Świat

Trump: ostatnia krucjata w obronie apartheidu

W młodym pokoleniu Amerykanów rasizm raczej zanika, ale dla starszych, białych zwolenników segregacji te wybory to ostatnia, wielka bitwa o wszystko. Jeśli Trump wygra, biali suprematyści są gotowi rozpętać piekło otwartej przemocy i terroru.

NOWY JORK – Jeśli amerykańska kampania wyborcza jest w tym roku tak brutalna, to nie ze względu na osobę samego Donalda Trumpa, ale przez to, co Trump sobą reprezentuje: rasistowskie struktury władzy, obecne w Ameryce od wieków, choć czasem w nieco przytłumionej formie. Długa historia wspieranego przez amerykańskie państwo rasizmu odejdzie w niepamięć z kolejnym pokoleniem – dlatego tak uderzająco reakcyjne są wysiłki Trumpa, próbującego przedłużyć jego egzystencję. Widmo spustoszenia, które może przynieść ze sobą biały nacjonalizm spod znaku Trumpa w USA i na świecie, sugeruje, że mamy przed sobą być może najważniejsze wybory we współczesnej historii Ameryki.

Rasizm jest wpisany w DNA Stanów Zjednoczonych od założenia pierwszych amerykańskich kolonii, których gospodarka opierała się na pracy zniewolonych Afrykanów oraz na wywłaszczaniu i mordowaniu rdzennych Amerykanów. W większości krajów handel afrykańskimi niewolnikami oraz posiadanie niewolników zniesiono w sposób pokojowy, jednak w amerykańskim społeczeństwie niewolnictwo zapuściło swoje korzenie tak głęboko, że kres położyła mu dopiero krwawa wojna secesyjna.

Jak Robert E. Lee stłumił powstanie przeciwnika niewolnictwa Johna Browna

Po jej zakończeniu, w latach tzw. rekonstrukcji (1865–1876) i krótkim okresie emancypacji odrodził się system rasistowskich represji – tak wszechobecnych i systemowych, że można było mówić o amerykańskim systemie apartheidu. Rasistowskie prawa Jima Crowa na amerykańskim Południu są dobrze znane. Jednak równie ohydne były represje i segregacja na Północy i Zachodzie, przejawiające się np. w tworzeniu oddzielnych dzielnic mieszkalnych, rażącej dyskryminacji na rynku pracy, ograniczaniu dostępu do edukacji czy wreszcie, w systemowych zaniedbaniach wymiaru sprawiedliwości.

W swojej doskonałej, dobitnej książce The Color of Law Richard Rothstein opisuje, jak władze federalne, stanowe i lokalne we współpracy z bojówkami białych Amerykanów tworzyły i podtrzymywały istnienie afroamerykańskich gett w całym kraju, jednocześnie wspierając i upowszechniając powstawanie przedmieść tylko dla białych. Do końca lat 60. ubiegłego wieku znaczna część jawnie rasistowskich przepisów została ostatecznie zniesiona przez Kongres lub uchylona przez sądy federalne. Nie oznaczało to jednak końca rasizmu, który od lat 70. XX wieku przyjął postać brutalnych zachowań policji, masowych aresztowań czarnej młodzieży, utrudniania czarnym udziału w wyborach czy powszechnej dyskryminacji na rynku pracy. Co więcej, na większości amerykańskich przedmieść powstałych w okresie segregacji nadal próżno szukać innego koloru skóry niż biały.

San Francisco. Dzielnice czarnych odcięto od miasta jak gangrenę

czytaj także

Ruch praw obywatelskich w latach 50. i 60. zapoczątkował głębokie i długotrwałe zmiany. Jednak wywołał również gwałtowny sprzeciw w szeregach białych konserwatystów, zwłaszcza na Południu i Środkowym Zachodzie. Biali ewangelicy z klasy robotniczej, którzy od dawna należeli do koalicji stworzonej przez Franklina D. Roosevelta w ramach Nowego Ładu, zdezerterowali do republikanów, machających im przed oczami obietnicą zatrzymania desegregacji i wspierania rozwiązań politycznych bliskich sercu konserwatystów społecznych. To właśnie na fali owej „południowej strategii” w 1968 roku do Białego Domu dostał się Richard Nixon, a po nim, w 1980 r. – Ronald Reagan. Ci sami biali ewangeliccy wyborcy z obszarów wiejskich i podmiejskich pomogli zwyciężyć w wyborach republikańskim prezydentom. Na ich głosy mogli liczyć George Bush senior, George Bush junior, a wreszcie Donald Trump.

Dziś jednak młodzi Amerykanie znacznie częściej popierają różnorodność rasową, zresztą są znacznie bardziej rasowo zróżnicowani. Są także lepiej wykształceni. Na kampusach spotykają się Amerykanie z różnych środowisk, tworząc żywą kulturę różnorodności, a tym samym rozwijając coraz większą tolerancję dla różnych ras.

Według niedawnego badania Pew Research Center 59 proc. młodych wyborców w wieku od 18 do 29 lat opowiada się za Joe Bidenem, a 29 proc. za Trumpem, który ma równie niskie poparcie wśród absolwentów szkół pomaturalnych. Wśród wyborców z tytułem licencjata Joe Biden może liczyć na poparcie 57 proc., a Trump na 37, zaś różnica w poparciu między Bidenem i Trumpem wśród osób z wykształceniem wyższym niż licencjackie jest jeszcze większa i wynosi 68 do 28 proc. Wyborcy Trumpa to głównie starsi, biali, słabiej wykształceni protestanci, którzy przed kilkudziesięciu laty przenieśli się do wydzielonych przedmieść dla białych po to, by uniknąć integracji.

USA: wciąż państwo apartheidu

Jest jednak szansa, że w tym roku niezdeklarowani wyborcy opowiedzą się za Bidenem. Pogarda Trumpa dla zdrowia publicznego sprawiła, że COVID-19 rozprzestrzenił się w szaleńczym tempie. Do tego dochodzi cherlawa gospodarka, miejsca pracy, które jakoś nie chcą wrócić do Stanów z Chin, bezrobocie w przemyśle wytwórczym rosnące od czasu objęcia urzędu przez Trumpa i przekonujące zapewnienia Bidena, że stworzy miliony nowych miejsc pracy, inwestując w czystą, ekologiczną infrastrukturę. To wszystko sprawia, że hasła rzucane przez Trumpa coraz częściej padają wśród niezdeklarowanego elektoratu na jałowy grunt.

W USA zmienia się sytuacja demograficzna i kulturalna, dlatego starszym, białym Amerykanom, zwolennikom segregacji, może się wydawać, że tegoroczne wybory to ich ostatnia wielka bitwa o wszystko. Trump w swoim arsenale ma jeszcze jeden fortel: zniechęcanie wyborców i utrudnianie im głosowania, między innymi przez straszenie ponurą wizją przemocy ze strony swoich niezadowolonych popleczników w razie jego porażki. Wielokrotnie zapowiadał, że nie odda władzy pokojowo, kierując niepokojące apele do białych suprematystów, by do czasu ogłoszenia wyników wyborów „stanęli z boku i czekali w gotowości”.

Po debacie: Czy Trump się wreszcie zamknie?

Teraz, kiedy prawdopodobieństwo porażki staje się coraz większe, Trump podkręca swoją dotychczasową retorykę do granic możliwości. Jego główny pomysł na utrzymanie się przy władzy to obecnie podważanie ważności przeliczonych głosów, obliczone na wywołanie chaosu. Za najbardziej pokrzepiające słowa, jakie padły z ust Trumpa w trakcie całej kampanii, należy uznać jego niedawne dywagacje na temat ewentualnej przegranej: „Być może będę musiał wyjechać z kraju”. Należy się raczej spodziewać, że po latach przestępstw skarbowych i unikania podatków w końcu upomni się o niego wymiar sprawiedliwości.

Jeżeli jednak Trump utrzyma się u władzy, oznaczać to może fatalne wręcz skutki represyjnego, rasistowskiego ustroju USA dla kraju i dla świata. W samych Stanach Zjednoczonych grupy białych suprematystów zerwą się z łańcucha i w szaleńczym tańcu rozpętają piekło otwartej przemocy i terroru. Na arenie międzynarodowej ewangelickie zaplecze polityczne Trumpa ostrzy sobie zęby na nową zimną wojnę z Chinami, która brzmi niczym najpiękniejsza muzyka dla ksenofobicznych uszu jego wyborców, przesiąkniętych antychińskim rasizmem i niemających bladego pojęcia o historii.

Trump ma gdzieś dowody naukowe. Ciekawe, co powie na prokuratorskie

Dlatego najbliższe tygodnie upłyną nam w cieniu ogromnego niebezpieczeństwa. Dopóki Trump nie odejdzie, Ameryka ani świat nie są bezpieczne.

 

**
Copyright: Project Syndicate, 2020. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Dorota Blabolil-Obrębska.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jeffrey D. Sachs
Jeffrey D. Sachs
Ekonomista, Columbia University
Profesor Zrównoważonego Rozwoju oraz profesor Polityki i Zarządzania Zdrowiem Publicznym na Uniwersytecie Columbia. Jest dyrektorem Centrum ds. Zrównoważonego Rozwoju na Columbii oraz Sieci Rozwiązań na Rzecz Zrównoważonego Rozwoju przy ONZ.
Zamknij