Kraj

Potomkowie husarii nie umieją w strajki

Strajk nad Wisłą to wydarzenie rzadkie niemal jak śnieg na Jamajce. Regularnie strajkują ledwie trzy grupy zawodowe – nauczyciele, pracownicy ochrony zdrowia i górnicy. Chociaż już nawet górnikom odechciało się strajkować, bo właśnie zgodzili się na likwidację kopalń bez jakichś większych awantur.

Krótko po zakończonym sukcesem strajku w Paroc Polska i tuż przed zapowiadanymi na wrzesień dużymi protestami budżetówki łatwo można dojść do wniosku, że Polacy są krnąbrni, nie dadzą sobie w kaszę dmuchać i generalnie garną się do protestów. Przecież jeszcze niedawno ulicami przechodziły potężne manifestacje przeciw zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Niestety, to wszystko są zaledwie wyjątki od smutnej reguły, jaką jest ogólna bierność polskich pracowników oraz krzywdzonych grup społecznych.

Polacy, wbrew gromkim deklaracjom patriotyzmu i woli walki za ojczyznę, są narodem nie tyle potulnym, co nieprzesadnie skorym do wspólnego działania. Odpowiada za to nie tylko indywidualistyczna, a właściwie egoistyczna mentalność naszego społeczeństwa, ale przede wszystkim nadwiślańskie realia ekonomiczne, które w ogromnym stopniu tę mentalność wykreowały. Zostaliśmy rozbici na atomy, drobne firemki skaczące od zlecenia do zlecenia, prekariuszy zanurzonych we własnych problemach, niemających siły i czasu na ogarnięcie problemów innych.

Związkowcy z Trzemeszna: Nie może być tak, że pracowników próbuje się do reszty wycisnąć

Rzadziej niż w Korei

2017 rok był rekordowy pod względem liczby strajków – według GUS zanotowano ich aż 1556. To bardzo dużo, problem w tym, że prawie wszystkie dotyczyły dobrze uzwiązkowionego sektora edukacji. W 2017 roku nauczyciele przeprowadzili bardzo duże akcje protestacyjne organizowane przez ZNP, jednak GUS kwalifikuje je jako odrębne strajki każdej jednostki. Było ich w sumie 1520, więc strajków w pozostałych sektorach było łącznie tylko 36. Strajkowali zatem niemal wyłącznie nauczyciele – w 2017 roku na 29,7 tys. protestujących pracowników przypadło 28,4 tys. osób zatrudnionych w edukacji. W sumie w 2017 roku strajkowało 0,29 proc. wszystkich pracowników, a 35 proc. zatrudnionych w jednostkach, w których przeprowadzono strajki. Jak widać, nawet w nich gotowość do protestu nie była oszałamiająca.

A trzeba zaznaczyć, że 2017 rok był na tle innych lat wyjątkowy. Rok wcześniej w całej Polsce zanotowano, uwaga, pięć strajków. Wzięło w nich udział 709 pracowników, którzy odpowiadali za 20 proc. zatrudnionych w podmiotach, w których prowadzono strajk. Do strajku dołączył więc zaledwie jeden na pięciu zainteresowanych. A raczej niezainteresowanych. Jak było w 2018 roku? Minimalnie lepiej – odnotowano siedem strajków, wzięło w nich udział 2043 osoby, czyli 22 proc. zatrudnionych w strajkujących firmach.

Na tle państw Europy Zachodniej wypadamy pod tym względem bardzo mizernie. I to nawet porównując rok 2015, w którym odbyły się strajki w ochronie zdrowia – na początku roku strajkowali lekarze rodzinni, a wczesną jesienią protestowały pielęgniarki. Łącznie w 2015 roku strajkowało 19 tys. osób, czyli aż dwie trzecie zatrudnionych w zainteresowanych podmiotach. Liczba dni nieprzepracowanych z powodu strajków wyniosła 108 tys.

Robi to wrażenie, ale tylko na chwilę. W tym samym roku w Hiszpanii strajkowało 171 tys. osób, a liczba dni pracy, które wypadły z grafiku, wyniosła prawie pół miliona. Oczywiście, Hiszpania wciąż nie wygrzebała się z kryzysu strefy euro, a sytuacja na tamtejszym rynku pracy pozostawia sporo do życzenia. Spójrzmy więc na zamożne i poukładane Niemcy – w 2015 roku strajkowało 230 tys. osób, co w sumie złożyło się na ponad milion nieprzepracowanych dni pracy. W jeszcze zamożniejszej i siedmiokrotnie mniejszej od Polski Norwegii strajkowało 831 tys. osób, chociaż dosyć krótko, bo złożyło się to na sumę 25 tys. nieprzepracowanych dni pracy.

Pracujący biedni z budżetówki

Bolesna prawda jest taka, że strajkujemy nawet rzadziej niż najbardziej zafiksowany na pracy naród świata, czyli Koreańczycy. W nieco większej od Polski Korei w 2015 strajkowało 77 tys. osób, a z grafików wypadło 447 tys. dni pracy. Oczywiście są też państwa, w których strajkuje się mniej niż u nas. Zwykle są dosyć smutne. Na przykład w Rosji odnotowano wtedy pięć strajków (dokładnie tyle co w Polsce rok później), a protestowało tysiąc pracowników. Na Węgrzech w 2015 roku odnotowano dwa strajki. Tak więc rzekomo zblazowana Europa Zachodnia, a nawet zdyscyplinowani Koreańczycy są zdecydowanie bardziej skłonni do walki o swoje prawa i interesy niż rzekomo wojowniczy naród znad Wisły. A chyba nikt nie postawi tezy, że po prostu w Niemczech i Norwegii pracownicy mają o co się wykłócać, a w Polsce nie.

Społeczna pustynia

Po części to efekt naszej ogólnej bierności społecznej. Nie jesteśmy wspólnotą, lecz zbiorem jednostek, tak jak wymarzyła to sobie Margaret Thatcher. Pod względem aktywności obywatelskiej wypadamy fatalnie – i to nawet jeśli tę aktywność rozumieć bardzo szeroko, czyli nie tylko jako członkostwo w stowarzyszeniach lub partiach, ale także wzięcie udziału w jakimś wydarzeniu o charakterze politycznym lub społecznym, choćby tak niewiele obciążającym jak podpisanie petycji. Taką aktywnością obywatelską w 2015 roku mogło się pochwalić 7,3 proc. Polek i Polaków, czyli prawie dwa razy mniej niż średnio w UE (13 proc.). W Holandii, Finlandii oraz Francji aktywny obywatelsko był co czwarty mieszkaniec, a w Szwecji prawie co trzeci.

Tę bierność potwierdzają zresztą dane CBOS. W badaniu Aktywności i doświadczenia Polaków w 2019 roku zaledwie 6 proc. respondentów wymieniło uczestnictwo w strajku lub demonstracji, przy czym połowa tylko raz. Dla porównania, w tym samym roku jedna trzecia z nas zagrała w totka, a co dziesiąty pożyczył pieniądze od znajomych.

Zaradni twardziele są twardzi i zaradni. Po co im społeczeństwo?

Co do tych znajomych, to okazuje się, że więcej z nas pożycza od nich pieniądze, niż codziennie z nimi gdzieś wyskakuje. Zaledwie 6 proc. Polaków codziennie spotyka się ze znajomymi, przy średniej UE prawie trzykrotnie wyższej (17 proc.). Oczywiście w Polsce jest kultura weekendowa – wychodzi się w piątek, a następnie dochodzi do siebie aż do niedzieli. Jednak nawet raz w tygodniu wypad ze znajomymi zalicza tylko jedna piąta nadwiślańskiego społeczeństwa. W Holandii i Belgii prawie połowa, a ponad 40 proc. w Finlandii, Włoszech, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.

Jesteśmy więc nieprzesadnie towarzyscy, co w największym stopniu wynika zapewne z faktu, że jesteśmy zabiegani i zwyczajnie nie mamy na to czasu. Jednak równie zapracowane narody – np. Czesi – są znacznie bardziej towarzyskie. Najwyraźniej niespecjalnie przepadamy za sobą, więc też nie mamy jakiejś wielkiej ochoty robić wspólnie różnych rzeczy. Wspólnota w Polsce dobrze wypada na kartach książek historycznych pisanych przez konserwatystów, oczywiście odpowiednio podrasowana, żeby pokazać, że w narodowych zrywach rzekomo uczestniczył niemal każdy.

Pandemia może nas cofnąć społecznie do lat 90.

Swoje robi też bardzo wysoka temperatura sporu politycznego, która sprawia, że popieramy głównie protesty i strajki popierane przez opcję polityczną, z którą sympatyzujemy. Doskonale było to widać w kontekście protestów nauczycieli w 2019 roku. Według CBOS generalnie popierało je 44 proc. społeczeństwa, a 36 proc. było im przeciwnych. Tylko że w elektoracie PiS aż 60 proc. sprzeciwiało się tym strajkom, a popierało je zaledwie 21 proc. Odwrotnie było wśród wyborców Platformy Obywatelskiej – tu aż 78 proc. popierało nauczycieli, a zaledwie 14 proc. było im przeciwnych.

Człowiek firma nie strajkuje

Oczywiście kluczową rolę odgrywają uwarunkowania ekonomiczne. Pracownicy w Polsce zostali skutecznie rozbici po 1989 roku, chociaż nie pałkami, jak brytyjscy związkowcy z czasów rządów Thatcher, lecz zmianami legislacyjnymi oraz sączeniem do głów antyzwiązkowej ideologii przedsiębiorczyzmu. Związki zawodowe zostały nam skutecznie obrzydzone, więc mało kto chce się do nich zapisywać, a firmy przez lata utrudniały ich zakładanie, jak chociażby podczas słynnej awantury w Lidlu, z którego finalnie zwolniona została założycielka związku Justyna Chrapowicz.

Związki dominują jedynie w sektorze publicznym, nic więc dziwnego, że to właśnie tam odbywają się strajki. Przepisy w Polsce uniemożliwiają zorganizowanie strajku w przedsiębiorstwie, w którym nie działa organizacja związkowa – jest on nielegalny, nawet jeśli przystąpiłoby do niego 100 proc. załogi. W Polsce do związków zawodowych należy ledwie 13 proc. pracowników, więc siłą rzeczy potencjał protestu w klasie pracującej jest mizerny. W obronie pracowników, którym nie przysługuje prawo do strajku, związek zawodowy z innego zakładu pracy może zorganizować strajk solidarnościowy, tylko że on może trwać co najwyżej pół dnia roboczego, co automatycznie ogranicza jego skuteczność. Poza tym one i tak praktycznie nie występują.

„Solidarność” wreszcie w Lidlu

Poza tym sprytnie umożliwiono obchodzenie Kodeksu pracy, w wyniku czego powstał dualny rynek, w którym istotna część pracowników została pozbawiona podstawowych praw. Według GUS na podstawie stosunku pracy zatrudnionych jest zaledwie 74 proc. pracujących. Pozostali stali się firmami lub zleceniobiorcami, a ich pracodawcy to co najwyżej kontrahenci. Dzięki temu jedna czwarta rynku pracy oparta jest wyłącznie na indywidualnych negocjacjach, czyli swobodnie zawieranych umowach między jednostkami kierującymi się wolną wolą i racjonalnym osądem.

W takiej sytuacji strajkowanie oczywiście musi wydawać się absurdalne, bo to tak, jakby się strajkowało przeciw samemu sobie, czyli równorzędnej stronie kontraktu. Ta kontraktowość istotnej części polskiego rynku pracy zabiła w nas chęć do współdziałania, bo gdy siebie samego traktuje się jak firmę, wszyscy współpracownicy stają się konkurentami. Człowiek firma rywalizuje z koleżanką z pracy o te same zasoby, jakim jest zakładowy fundusz płac – taka rywalizacja musi być zażarta, tu nie może być mowy o współpracy. Tu trzeba walczyć o swoje, a nie strajkować.

Wrześniowa nadzieja

Ideologia przedsiębiorczyzmu, według której człowiek firma jest najdoskonalszym bytem funkcjonującym na rynku pracy, a także nasza bierność i brak zaufania czy nawet sympatii wobec rodaków (bo my kochamy Polskę, a nie jej mieszkańców), sprawiły, że strajk nad Wisłą to wydarzenie rzadkie niemal jak śnieg na Jamajce. Tak naprawdę regularnie strajkują w Polsce tylko trzy grupy zawodowe – nauczyciele, pracownicy ochrony zdrowia i górnicy, czyli te, które są naprawdę nieźle uzwiązkowione. Chociaż właściwie już nawet górnikom chyba odechciało się strajkować, bo właśnie zgodzili się na likwidację kopalń bez większych awantur (tu akurat słusznie), co zapewne zaskoczyło rządzących.

Dlaczego nie chcemy pracować w samorządzie?

Miejmy nadzieję, że zapowiadana przez budżetówkę „kampania wrześniowa” będzie gorąca i obejmie dużą część załóg strajkujących podmiotów. Wmówiono nam, że strajk to coś złego, a przecież jest wręcz przeciwnie – strajk to piękny przykład międzyludzkiej współpracy i siostrzanej walki o swoje prawa. Tak więc, droga budżetówko, strajkujcie we wrześniu jak najbardziej intensywnie, niech wasze protesty będą energiczne i pełne nadziei. Może tchną nieco więcej siły także w inne grupy zawodowe w naszym raczej smutnym kraju.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij