Czytaj dalej

San Francisco. Dzielnice czarnych odcięto od miasta jak gangrenę

Magda Działoszyńska-Kossow

Czarni robotnicy z całych Stanów migrowali na zachód. Dalej uciec się nie dało, więc trzeba było coś zmienić. W końcu to San Francisco, tutaj nikt nie ma już nic do stracenia. Tak narodził się ruch Black Power – fragment książki Magdy Działoszyńskiej-Kossow „San Francisco. Dziki brzeg wolności”.

(…)

W czasie II wojny światowej w okolice San Francisco sprowadziło się blisko pół miliona ludzi. Wśród nich wielu czarnych, którzy już od kilku dekad masowo uciekali z Południa (gdzie wciąż panowała segregacja) do szybko industrializujących się miast na Północy – Chicago, Detroit, Baltimore. Gdy doszła do nich wieść o nowych możliwościach na Zachodzie, mimo znacznie dłuższej i kosztowniejszej podróży ruszyli także w tamtym kierunku. Według spisu ludności z roku 1940 w San Francisco mieszkało wówczas niewiele ponad osiem tysięcy czarnych. W 1945 roku było ich już pięć razy więcej. Jeszcze raz tyle osiedliło się ich w Oakland, po drugiej stronie zatoki. W ten sposób reputacja San Francisco jako miejsca otwartego, liberalnego i progresywnego, również pod względem rasowym, została wystawiona na wielką próbę.

Do Oakland z San Francisco dziś jedzie się przez Bay Bridge albo BART-em. Po drugiej stronie zatoki kolejka wyjeżdża z tunelu i do następnych stacji sunie już po naziemnych torach. Po prawej rozciąga się przytłaczający, industrialny krajobraz: rozległe portowe doki rządzone przez armię dźwigów i żurawi, które od rana do nocy bez wytchnienia przeładowują tony cargo w metalowych kontenerach, zawierających wszystkie możliwe towary, które uznajemy za niezbędne do życia. Codziennie odbywa się tu rozgrywka plenerowego tetrisa, w której stawką jest jak najsprawniejsze dostarczenie jak największej ilości dóbr jak najmniejszym kosztem do jak najliczniejszej grupy mieszkańców jakiegoś innego końca świata. (…)


Pozostawiając za sobą żurawie portowe, niestrudzenie walczące o to, by globalny handel odbywał się bez zakłóceń, hurkoczące wagoniki BART-u wjeżdżają pomiędzy rzędy domów jednorodzinnych. Z fasad odpada siding, niewielkie działki pełne są zdezelowanych sprzętów AGD i innych rupieci, samochody na podjazdach pamiętają pewnie czasy, gdy benzyna kosztowała dolara za galon. Lata świetności dawno mają za sobą. Pierwsza stacja za zatoką to West Oakland (tu, gdzie Oakland się zaczęło, jest teraz jego zachodnia dzielnica). Naokoło rozległe parkingi, za szerokie ulice, wielkie i nieprzyjazne gmachy. W bocznych uliczkach hula wiatr, unosząc ze sobą suche liście i serwetki z fast foodów, jest pusto i głucho. W tej okolicy w latach czterdziestych ubiegłego stulecia osiedlali się pierwsi czarni, dziś w tym zakątku nikt już nie mieszka.

– Tutaj wysiadali z pociągów.

Wraz z Pendarvisem „Penem” Harshawem stoimy przy budynku starego dworca, oddalonego od stacji BART-u o kilka przecznic. Opuszczony, zdewastowany, z powybijanymi szybami w oknach i otoczony gąszczem chwastów przypomina ten, na którym podróż zaczynać mogli niektórzy kierujący się do Oakland pasażerowie – Michigan Central Station w Detroit. Oba wybudowano w stylu beaux-arts w drugiej dekadzie XX wieku, oba dziś słyną nie z liczby obsługiwanych pasażerów, ale ze zdjęć z rodzaju ruin porn. Są też architektonicznymi świadectwami tego, że jedyny constans w otaczającym nas świecie to zmiana.

– Czasem ktoś kręci tu teledysk albo robi sesję zdjęciową.

Pen mówi chłodnym, informacyjnym tonem, jakby sam nie był z tym miejscem blisko związany. Też jest potomkiem czarnych migrujących z Południa w poszukiwaniu perspektyw, ale jego przodkowie najpierw wyruszyli na Północ – wychował się w Columbus, w stanie Ohio. Gdy rodzice się rozwiedli, matka powiedziała do dzieci: jedziemy na Zachód. W Oakland mieszkała już jej siostra, wszystko jakoś się poukładało. Dziś Pen jest nauczycielem, robi studia drugiego stopnia (graduate studies), ma małą córeczkę. Ale zmaga się z życiem, prywatnym i zawodowym, goni z miejsca na miejsce, często się przeprowadza. Cóż, taki los.

Nie ma amerykańskiego snu. Jest praca do upadłego

czytaj także

Bywa ciężko, ale nie musi to wcale rzutować na sposób bycia: mimo kłopotów Pen jest pogodny i wyluzowany. Ubrany w dżinsy: szerokie i luźne, ale nie za luźne, na ramieniu plecak, na szyi drewniane koraliki. Głowa gładko ogolona, włosom we władanie oddał dolną partię twarzy, którą porasta gęsta, ale kształtnie przystrzyżona broda. Miły chłopak z sąsiedztwa, rzetelny i odpowiedzialny, pewnie pomoże zmienić oponę tak samo chętnie, jak wytłumaczy, na czym polega występujący w tym kraju rasizm systemowy i dlaczego to, że przed domami czarnych ludzi nie płoną już krzyże, nie oznacza, że problem nie istnieje.

Spacerujemy dalej, w stronę dzielnic mieszkaniowych, które widziane z perspektywy ulicy okazują się mniej „jednolicie” zapuszczone: jedne domy są w lepszym stanie, drugie w gorszym. Sprowadza się tu dużo ludzi, którzy całe życie spędzili w San Francisco, ale już ich na życie tam po prostu nie stać. Również techies, których stać, ale powoli przestają się na półwyspie mieścić.

– O, widzisz tamten? – Wskazuje na remontowaną konstrukcję po drugiej stronie ulicy. – Założę się, że to przypadek z gatunku: biali kupili, brązowi remontują, czarni wypad. Co nie oznacza, że czarni nie wypierają czarnych. Też pracują w tech, przeprowadzają się tutaj i gdy stać ich na tysiąc czterysta dolarów za wynajem kawalerki, ktoś wylatuje na peryferie. Jeszcze kiedy byłem w liceum, mówiło się: „Jak uzbieram trochę pieniędzy, wyrwę się z Oakland”. Dziś wyzwaniem jest mieć dość pieniędzy, żeby w Oakland zostać – mówi.

Kto ich nie ma, przeprowadza się na Wschód, ale większość i tak dojeżdża do pracy tutaj. Przynajmniej dwie godziny tam i z powrotem. Pen zna ludzi, którzy jadą te dwie godziny tylko po to, by pójść tu do kościoła. Dalej czują się częścią wspólnoty, którą musieli porzucić, tęsknią za rodzinną atmosferą. Sam bardzo chciałby zostać, kocha to miejsce, pisze o jego historii dla lokalnych gazet i internetowych magazynów, opowiada o nim w podcaście popularnej stacji radiowej KQED. Ale trzyma się „na włosku”. Nie miał tyle szczęścia co jego bliski znajomy, od którego właśnie wraca. Ten wraz z rodziną mieszka w domu kupionym jeszcze przez jego babkę z pensji robotnicy w przetwórni konserw. Przyjechała tu z Luizjany w czasie wspomnianej wielkiej migracji. Z pociągu wysiadła dokładnie na tej stacji, którą mijaliśmy chwilę wcześniej, i osiedliła się w akurat takim miejscu, które jakimś cudem ominęły przeróżne fale rewitalizacji i związanych z nią wysiedleń.

– Nie wiem, ile ten dom mógł ją kosztować, kilkadziesiąt tysięcy dolarów? Teraz jest wart pewnie blisko milion – szacuje Pen. – Czyste szaleństwo.

Gdy około 1941 roku czarni z Południa zaczęli napływać w rejon zatoki San Francisco, największym wyzwaniem – jak zawsze tutaj – było dla nich znalezienie mieszkania. Przyjezdny mógł się zaczepić w dwóch niewielkich skupiskach czarnej społeczności: w pączkującym dopiero Oakland lub w dzielnicy San Francisco zwanej Western Addition. Nieliczni czarni żyli tam obok Japończyków, których po ataku na Pearl Harbor rząd amerykański internował. Western Addition chłonęło więc nowych mieszkańców jak gąbka i z tego przewrotnego splotu okoliczności wyrosło Fillmore (od nazwy głównej ulicy) – Harlem Zachodniego Wybrzeża, tętniące życiem i jazzem centrum czarnej kultury. Dzięki dobremu położeniu, w otoczeniu innych społeczności, nie było skazane na zostanie gettem, jak czarne enklawy wyrastające na obrzeżach wielkich miast. Zdaniem historyków dzięki temu właśnie San Francisco nie doświadczyło wtedy zamieszek na tle rasowym, które wydarzyły się na przykład w Detroit, Nowym Jorku czy Los Angeles. Ale na wszystko przyjdzie czas.

Nie próbujcie tłumić społecznego gniewu. On powróci jeszcze silniejszy [fragment książki]

Szybko okazało się bowiem, że problem rasizmu nie istniał tutaj dopóty, dopóki rasowe i etniczne mniejszości stanowiły niewielki odsetek populacji. W miarę jak czarnych zaczęło przybywać, pojawiać zaczęły się też cwane rozwiązania prawne i administracyjne, których mnogość składa się na to, co dziś nazywane jest rasizmem systemowym. Na przykład racial covenants – specjalne klauzule mówiące o tym, że tylko osoby rasy białej/kaukaskiej mogą kupić lub zamieszkiwać daną nieruchomość. Oto właśnie ta niby niewidzialna ręka rynku, pilnująca, by wartość nieruchomości rosła, a przynajmniej nie spadała – bo o ile rozbudowa mediów czy infrastruktury ją zwiększa, o tyle kolorowe sąsiedztwo automatycznie ją zmniejsza. Do dziś kupujący domy w okolicy Bay Area (ale także wszędzie tam, gdzie czarni masowo migrowali z Południa) przy przeglądaniu dokumentów ku swojemu wielkiemu zaskoczeniu trafiają na zapisy, o istnieniu których wcześniej nie mieli nawet pojęcia. A getta – mogli sądzić – tworzyły się same. Podobnie było z osiedlami budowanymi przez władze miast albo rząd federalny w pobliżu wielkich fabryk i stoczni. Celem tych projektów nie była integracja różnych społeczności, które stykały się ze sobą w miejscu pracy, ale wręcz przeciwnie. W ich założenia wpisane było „zachowanie integralnego charakteru” dzielnic, w których te osiedla budowano, co w praktyce było zasłoną dymną służącą dalszej marginalizacji czarnych.

Jednym z chlubnych wyjątków i przykładów sprawnej integracji było Hunters Point – dzielnica zbudowana obok stoczni o tej samej nazwie w San Francisco, na niewielkim cyplu po wewnętrznej stronie zatoki. Ale sprawy miały się tam dobrze tylko do czasu, kiedy toczyła się wojna, a marynarka składała zamówienia na kolejne okręty, śruby i rury do ich zbudowania i konserwy do zaopatrzenia. Gdy z końcem 1945 roku przemysł wojenny wyhamował, tysiące ludzi zaczęły tracić stałą i dobrze płatną pracę. Dla białych nie był to aż taki problem – wyprowadzali się i szukali pracy gdzie indziej. Kolorowi nie wszędzie mogli zamieszkać i nie wszyscy ich zatrudniali, bo jeszcze nie każda branża, jak zbrojeniówka – którą zmusił do tego prezydent Roosevelt – wkroczyła w erę postrasową. Tak czarni po raz pierwszy poczuli na własnej skórze skutki wiszącej nad miastem jak fatum dynamiki boom and bust (z ang. „wzrost i upadek”).

„Zacząłem kraść, żeby wyżywić rodzinę. Nie było pracy. Jeśli wybrałeś się do centrum, chcieli konkretnych umiejętności, ale nie było szkoleń” – mówił James Lockett, były mieszkaniec Hunters Point, autorowi książki o historii czarnego San Francisco. Z aranżowanego małżeństwa braku perspektyw i biedy szybko urodziły się niechciane dzieci: przestępczość i uzależnienia. Dodatkowo pod koniec lat pięćdziesiątych budowa drogi szybkiego ruchu odcięła dzielnicę od reszty miasta, co tylko przypieczętowało jej status getta. Podczas gdy amerykańskie społeczeństwo zaczęło odcinać kupony od wojennego sukcesu, czarni pozostawali w społecznym ogonie. Zwłaszcza na Południu, gdzie sto lat po wojnie secesyjnej i emancypacji niewolników wciąż obowiązywała segregacja rasowa opierająca się na prawach Jima Crowa. Tam też pod przywództwem pastora Martina Luthera Kinga zawiązał się ruch walki o prawa obywatelskie, stosujący metodę biernego oporu i wystrzegający się przemocy.

Z czasem jednak czarni imigrujący na Północ i Zachód odkryli, że nie trzeba żyć na otwarcie rasistowskim Południu, żeby być obywatelem drugiej kategorii. Nawet tam, gdzie segregacja nie była usankcjonowana prawnie, rasistowska polityka mieszkaniowa i utrudniony dostęp do pracy trzymały czarnych w slumsach, z których wyrwać się było tym trudniej, że słaba dzielnica oznaczała słabą edukację – w systemie publicznym do dziś obowiązuje ścisła rejonizacja, a szkoły utrzymywane są z podatków od nieruchomości. Choć czarni mieli prawo wyborcze, ordynacja często nie działała na ich korzyść, zwłaszcza lokalnie. W San Francisco na przykład nie mieli przedstawicieli we władzach, bo – zgodnie z obowiązującą jeszcze długo potem ordynacją większościową – reprezentantów poszczególnych dzielnic wybierała nie ich społeczność, tylko całe miasto. Choć czarnych wcielano do wojska jak równych, w policji pracowała ich tylko garstka. Choć żyli w wolnym kraju, nie mogli cieszyć się tą samą swobodą osobistą co biali, bo byli arbitralnie zatrzymywani przez policję i często brutalnie przeszukiwani.

W 1963 roku do San Francisco przyjeżdża James Baldwin – pisarz i intelektualista, sumienie zmagającego się ze spuścizną niewolnictwa narodu. Znany z elokwencji i emocjonalności trybun czarnego ludu Ameryki, w swojej twórczości i publicznych wystąpieniach piętnujący głęboko wpleciony w tkankę społeczną rasizm. Przenikliwie wskazujący dyskryminację tam, gdzie pozornie jej nie ma, ale tak naprawdę jest, tylko na pierwszy rzut oka jej nie widać – na przykład w miejscach uważających się za postępowe i otwarte, jak San Francisco właśnie. Baldwin chce się przekonać na własnej skórze, czy wizerunek miasta ma coś wspólnego z rzeczywistością. Towarzyszy mu ekipa telewizyjna, powstaje dokumentalny zapis wizyty, film Take This Hammer [Weź ten młotek]. Baldwin stwierdza w nim: „To miasto ładniejsze od Nowego Jorku: ma wzgórza, widoki i renomę miejsca kosmopolitycznego i zwróconego ku przyszłości. Ale to tylko fasada, bo jest jak każde inne amerykańskie miasto. Dzieci umierają tu z tego samego powodu co w Nowym Jorku. Nie ma różnicy między realiami życia w Birmingham w Alabamie a tymi w San Francisco w Kalifornii. Ten kraj ma do spłacenia długi. Nie tylko Południe – cały kraj”. W mieście rozmawia z różnymi osobami, mieszkańcami, aktywistami i politykami. Jeden z mieszkańców pyta go: „Czy jest tu dla nas miejsce? Uciekaliśmy, ale dalej jest tylko Pacyfik, dalej uciec się nie da”. A skoro dalej uciec się nie da, trzeba coś zmienić. Najlepiej w sposób radykalny, w końcu to San Francisco, tutaj nikt nie ma już nic do stracenia. Tak rodzi się ruch Black Power (Czarna Siła).

Cornel West: Neofaszystowski gangster w Białym Domu i Ameryka jako nieudany eksperyment

Jest wrzesień 1966 roku. Środek nocy, na ciemne ulice Hunters Point pada jedynie skąpe światło nielicznych latarni. Trzech nastolatków urządza sobie szaloną samochodową przejażdżkę po wyludnionej okolicy. Przy Griffith Street napotykają patrol policji i nagle to, że jadą kradzionym buickiem, staje się o wiele większym problemem, niż mogli sądzić chwilę wcześniej. Wysiadają w pośpiechu, jeden kryje się za zaparkowanymi autami, dwóch pozostałych ucieka. Policjanci ruszają w pościg, po przejechaniu kilku przecznic też wysiadają, wedle policyjnego raportu jeden z nich krzyczy: „Stój, zatrzymaj się albo strzelam!”, dopiero potem strzela. Któraś z czterech kul trafia szesnastoletniego Matthew Johnsona prosto w serce. Śmierć na miejscu. Iskra rzucona na beczkę prochu, bo dla czarnej społeczności nie ma lepszego dowodu na to, że policja traktuje ją z nieuzasadnioną brutalnością, niż zabójstwo nieuzbrojonego nastolatka. W Hunters Point wybuchają gwałtowne zamieszki, trwają pięć dni. Żeby je opanować, władze wprowadzają godzinę policyjną i wzywają Gwardię Narodową. (…)

W desperacji, gniewie i agresji coraz silniej targających czarną społecznością dwójka studentów pierwszego w kraju programu African-American Studies w Merritt College w Oakland dostrzega potencjał do stworzenia zupełnie nowej siły broniącej interesów czarnych. Huey Newton i Bobby Seale nie zamierzają być potulni, układni i „cywilizowani”. Uświadamiają czarnym braciom i siostrom, że po wyzwoleniu się z dosłownych kajdan przyszedł czas na zrzucenie oków również mentalnych: narzuconych przez białego człowieka standardów dotyczących zachowania, mówienia, wyglądu. Zapuszczają afro, wkładają skórzane kurtki, okulary przeciwsłoneczne i unoszą czarne pięści. Odtąd czarne jest piękne, w czarnym jest siła, a wyglądać, mówić, zachowywać się można tak, jak w czarnej duszy gra. A nie tak, jak chce anglosaski, protestancki establishment.

Newton i Seale świetnie czują nastroje społeczne – powołana przez nich partia Czarne Pantery szybko zyskuje członków i buduje oddziały w całym kraju. Wkrótce ogłaszają swój dziesięciopunktowy program polityczny, wymierzony w ich zdaniem dotykające czarnych dyskryminację społeczną i wyzysk gospodarczy. Chcą: 1. swobody w decydowaniu o przyszłości czarnej społeczności, 2. pełnego zatrudnienia, 3. zakończenia kapitalistycznego wyzysku czarnej społeczności, 4. godziwych warunków zamieszkania, 5. edukacji, która mówi prawdę o historii USA i roli, jaką odegrali w niej czarni, 6. zwolnienia czarnych mężczyzn ze służby wojskowej, 7. ukrócenia brutalności policji i morderstw na czarnych, 8. wolności dla czarnych przetrzymywanych we wszystkich rodzajach więzień, 9. ław przysięgłych w sądach złożonych z równych sobie, zgodnie z tym, co mówi konstytucja, 10. ziemi, chleba, mieszkań, edukacji, ubrań, sprawiedliwości i pokoju.

Zinn: Naszym problemem jest obywatelskie posłuszeństwo

Poza programem politycznym, skórzanymi kurtkami i uniesionymi pięściami w ich wizerunku jest coś, co w kręgach trzymających władzę budzi jeszcze większy strach. Pantery głoszą, że czas biernego oporu się skończył i przyszła pora na opór zbrojny, zwłaszcza przeciwko brutalności policji. „Pantera to takie zwierzę, które nie atakuje samo z siebie, ale dopiero gdy jest wielokrotnie prowokowane” – Newton tłumaczy nazwę, a zarazem filozofię organizacji, i zbroi jej członków w karabiny. Dobrze zna prawo – w Kalifornii nie dość, że pozwala ono na posiadanie broni, to wolno też nosić ją ze sobą w miejscach publicznych, o ile jest na widoku.

Gdy Pantery potrzebują środków na zakup owej broni, z pomocą przychodzi im logika znienawidzonego kapitalizmu: hurtem nabywają wydaną niedawno Czerwoną książeczkę z myślami Mao Zedonga i z potrójnym przebiciem sprzedają ją zafascynowanym komunizmem radykalnym studentom z Uniwersytetu w Berkeley (jedna z silnie lewicowych uczelni, której kampus był areną walki o prawa obywatelskie dla czarnych i wolność słowa oraz miejscem protestów przeciwko wojnie w Wietnamie). Wyposażeni w karabiny członkowie organizacji wyruszają na ulice – tak jak policja patroluje je, by pilnować porządku i przestrzegania prawa, tak oni patrzą na ręce policji i manifestują swoją zbrojną obecność tam, gdzie policja szarpie, kopie i ubliża. Napięcie rośnie.

Choć powstanie organizacji zainspirowały wydarzenia w Hunters Point, jej bazą zostało Oakland, które po II wojnie światowej rozpoczęło taki sam powolny marsz ku upadkowi jak wiele innych czarnych enklaw. Zubożałą dzielnicę Hunters Point, położoną na cyplu obok stoczni w San Francisco, za pomocą drogowej estakady po prostu – jak gangrenę – odcięto od reszty organizmu. Fillmore czy Oakland, które z punktu widzenia miasta i deweloperów jeszcze do czegoś się nadawały, poddano procesowi urban renewal, czyli modernizacji. W tym pierwszym stawiano nowe budynki o wyższym standardzie dla zamożniejszych ludzi, a w drugim budowano wielkoskalową infrastrukturę i budynki użyteczności publicznej. Pen po kolei wskazuje je palcem: tuż obok stacji BART-u w West Oakland stoi centrum logistyczne poczty o powierzchni kilku boisk sportowych, moloch w posępnym kolorze brudnego beżu. W prawo i w lewo biegną tory kolejki – wyniesione na powierzchnię, bo tak było taniej. Okolica przeorana jest też kilkoma różnymi drogami szybkiego ruchu.

Żyliśmy w cieniu huty

czytaj także

Żyliśmy w cieniu huty

Michał Jędryka

Eminent domain (z ang. „wywłaszczenie”) – kwituje Pen. – Wielu ludzi po prostu wysiedlili. Prawdziwa dzielnica czarnych jest teraz bardziej na wschód. (…)

Przeszedłszy przez smętne ulice West Oakland, docieramy w końcu do skrawka zieleni: De Fremery Park, pośrodku którego stoi błękitny domek – słynny, bo był jednym z głównych centrów działalności Panter. Dziś jest w nim lokalny ośrodek z programami edukacyjnymi i zajęciami dla dzieci, kiedyś odbywały się tu zebrania, szkolenia, wiece. Działał też program darmowych śniadań dla dzieci, który realnie polepszał życie ludzi i integrował społeczność, ale tak bardzo nie zgadzał się z wojowniczym, publicznym wizerunkiem organizacji, że słabo zapisał się w powszechnej świadomości. (…)

Jakkolwiek uzasadniona, groźba użycia broni przez Pantery w obronie własnej wkrótce okazuje się mieczem obosiecznym. Stawia na nogi biały konserwatywny establishment, na co dzień raczej niepodważający zapisów drugiej poprawki do konstytucji. Ale gdy po broń sięgają czarni – na Kapitolu w Sacramento, stolicy Kalifornii, momentalnie pojawia się ustawa zakazująca jej noszenia. Członkowie Panter w ramach protestu przyjeżdżają na posiedzenie. „Dwa tuziny uzbrojonych Murzynów weszło dziś do budynku stanowego Kapitolu, dziesięciu zdążyło dostać się na tyły sali zgromadzeń, zanim policja zdołała ich rozbroić i wyprowadzić” – donosi dziennik „Sacramento Bee” z 2 maja 1967 roku. Choć nie doszło ani do przemocy, ani nawet do złamania prawa, przekaz medialny z tej akcji przypieczętowuje ich wizerunek jako groźnych zbirów.

W rozpracowywanie organizacji angażuje się FBI, którego szef John Edgar Hoover uznaje Pantery za największe zagrożenie dla panującego w kraju porządku. Uruchamia tajną operację COINTELPRO – agenci mają infiltrować organizację, werbować informatorów i rozsadzić ją od środka. W 1967 roku jako pierwszy do więzienia trafia Huey Newton – oskarżony o morderstwo policjanta w konfrontacji podczas zatrzymania drogowego (której przebiegu nigdy precyzyjnie nie ustalono). Cały kraj krzyczy: Free Huey! (z ang. „Uwolnić Hueya!”), ale organizacja na kilka lat zostaje pozbawiona charyzmatycznego lidera. Gdy rok później od kuli ginie Martin Luther King – czempion biernego oporu i wróg przemocy – nawet sceptyczni wobec militaryzmu Panter tracą wiarę w sens strategii non violence. Niektórzy członkowie chcą już nie tylko posiadać broń, ale i z niej korzystać.

W policyjnej zasadzce na jedną z kryjówek Panter i kolejnej konfrontacji z policją ginie pierwszy członek organizacji, nastoletni Bobby Hutton – na skwerze jego imienia właśnie teraz wraz z Penem stoimy. Towarzyszący Huttonowi inny lider, Eldridge Cleaver, po tym wydarzeniu ucieka z kraju, a drugi z założycieli, Bobby Seale, niedługo potem zostaje aresztowany za treść przemówienia podczas zakończonego zamieszkami kongresu Partii Demokratycznej. Gdy w 1968 roku na prezydenta wybrany zostaje Richard Nixon, z silnym mandatem do zaprowadzenia porządku w kraju, policja i FBI dostają zielone światło do ostatecznego rozbicia Panter, które prężnie działające komórki mają już w całym kraju. Zaczynają się naloty na siedziby organizacji, aresztowania szeregowych członków. W Nowym Jorku tamtejszą komórkę próbuje się wrobić w działalność terrorystyczną (ława przysięgłych uniewinnia potem wszystkich dwudziestu jeden oskarżonych), w Chicago w nalocie na mieszkanie, w którym składowana ma być broń, policja zabija wschodzącą gwiazdę organizacji – Freda Hamptona. Hoover dopina swego, pozbawione liderów Pantery powoli dogorywają, choć całkowicie rozwiązują się dopiero w 1982 roku.

Organizacja oficjalnie nie istnieje od prawie czterdziestu lat, mimo to dla jej byłych członków i członkiń (pod koniec lat sześćdziesiątych w jej szeregach większość stanowiły kobiety) pozostaje silnym składnikiem tożsamości. Dalej są oni filarami czarnej społeczności Oakland, dalej angażują się w działalność społeczną, w której dużo dziś pracy u podstaw. Pen spotyka ich w kościele, na sąsiedzkim grillu, na marszach Black Lives Matter – ruchu podnoszącego wiele tych samych co Pantery postulatów i powstałego w odpowiedzi na brutalność policji, do której dochodziło w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku i pół wieku później dochodzi wciąż. (…)

Jak Robert E. Lee stłumił powstanie przeciwnika niewolnictwa Johna Browna

Jadę do piekarni It’s All Good w północnym Oakland – według kilku źródeł była to jedna z pierwszych siedzib Panter. Dziś prowadzi ją kobieta, która jako dziecko przychodziła na serwowane przez organizację śniadania. Kawałek trasy przemierzam hulajnogą, po średnio do tego przystosowanej, wielokrotnie łatanej asfaltowej nawierzchni. W takich okolicach jak ta hulajnogi są dostępne dzięki wysiłkom lokalnych władz, żeby prowadzić równościową politykę względem nowinek technologicznych z Doliny Krzemowej. Mieszkańcy Bay Area jako pierwsi na własnej skórze dowiadują się, jakie są społeczne koszty disruptive innovations (z ang. „przełomowe rozwiązania; takie, które zakłócają zastany porządek”) – usług Ubera, Airbnb czy wszechobecnych hulajnóg właśnie. Koncesje na te ostatnie dostają operatorzy, którzy udostępniają pojazdy grupie użytkowników nieograniczającej się do młodych, bogatych pracowników sektora technologicznego, to znaczy ustawią je też w peryferyjnych dzielnicach, a ich uboższym mieszkańcom oferują pulę tańszych przejazdów. Wedle tej samej logiki legalnie handlujący marihuaną rekreacyjną mają obowiązek zatrudniać pewien procent osób wcześniej skazanych za przestępstwa związane z jej posiadaniem, gdy jeszcze legalna nie była.

Dalej idę już pieszo – przez Temescal, hipsterską dzielnicę pełną małych knajp, autorskich butików, salonów tatuażu i second-handów, barwnie opisaną przez mieszkającego w tych okolicach pisarza Michaela Chabona w Telegraph Avenue. (…)

Do piekarni jeszcze kawałek, nieprzyjemny, bo ładny fragment miasta skończył się za kurczakownią. Dalej szpital, nieużytki, estakada, wiatr znów hula po zmurszałej przestrzeni. Nazwa It’s All Good [Wszystko w Porządku] w tej scenerii zakrawa na ironię, ale może wcale nie trzeba się jej tam dopatrywać, podobnie jak w szerokim uśmiechu na twarzy Pena, który gości tam tak po prostu, niezależnie od okoliczności. Miejsce jest trochę obskurne, a trochę oldskulowo urocze – jedno z tych, których produkt ma taką renomę i tylu stałych klientów, że szkoda mu czasu na umizgi. Wypełnia je obłędny, słodko-słony zapach, ciepły i lekko duszący, którego nie podrobi żadna kupiona w ekskluzywnym sklepie z wystrojem wnętrz dyniowa czy pekanowa świeczka. Na podłodze białe kafelki, ściany pomalowane na biało-czerwono, żadnych ozdób, tylko dziesiątki pamiątek po Panterach: wiszące w gablotach ulotki i manifesty, oprawione w ramki artykuły prasowe. Lada z kasą i trzy wielkie witryny wypełnione kilkoma sztandarowymi produktami: są lukrowane babki, placki z pekanami i najważniejsze: ciasto ze słodkich ziemniaków na staroświeckich okrągłych aluminiowych tackach. Obsługuje dziewczyna w biało‑czerwonym fartuszku z czepkiem na głowie.

USA: wciąż państwo apartheidu

– Syn Hueya czasem wpada tutaj z wycieczkami szkolnymi, które oprowadza po Oakland. Znają się z menedżerem, nie ma go do czwartku, ale mogę zapytać – mówi. Oczy rozbłyskują mi jak latarki w iPhone’ach, zostawiam wizytówkę.

Nikt nie oddzwoni i nie dane mi będzie poznać syna założyciela Czarnych Panter. Tak czy owak z piekarni nie wychodzę z pustymi rękami – dostaję małe sweet potato pie, za darmo, na spróbowanie. (…)

Jeszcze kilka razy próbuję umówić się z Penem, popytać o historię, dowiedzieć więcej o jego codziennym życiu. Ale znika. Z Facebooka dowiaduję się, że opiekuje się córką, szuka mieszkania, wypuścił nowy odcinek swojego podcastu. (…) Jakiś czas później pojawia się post odsyłający do artykułu Daps and Hugs. I’m Moving Out of Oakland [Piątki i uściski. Wyprowadzam się z Oakland]. Pen pisze w nim: „W ten weekend przeprowadzam się do Sacramento. Niewiarygodne, co? Ale właściwie… wcale nie. Będę tylko jedną z ponad siedemnastu tysięcy pracujących tu osób, które codziennie pokonują ten stutrzydziestopięciokilometrowy odcinek ze stolicy stanu do Bay Area. Cholera, tylko w zeszłym roku wyprowadziło się tam dwadzieścia siedem tysięcy osób. To już dziś normalka”.

**Okładka książki „San Francisco. Dziki brzeg wolności”
Fragment książki Magdy Działoszyńskiej-Kossow San Francisco. Dziki brzeg wolności, opublikowanej w lipcu przez Wydawnictwo Czarne.

Magda Działoszyńska-Kossow – z wykształcenia amerykanistka, z zawodu dziennikarka. Pracowała jako redaktorka w telewizjach TVN24 i TVN24 BiS, studiowała w Polskiej Szkole Reportażu. Była związana z działem zagranicznym „Gazety Wyborczej”, publikowała na łamach „Dużego Formatu”, „Magazynu Świątecznego”, „Wysokich Obcasów”, „Pisma”, „Polityki” i „Podróży”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać