sądach brakuje np. archiwistów.

Władza chce zagwarantować sobie bezkarność [list]

To kto wykonuje ich obowiązki?

Zrzuca się je na pracowników innych działów, którzy już nie mają w co rąk wsadzić. A teraz mają też obrabiać archiwa. To, jak wygląda archiwum, regulują ustawowe wymogi, podobnie jak to, kto może mieć do niego dostęp. Na tym odcinku to jest parodia, nie sądownictwo.

W czasie czerwonego marszu zatrzymaliście się pod sejmem, gmachem Ministerstwa Sprawiedliwości i Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Zostawiliście w każdym z tych miejsc swoje pisma. Mówiliście, że oczekujecie spotkania z ministrem Zbigniewem Ziobrą. Minęły od tego czasu prawie trzy tygodnie. Czy dostaliście już zaproszenie na spotkanie od ministra?

Nie, nie mieliśmy okazji spotkać się z ministrem sprawiedliwości. Nie wystosował też żadnej wiadomości, w której wyraziłby chęć spotkania się z przedstawicielami protestujących. Nie wyszedł do nas również w dniu protestu. Początkowo oczekiwano nawet, że nasze pismo zostawimy w biurze podawczym. Dopiero po interwencji wyszedł do nas jeden z dyrektorów departamentu w ministerstwie. To niespotykane zachowanie. Pozostali ministrowie podejmują rozmowy z organizacjami związkowymi, tu mamy przejaw lekceważenia.

Idąc Alejami Ujazdowskimi w kierunku budynku Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, mówiliście, że jeśli wasze postulaty nie zostaną spełnione, planujecie zaostrzyć protest. Na razie nie zanosi się na to, żeby rząd chciał na nie odpowiedzieć.

Oczywiście dotrzymamy słowa i planujemy zaostrzenie protestu. Jesteśmy jednak grupą zawodową, która nie ma prawa do strajku, co nie oznacza, że nie mamy możliwości…

Załóżmy jednak, że jutro pracownicy sądów nie przychodzą do pracy i ogłaszają strajk. Co by im groziło?

Byłoby to naruszenie ustawy, które kwalifikowałoby nas do zwolnienia z pracy, a nawet pociągnięcia do konsekwencji karnych. Ustawowo jesteśmy pozbawieni prawa do strajku. Jednak należy pamiętać, że nie wszystkie decyzje w sprawie protestu należą do organizacji związkowej, pracownicy też mogą podjąć samodzielną inicjatywę. I już raz pokazali na przełomie 2018 i 2019 roku, że bez nich sądy nie istnieją.

Kampania bez pracowników

Co wtedy zrobili?

Zadbali o swoje zdrowie.

Czyli na podstawie zwolnień lekarskich L4 nie przyszli do pracy.

Większość z nas jest naprawdę w złym stanie zdrowia, cierpi na syndrom wypalenia zawodowego, choroby kręgosłupa, choroby żołądkowe, otyłość i inne. My nie mamy przecież nawet przerwy śniadaniowej!

Miasteczko namiotowe pod Ministerstwem Sprawiedliwości. Fot. Jakub Szafrański

Rozumiem, że czegoś podobnego możemy spodziewać się w najbliższej przyszłości. A co, jeśli to nie odniesie oczekiwanego skutku?

Na pewno nie przestaniemy walczyć i podejmiemy kolejne działania. Jesteśmy pracownikami trzeciej władzy w tym państwie i wierzymy w to, co robimy. Państwo bez sądów nie funkcjonuje, a sądy nie funkcjonują bez naszej pracy. Na jakimś etapie życia każdy musi skorzystać z sądu, bo bez udziału sądu nie można kupić np. mieszkania. Jeżeli my jesteśmy niewydolni, to traci na tym całe społeczeństwo. Nie możemy się także pogodzić z tą pogonią za statystyką, dla nas człowiek, który przychodzi załatwić swoje problemy prawne, to nie jest numer statystyczny z tabelek pana ministra. To człowiek, który wymaga poświęcenia mu czasu, uwagi i naszej wiedzy.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Dawid Krawczyk
Dawid Krawczyk
Dziennikarz
Dziennikarz, absolwent filozofii i filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim, autor książki „Cyrk polski” (Wydawnictwo Czarne, 2021). Od 2011 roku stale współpracuje z Krytyką Polityczną. Obecnie publikuje w KP reportaże i redaguje dział Narkopolityka, poświęcony krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Jest dziennikarzem „Gazety Stołecznej”, warszawskiego dodatku do „Gazety Wyborczej”. Pracuje jako tłumacz i producent dla zagranicznych stacji telewizyjnych. Współtworzył reportaże telewizyjne m.in. dla stacji BBC, Al Jazeera English, Euronews, Channel 4.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco