Kraj

Lenie, wichrzyciele, roszczeniowi awanturnicy – związkowcy

strajk-nauczycieli-pikieta-5

Tylko 28 procent polskich pracowników jest objętych jakąkolwiek formą organizacji pracowniczej – we Francji albo w Austrii jest to 98 procent. Wpływ polskich pracowników na rzeczywistość jest niemal najmniejszy w Unii. Kolejne rządy, z obecnym włącznie, pieczołowicie dbają, by tak już zostało.


To bardzo smutny paradoks, że po trzech dekadach rynkowych przemian kraj wielomilionowego związku zawodowego stał się jednym z najmniej uzwiązkowionych państw Europy. W ojczyźnie ruchu „Solidarności” pracownicy zostali sprowadzeni do roli klientów – czy to przedsiębiorców, czy to władzy. Ich zadaniem jest grzecznie pracować, wykonywać polecenia przełożonych bez zgłaszania obiekcji, a dzięki temu raz na miesiąc dostaną wypłatę. Trochę jak automaty, do których od czasu do czasu trzeba wrzucić monety. W kraju „Solidarności” wykreowano obraz związkowców jako bandy wąsatych leni dbających tylko o własne, drobne interesiki.

Przywrócić Monikę Żelazik do pracy!

Strajki oraz inne wystąpienia pracownicze prezentuje się zwykle jako przykłady wichrzycielstwa oraz awanturnictwa – chyba że da się je wykorzystać do walki politycznej. Wówczas ci, którzy akurat nie są przy władzy, bardzo chętnie się do nich przytulą. Będąc w opozycji, PiS solidarnie wspierało wszystkich strajkujących jak leci. Będąc u steru rządów, szydzi z nich i przy pomocy propagandy partyjnych mediów wypomina im na przykład wakacje. Będąc u władzy, PO potrafiła brutalnie się rozprawiać z demonstrującymi związkowcami; będąc w opozycji, jej politycy biegają do nich z kanapkami.

Umiarkowany dobrobyt

Jedno się nie zmienia – pracownicy wciąż są bezwolnym pionkiem w grze politycznej. Mogą najwyżej nieśmiało artykułować swoje postulaty, a potem czekać, aż władza arbitralnie wybierze te, które sama uzna za stosowne. Nic w tym dziwnego, bo pojedynczy pracownik zawsze będzie słabszy od przedsiębiorcy lub reprezentanta władzy. Siła pracowników leży w ich liczbie, ale żeby móc ją wykorzystać, najpierw muszą być zorganizowani. A żeby pracownicy się zorganizowali, najpierw muszą mieć odpowiednią infrastrukturę instytucjonalną – przepisy oraz mechanizmy, które im to umożliwią. Tymczasem kolejne rządy, z tymi wywodzącymi się z solidarnościowego pnia na czele, pieczołowicie dbały o to, by pracownicy nie stali się samodzielną siłą polityczną. Dzięki temu można nimi manipulować – wybierać grupy, które się dopieści, a także spełniać jakąś część postulatów, żeby potem móc z tego zrobić swój polityczny użytek.

Znikając pomiędzy regałami [reportaż z Amazona]

czytaj także

Trzeba przyznać, że PiS wprowadziło w życie wiele postulatów strony pracowniczej, które wcześniej przejęło. Mowa przede wszystkim o minimalnej stawce godzinowej, ograniczeniu handlu w niedzielę oraz obniżeniu wieku emerytalnego. Co roku rząd wyraźnie podnosi też płacę minimalną. Dzięki tym działaniom, szczególnie dwóm dotyczącym minimalnego wynagrodzenia za pracę, sytuacja ekonomiczna pracowników się poprawiła. Odsetek pracowników zagrożonych ubóstwem w latach 2015–2018 spadł z 11,3 proc. do 9,7 proc., a więc w okolice średniej unijnej. Udział płac w PKB wzrósł w tym samym czasie z 47 do 49 procent. Liczona w euro przeciętna stawka godzinowa w 2018 roku po raz pierwszy przebiła barierę 10 euro – co prawda tylko o 10 eurocentów, ale zawsze.

Jednocześnie dziwnym trafem niewiele zrobiono, a właściwie nie zrobiono niczego, żeby polski rynek pracy stał się choć trochę bardziej stabilny. Wciąż co czwarty polski pracownik jest zatrudniony na umowie czasowej, co oznacza, że wciąż mamy drugi najmniej stabilny rynek pracy w UE – tradycyjnie już za Hiszpanią.

Propracownicza rewolucja? Niekoniecznie

Upadł projekt nowego kodeksu pracy, który zakładał drastyczne ograniczenie umów cywilnoprawnych. Nie zrobiono też nic, żeby ograniczyć możliwość korzystania z umów o pracę na czas określony – obecne przepisy, które zakładają i tak długi, bo 33-miesięczny limit pracy na umowach czasowych, wprowadziła jeszcze Platforma. To okres przejściowy sprawił, że przepisy te zaczęły realnie działać dopiero w ubiegłym roku. Bardzo niestabilny rynek pracy nie sprzyja zaś organizowaniu się pracowników, więc trudno przypuszczać, żeby jego stabilizacja stała się celem rządzących.

Masz i ciesz się

PiS zadbało o ekonomiczną podstawę bytu pracowników, ale nie zrobiło już nic, żeby to pracownicy mogli sami dbać o swoje interesy. Układy zbiorowe wciąż są nieobowiązkowe, więc dotyczą małego ułamka pracowników. Po prostu przedsiębiorstwa nie chcą ich podpisywać – bo i po co brać sobie problem na głowę? O tym, że takie miękkie umocowanie układów zbiorowych w prawie przynosi fatalne skutki, informowała niejednokrotnie bliska skądinąd władzy „Solidarność”, ale akurat te jej postulaty nie przemówiły do rządzących. Nowy projekt kodeksu pracy zakładał wzmocnienie instytucji rady pracowników, no ale projekt ten, jak pisałem już wyżej, upadł. Jest wiele rozwiązań, dzięki którym związki zawodowe mogłyby zwiększać liczbę swych członków, ale o tym PiS, podobnie jak zresztą poprzednicy, nawet się jeszcze nie zająknęło.

Amazon: czy będzie strajk przeciw rządom algorytmów?

PiS doprowadziło więc mechanizm instrumentalizacji pracowników do perfekcji. Z jednej strony, na tle poprzedników, jest bardzo propracowniczy, z drugiej jest wciąż antyzwiązkowy. Rozwiązania na korzyść pracowników traktuje jako pańskie dary dla ludu, za które ów lud winien jest mu wdzięczność. W międzyczasie zdążyło już ludziom obrzydzić, a przynajmniej próbowało, kilka związków zawodowych – chociażby ZNP czy Porozumienie Rezydentów. Bo też władza nie lubi, gdy związkowcy na nią naciskają. Władza wprowadza takie zmiany, które sama uzna za stosowne. Tą metodą strona pracownicza została obezwładniona – bo jak tu krytykować najbardziej hojny dla pracowników rząd Polski? Co prawda ich aparat propagandy regularnie szydzi ze strajkujących, no ale przecież niemało dali, prawda?

No i właśnie w tym rzecz, że „dali”. W krajach egalitarnych, na przykład w państwach nordyckich, pracownicy nie muszą czekać, aż im władza łaskawie coś „da”. Stworzono w nich bowiem takie mechanizmy dialogu społecznego, dzięki którym zorganizowani pracownicy sami dbają o swoje interesy.

O tym, jak Finowie reformowali swoje szkolnictwo… i dlaczego im się to udało

Nie są więc klientami władzy, a tym bardziej przedsiębiorców, tylko równorzędnym partnerem w społecznym dialogu. Tak właśnie jest w tych wstrętnych, indywidualistycznych Niemczech czy Szwecji, ale nie w kraju „Solidarności”.

Pustynia związkowa

Według danych European Trade Union Institute pustynniejący kraj położony nad Wisłą, jeśli chodzi o różne formy organizacji pracowników, jest już pustynią od dawna. Oczywiście podstawowym wskaźnikiem w tym zakresie jest odsetek zatrudnionych, którzy są członkami związków zawodowych. W latach 1990–2016 spadł on z 25 do 11 procent. Inaczej mówiąc, na progu transformacji do związku należał co czwarty pracownik w Polsce, obecnie należy co dziesiąty. To czwarty najniższy wynik w UE. Dla porównania w Danii, Szwecji i Finlandii do związków należy niemal 70 proc. pracowników. Nic dziwnego, skoro tam przy zatrudnieniu trzeba wręczyć pracownikowi do wypełnienia wniosek o członkostwo w którejś z organizacji zakładowych. W Polsce nikomu coś takiego do głowy nie przyszło.

Gdy zwycięzca bierze wszystko, wszyscy tracą

czytaj także

Oczywiście związki zawodowe to niejedyna forma organizowania się pracowników. Inną są chociażby rady pracowników. Problem w tym, że one w Polsce są, ale jakby ich nie było. To znaczy niby jest obowiązek istnienia rady w firmach powyżej 50 pracowników, ale nie istnieje żadna sankcja, jeśli takiej rady w zakładzie nie będzie. Efekt takich regulacji można było przewidzieć – w 18 tys. firm powyżej 50 zatrudnionych, które funkcjonują w Polsce, działa… pół setki rad pracowników. W sumie 28 procent polskich pracowników jest objętych jakąkolwiek formą organizacji pracowniczej – związkiem zawodowym, radą lub inną dowolną formą. Gorzej jest tylko w Estonii. W Szwecji ponad 80 proc. pracowników jest objętych jakąś formą organizacji, w Danii i Finlandii ponad 70 proc., a we Francji i w Holandii ponad 60 proc.

Świat pracy jest na kolanach [rozmowa z Agatą Nosal-Ikonowicz i Piotrem Szumlewiczem]

Nie trzeba zresztą należeć do związków zawodowych, żeby podlegać kolektywnej ochronie. Najpopularniejszym w Europie instrumentem kolektywnego dbania o interesy pracowników są układy zbiorowe. Są one podpisywane w przeróżnych konfiguracjach – na szczeblu branż, całych przedsiębiorstw czy nawet pojedynczych zakładów. Regulują też różne obszary, jak płace, bezpieczeństwo czy godziny pracy. W 2016 roku we Francji i Austrii aż 98 proc. pracowników podlegało pod jakiś układ zbiorowy, a w Belgii 96 proc.

W Danii, Szwecji i Finlandii do związków należy niemal 70 proc. pracowników. W 2016 roku we Francji i Austrii aż 98 proc. pracowników podlegało pod jakiś układ zbiorowy.

W sumie w 15 krajach UE odsetek pracowników objętych układem zbiorowym był wyższy niż 50 proc. Wśród tych krajów trafił się nawet jeden z Europy Środkowo-Wschodniej – mowa o Chorwacji (a Czechy prawie się załapały). W Polsce układami zbiorowymi objętych jest ledwie 17 proc. zatrudnionych – gorzej jest tylko na Łotwie i Litwie. Dlaczego? Oczywiście dlatego, że układy zbiorowe również są nieobowiązkowe, więc firmy nie tylko ich nie podpisują, ale nawet wypowiadają, jeśli tylko uznają, że jakkolwiek wiążą im one ręce.

Czy nauczyciele zastrajkują we wrześniu? Rozmowa ze Sławomirem Broniarzem

Zadanie dla Lewicy?

Polscy pracownicy są bodaj najbardziej spacyfikowani w Europie. Lubimy o sobie myśleć jako o narodzie krnąbrnych wojowników, w przeciwieństwie do zblazowanej Europy, ale prawda jest zgoła odmienna – tak naprawdę straszne z nas pierdoły. Polscy wojownicy chętnie pobiją w czterech jednego geja, ale już wyskoczyć na ustawkę z korporacją to nie bardzo – po co sobie robić kłopoty? W latach 2010–2017 na tysiąc pracowników we Francji przypadało 125 dni strajku lub innego rodzaju protestu. W Belgii prawie sto. Nawet w niezwykle zamożnej Danii na jednego pracownika przypadało w tym czasie ponad 50 dni akcji strajkowych. A w Polsce? Blisko zera. To znaczy minimalnie powyżej zera, co pozwoliło nam wyprzedzić w tym zakresie Litwę i Słowację.

Tak naprawdę straszne z nas pierdoły. Polscy wojownicy chętnie pobiją we czterech jednego geja, ale już wyskoczyć na ustawkę z korporacją to nie bardzo.

Właśnie tworząca się Lewica bezwzględnie powinna wziąć na sztandary postulaty partycypacji pracowniczej. W końcu Polska ma piękne tradycje związkowe, nie tylko z epoki PRL, ale też sprzed II wojny światowej. Na początek mogłaby podnieść postulat obowiązkowych układów zbiorowych w firmach powyżej 250 pracowników. Ale tak naprawdę obowiązkowy, to znaczy opatrzony dotkliwymi sankcjami, jeśli nie zostanie podpisany. To samo powinno dotyczyć rad pracowników, tylko że firmach powyżej 50 zatrudnionych. Upowszechnienie układów zbiorowych i rad pracowników to tak rdzennie lewicowe postulaty, że aż dziw bierze, że politycy lewicy nie trąbią o tym codziennie. Mogliby o tym mówić przynajmniej podczas kampanii wyborczej – oczywiście nie tylko, ale również.

Kochasz kapitalizm? Jedź do Finlandii!

Zmierzono jakość pracy w UE. Polska zajęła czwarte miejsce od końca

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.