Świat

„Miejsca, które nie mają znaczenia”. Elity mają problem z politycznymi wyborami peryferii

Dlaczego dawna klasa robotnicza i niższa klasa średnia przestają uznawać społeczne i kulturowe normy narzucane im przez wielkomiejskie elity?

Jest już regułą, że po każdych wygranych przez PiS wyborach słyszymy w mediach opowieść o peryferiach widzianych przez pryzmat ich cywilizacyjnego niedorozwoju, kulturowego zapóźnienia i politycznej niedojrzałości. Na tak przygotowanym gruncie wyrastają poglądy o ludziach, którzy sprzedali demokrację za 500 zł, petycje w sprawie odłączenia reszty kraju od Podlasia i Podkarpacia czy memy wyśmiewające takie miasteczka jak Końskie.

Największy problem z politycznymi wyborami peryferii mają elity symboliczne, które nie potrafią przekroczyć horyzontu bieżącej polityki i niemiłe dla siebie procesy uparcie chcą rozumieć w kategoriach osobliwości wynikających z takiej, a nie innej mentalności polskiego społeczeństwa, względnie polskiego ludu.

Odwet peryferii

Tymczasem podziały między metropoliami a mniejszymi miastami i wsią kształtują polityczny krajobraz w USA, Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii czy na Węgrzech. Wszędzie tam peryferie stanowią bazę dla polityków, którzy obiecują rozprawić się z liberalnym status quo. I podobnie jak w Polsce, częstą odpowiedzią ze strony szeroko pojętych elit tamtych krajów jest oskarżanie mieszkańców peryferii o faszyzm, niskie kompetencje obywatelskie i sprzedajność. Ważniejszą niż u nas rolę w debacie publicznej odgrywają tam jednak ci, dla których ten proces jest znaczniej bardziej skomplikowany.

Taki np. Andrés Rodríguez-Pose, geograf ekonomiczny z London School of Economics, już kilka lat temu postawił tezę, że podglebiem dla tego zjawiska są nierówności terytorialne.

Szczególne znaczenie w kontekście populizmu mają te miejsca, które doświadczają od wielu lat kryzysów w rolnictwie, sektorach przemysłowych i kulturze. Ich konsekwencją są m.in.: migracje, drenaż mózgów lokalnych społeczności, wysokie bezrobocie, likwidacja publicznych instytucji i dojmujące poczucie, że życie tam nie ma żadnego sensu. Jakby tego było mało, w mediach głównego nurtu są one przedstawiane najczęściej w negatywnym świetle, co dodatkowo wzmacnia poczucie niesprawiedliwości u przywiązanych do nich emocjonalnie mieszkańców.

Rodríguez w swoich analizach pisze wprost, że są to „miejsca, które nie mają znaczenia”. Tak widzą je mieszkający tam ludzie, którzy mają zarazem poczucie, że zostały one – i oni wraz z nimi – pozostawione przez elity polityczne same sobie. A za to, że przez lata lekceważono ich lokalną perspektywę, i za metodyczny protekcjonalizm wobec nich, mszczą się na elitach, oddając swój głos na partie populistów. Próbując rozpaczliwie zwrócić na siebie uwagę – lub dać już tylko wyraz gniewu i niechęci do tych na górze – głosują na polityków, którzy mogą ściągnąć na nich jeszcze większe problemy.

Nowa walka klas

W 2019 roku Roberto Stefan Foa z Uniwersytetu w Cambridge i Jonathan Wilmot na łamach „Foreign Policy” postawili tezę o nowym podziale klasowym, który przebiega między kosmopolitycznymi miastami a peryferiami. Ich zdaniem taki podział występuje zarówno w USA, jak i w Europie Zachodniej i Wschodniej. Świadczą o tym m.in. wybory prezydenckie we Francji w 2017 roku, w których zwycięski kandydat Emmanuel Macron uzyskał najwyższe poparcie w dobrze prosperujących: Paryżu, Lyonie czy Tuluzie. Z danych OECD wynika, że wyborcy głosujący na Macrona w pierwszej turze pochodzą z regionów, gdzie gospodarka rozwijała się najszybciej od przystąpienia do strefy euro. Natomiast w wielu regionach, gdzie dominują zwolennicy prawicowej kandydatki Marine Le Pen, nie odnotowano w tym czasie żadnego wzrostu.

Eribon: Jesteśmy pariasami, dziedziczymy wykluczenie

Jako jedną z głównych przyczyn takiej sytuacji autorzy artykułu wskazują globalizację i zmiany, które zaszły w ostatnich dekadach w gospodarce. To one w największym stopniu podzieliły wyborców na postępowych mieszkańców największych miast, którym bliskie są wartości liberalne i którzy z optymizmem spoglądają w przyszłość, oraz tych, którzy zamieszkują obszary wiejskie i małe miasteczka. Ci ostatni widzą własną tożsamość, kulturę, wartości, a także rysujące się przed nimi perspektywy gospodarcze bardziej pesymistycznie niż kiedykolwiek przedtem.

Według Foa i Wilmota kluczowe dla zrozumienia tych procesów są nierówności ekonomiczne między regionami krajów Zachodu. Najlepiej widać te różnice przez pryzmat kryzysu ekonomicznego z 2008 roku. Największe miasta, takie jak Londyn, Amsterdam czy Nowy Jork, odczuły jego skutki znacznie słabiej niż regiony, które dawniej były kojarzone z przemysłem, które wciąż borykają się ze skutkami wprowadzonych programów oszczędnościowych. Ten wzór występuje w całej Europie – od Holandii po Szwecję, Danię, Włochy, Irlandię i Grecję. Tego rodzaju nierówności i rosnące niezadowolenie z jakości życia mieszkańców peryferii wykorzystali z sukcesem populiści.

Wśród nich jest ceniony wielce przez polityków Zjednoczonej Prawicy premier Węgier Viktor Orbán. Lider partii Fidesz wykorzystał politycznie rozczarowanie i gniew mieszkańców węgierskiej prowincji, która na skutek globalizacji i związanych z nią zmian na rynku pracy, ale także ewolucji szeroko rozumianych wartości, stała się coraz trudniejszym miejscem do życia. Budapeszt kojarzony z wykorzenionymi i zamożnymi elitami Orbán konsekwentnie więc przeciwstawiał reszcie kraju, gdzie żyją wyznający tradycyjne wartości zwykli Węgrzy.

Dwójka socjologów, Gábor Scheiring i Kristof Szómbati w swoich analizach poświęconych nieliberalnym rządom Fideszu zwraca uwagę na zwrot mieszkańców ośrodków poprzemysłowych, w tym byłej klasy robotniczej oraz mieszkańców wsi, w kierunku partii Orbána. Jako źródło wskazują na gwałtowne zmiany związane z neoliberalizmem: kulturową dezintegrację dawnej klasy robotniczej, obniżający się status społeczny, erozję wspólnotowej solidarności, brak perspektyw w podupadających regionach oraz proces dezagraryzacji i utratę tożsamości przez społeczności postchłopskie.

Ekskluzywna republika

Dynamikę politycznych antagonizmów między centrum a peryferiami analizuje również w książce Twilight of the Elites: Prosperity, the Periphery and the Future of France [„Zmierzch elity: prosperity, peryferia i przyszłość Francji”] francuski geograf społeczny Christophe Guilluy. Kreśli on obraz współczesnej Francji jako kraju podzielonego między zamieszkujące największe miasta klasę wyższą i nową burżuazję, którą tworzą pracownicy korporacji, dziennikarze, naukowcy i ludzie kultury, oraz tych, którzy na co dzień mieszkają w mniejszych miastach, niezamożnych społecznościach wiejskich i dzielnicach zamieszkiwanych przez społeczności imigrantów. Wspomniane największe miasta pełnią funkcję cytadeli, które izolują społecznie klasy wyższe od niezamożnych i niepodzielających ich wartości obywateli. Żyjąc w tak komfortowych warunkach, zarazem kształtują oni opinię publiczną, powtarzając slogany o nowoczesności, otwartości, tolerancji i złych stronach podnoszenia podatków.

Co Wallerstein mówił o peryferiach, z których niemal udało nam się wydostać?

Domagają się większej różnorodności społecznej, pielęgnując własny wizerunek obywateli dobrze wychowanych, wykształconych i życzliwych wobec społecznych i etnicznych mniejszości, ale tak naprawdę mają kontakt tylko z zamożniejszymi emigrantami na zbliżonych do ich własnego stanowiskach pracy. W tym samym czasie rosną nierówności między elitami a niezamożnymi mieszkańcami największych miast. Brak wystarczających dochodów, wsparcia ze strony państwa i przede wszystkim tanich mieszkań powoduje, że znaczna część gorzej zarabiających Francuzów została wypchnięta z największych miast na peryferie. Tezę o konflikcie między centrum a peryferiami jako konflikcie klasowym potwierdzają dane dotyczące średnich miesięcznych dochodów. Dla osób należących do najbogatszych kategorii społeczno-ekonomicznych, jak np. kadry kierowniczej przedsiębiorstw, dochód wynosił od 2400 do 4300 euro, wśród średniej kadry zarządzającej od 2000 do 2250 euro, a w przypadku robotników wahał się on od 1340 do 2000 euro.

Ekonomia i kultura

Guilluy, próbując odpowiedzieć na pytanie, dlaczego populistyczna partia Marine Le Pen ma tak duże poparcie wśród mieszkańców francuskich peryferii, wskazuje globalizację. To będące jej wynikiem reformy ostatnich kilkudziesięciu lat miały degradujący wpływ na życie mieszkającej tam klasy niższej. Zdaniem autora przyczynę populistycznego zwrotu mieszkańców peryferii stanowią właśnie głębokie społeczno-ekonomiczne przekształcenia – utrata miejsca pracy w przemyśle, likwidacja infrastruktury publicznej, gentryfikacja, ubożenie społeczności wiejskich, a nie „ideologia”, jak chciałyby tego francuskie elity.

Te ostatnie coraz częściej sięgają po odwołania do „irracjonalnego, zmanipulowanego ludu”, ideologii czy wprost faszyzmu jako czynników tłumaczących konkretne postawy wyborcze – wrogie porządkowi wolnorynkowemu i demokratycznemu. Tymczasem to wieloletnia niepewność społeczna i ekonomiczna związane z ponoszeniem kosztów działania systemu sprawiły, że dawna klasa robotnicza i niższa klasa średnia przestają uznawać społeczne i kulturowe normy narzucane im przez wielkomiejskie elity.

Szczególnie istotny wątek – bo przypominający sytuację, którą od lat obserwujemy w Polsce – dotyczy przywiązania mieszkańców francuskich peryferii do tradycyjnych wartości i oporu wobec globalizacji. Zdaniem francuskiego badacza tym ludziom właściwie nie dano wyboru. Wspomniane wartości są bowiem jedynymi, do których mogą się odwołać, szukając choćby namiastki poczucia bezpieczeństwa i przynależności do wspólnoty. Zdając sobie sprawę, jak bardzo to, co oni myślą o świecie i otaczającej rzeczywistości, odstaje od dominującej opowieści, starają się ocalić resztki czegoś sobie znanego, co wciąż stanowi przeciwwagę dla hurraoptymistycznej opowieści o wygranych tego świata.

Potwierdza to w dużej mierze to, co przed laty na temat antagonizmów między centrum a peryferiami pisał norweski socjolog i politolog Stein Rokkan, który w swoich pracach zwracał uwagę na dominację polityczną centrum, podkreślając jednak znaczenie oporu ze strony walczącej o resztki społecznego znaczenia prowincji. Wykluczenie z dominującej i narzuconej przez francuskie klasy wyższe kultury tak naprawdę zatem wrzuca mieszkańców peryferii w objęcia populistów. Również badania podziałów społecznych we Francji przeprowadzone w 2020 roku pokazują, że o ile ze zdaniem „globalizacja jest zagrożeniem dla Francji” zgadza się 42 proc. pracowników kadr kierowniczych i menedżerów, o tyle wśród pracowników niższego szczebla, robotników i emerytów twierdząco na to pytanie odpowiedziało kolejno 68, 69 i 65 proc.

Świat według elit

Zarządzanie wyobraźnią społeczną przez dominujące francuskie media sprowadza się do przedstawienia rzeczywistości w taki sposób, który uprzywilejowuje wartości najbardziej wpływowych i zamożnych grup społecznych. Opowieść gloryfikująca życie w największych miastach ostatecznie pozbawia jednak peryferie nie tylko głosu, ale też widzialności problemów i trosk ich mieszkańców. Prowadzi to również do tego, że każda próba opisania peryferyjnej Francji nieuchronnie przywołuje obraz przegranych globalizacji, którzy zostali gdzieś z tyłu.

Dlaczego bogate miasta się buntują

W takich warunkach mieszkańcy peryferii łatwo zrywają więzy łączące ich niegdyś z kulturowymi i społecznymi normami, które od kilku dekad zachwalają im dziennikarze, naukowcy i ludzie związani z kulturą, oczywiście mieszkający i pracujący na stałe w największych miastach. To właśnie w tym kontekście warto rozumieć rosnący dystans między żyjącą ideami elitą a mającą za punkt odniesienia swoje codzienne doświadczenie peryferyjną Francją.

W swojej ostatnie książce Guilluy opisuje zarazem powstanie nowej klasy ludowej, którą tworzą przedstawiciele klas niższych i zdegradowanej klasy średniej. O ile jeszcze w 2009 roku 70 proc. Francuzów należało do klasy średniej, o tyle dekadę później udział ten zmalał do 58 proc., z których tylko 13 proc. twierdzi, że zarabia wystarczająco, by nie martwić się o dotrwanie do końca miesiąca, 28 proc. żyje „na styk”, a 17 proc. ma z tym problemy. Ostatnie lata to, zdaniem Francuza, proces konsolidacji tej nowej klasy ludowej, która nie ma już żadnych kompleksów wobec wielkomiejskich elit.

Kto jest u siebie?

Do podobnych wniosków dochodzą J. Lawrence Broz z Uniwersytetu Kalifornijskiego, Jeffry Frieden z Harvardu oraz Stephen Weymouth z Georgetown University, którzy w swoim artykule Populism in Place: The Economic Geography of the Globalization Backlash szukają przyczyn poparcia dla partii populistycznych w reakcji na globalizację. Ich zdaniem ten proces narasta w społeczeństwach USA i Europy Zachodniej od kilku dekad, a momentem przełomowym były lata 70., kiedy doszło do ostrego spadku zatrudnienia w przemyśle. Najważniejszy wniosek trójki naukowców dotyczy tego, że głębokie procesy zmian społeczno-ekonomicznych należy analizować w perspektywie społecznej.

Wszystko zaczyna się od obniżenia płac i zatrudnienia, co w konsekwencji prowadzi do szerszych skutków: szeroko rozumianego spadku aktywności zawodowej, opuszczenia rodzinnych stron przez młodych ludzi zmuszonych do poszukiwania pracy, spadku wartości nieruchomości i pogorszenia jakości lokalnych usług publicznych. Kilka dekad wspomnianych turbulencji ekonomiczno-społecznych wpływa zatem niemal na wszystko: od jakości edukacji i ogólnego stanu zdrowia mieszkańców, aż po rosnące uzależnienie od opioidów. Do tego dochodzi drastycznie spadająca w poszczególnych regionach USA mobilność społeczna. Dzieci z zamożnego północnego wschodu i zachodu mają znacznie bardziej obiecującą przyszłość niż dzieci z biedniejszych rodzin na środkowym zachodzie i południu. Jednocześnie dzieci w upadających regionach mają dostęp tylko do niskiej jakości systemów edukacyjnych, co sprawia, że nie mogą rozwinąć umiejętności, które pozwoliłyby im przenieść się do bardziej zamożnych miejsc.

„Nomadland”: Ucieczka z Titanica

Podobną perspektywę w swojej książce Saving Democracy from the Managerial Elite [„Wybawić demokrację od elity menadżerskiej”] dowodzi Michael Lind z Lyndon B. Johnson School of Public Affairs na Uniwersytecie Teksańskim. Według niego najważniejsza granica politycznego podziału przebiega dziś między drogimi, gęsto zaludnionymi dzielnicami biznesowymi i peryferiami. Według Linda taki podział kształtuje politykę po obu stronach Atlantyku, a różnice geograficzne wyrażają tak naprawdę konflikty klasowe.

Warto przy tym wspomnieć, że 57 proc. Amerykanów nigdy nie mieszkało poza swoim rodzinnym stanem, a 37 proc. spędziło całe życie w swoim rodzinnym mieście, z wyjątkiem okresów służby wojskowej lub nauki. Osoby bez wyższego wykształcenia znacznie rzadziej też jeżdżą po kraju czy wyjeżdżają do innych krajów w poszukiwaniu pracy. To, w jakim miejscu człowiek pracuje i mieszka, ma również przełożenie na polityczne konflikty dotyczące ochrony środowiska, reguł handlu, stosunku do emigrantów oraz postrzegania tzw. tradycyjnych wartości. Zdaniem Linda dobrze widać było to we Francji, gdzie próba nałożenia dodatkowego podatku na olej napędowy spotkała się ze sprzeciwem tej części społeczeństwa, która dojeżdża do pracy, sklepów i miejsc rekreacji własnymi, często wysłużonymi samochodami. Z kolei członkowie wielkomiejskiej klasy wyższej stawiali wówczas samych siebie za wzór – jako szczególnie zainteresowanych walką z globalnym ociepleniem.

Koniec demokracji?

Według Linda zwolennicy rozwoju opartego na metropoliach nie są w stanie już dłużej maskować nierówności społeczno-ekonomicznych. Na dowód tego wskazuje na różnice między najbogatszymi i najbiedniejszymi mieszkańcami Nowego Jorku, Los Angeles i Chicago. Z jego analizy wynika, że dzieląca ich przepaść jest porównywalna z tą, którą można zaobserwować w Suazi i Salwadorze. Niezamożni mieszkańcy metropolii, podobnie jak dzieje się to we Francji, są wypychani z centrów miast na peryferie.

Skalę zmian, które odczuwa w swoim codziennym życiu część amerykańskiej klasy średniej, najlepiej widać, gdy cofniemy się do czasów prosperującego przemysłu i modelu, który funkcjonował w połowie XX wieku. Wtedy to zatrudnieni w przemyśle produkcyjnym zarabiali na tyle dużo, by pozwolić sobie na zakup produktów, które sami wytwarzali. Obecnie np. pracujący w wielkomiejskich restauracjach kelnerzy nie mogą sobie pozwolić na zakup dóbr i usług, które świadczą. Niskie płace i wysokie koszty utrzymania dla wielu takich pracowników w Nowym Jorku, Londynie czy Paryżu zmuszają ich do przeniesienia się na tereny podmiejskie. Dopiero pracując np. w podmiejskich lokalach gastronomicznych, mogą sobie pozwolić na zakup jedzenia, które podają.

Bernie Sanders: Odzyskać klasę robotniczą

Tego rodzaju różnice w codziennych doświadczeniach, które kształtują perspektywę dużej części amerykańskiego społeczeństwa, mają wpływ na politykę. Amerykański naukowiec twierdzi, że sytuacja jest poważna i jeśli nic w tym kontekście się nie zmieni, grozi nam kolejny, być może ostateczny kryzys demokracji. Na koniec przestrzega przed wyjaśnianiem popularności populistów ich związkami z Rosją Władimira Putina i stojącego za nim spisku na rzecz obalenia Zachodu. Największym zagrożeniem dla zachodniej demokracji są jego zdaniem wieloletnie rządy dobrze wykształconych, dobrze wychowanych i dobrze finansowanych neoliberalnych polityków.

Polskie peryferie

Mimo powtarzanych w ostatnich latach przez rządzących deklaracji na temat odbudowy polskiej wsi i małych miasteczek nasze peryferie cały czas zmagają się z poważnymi problemami. Wśród nich transport publiczny, nierówności w obszarze ochrony zdrowia i edukacji, brak miejsc pracy i depopulacja wydają się najbardziej palące. Jednocześnie politycy Zjednoczonej Prawicy konsekwentnie bronią wizji konserwatywnego społeczeństwa, a pomaga im w tym Kościół i odpowiednio nasycony przekaz mediów publicznych, co w parze z programem Rodzina 500+ dawało jeszcze do niedawna PiS-owi wyborczą premię. Z kolei naukowcy z Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania Polskiej Akademii Nauk przeanalizowali wszystkie wybory polityczne po 1989 roku, tworząc Atlas Wyborczy Polski.

Według jednego z autorów badania, prof. Przemysława Śleszyńskiego „średnie i małe miasta przez ostatnie trzydzieści lat głosowały na partie polityczne, które na swoich sztandarach obiecywały poprawę ich losu, w tym zerwanie z rosnącymi rozwarstwieniami i polaryzacją kraju. Po 1989 roku długo utrzymywało się w takich miastach wysokie poparcie dla opcji postkomunistycznej, potem było pewne zauroczenie ugrupowaniami w rodzaju Platformy Obywatelskiej, by od około 2015 roku społeczności tych miast stały się niemal »żelaznym elektoratem« Prawa i Sprawiedliwości. W pierwszym przypadku było to zapewne przyzwyczajenie do opieki państwa, które potem miała zapewnić słynna »woda w kranie« premiera Tuska i następców. A kiedy okazało się, że ta »woda w kranie« nie jest w stanie przysłonić coraz większych różnic dochodowych w kraju, ludzie przestawili się na Prawo i Sprawiedliwość, które doskonale wczuło się w potrzeby społeczne, drastycznie różne niż widziane przez pryzmat bogatego życia w Warszawie”.

Jaka przyszłość?

Oprócz kwestii socjalnych, które jak dotąd skutecznie zagospodarowują politycy Zjednoczonej Prawicy, pozostają te związane z krytyką kapitalizmu na poziomie lokalnym, wartościami, kulturą i klimatem. Polskie peryferie stanowią dzisiaj bardzo interesujące laboratorium politycznego i społecznego zaangażowania. To właśnie na tym poziomie od lat toczą się walki o poprawę warunków pracy i wzrost płac, a społeczny opór wobec dzikich wysypisk śmieci i walka ze smogiem przeplatają się z krytyką prowadzącego coraz bardziej wystawny styl życia kleru. Dopiero jednak spektakularny sukces Czarnych Protestów i Strajku Kobiet sprawił, że na poziomie wyobraźni społecznej peryferie stanowią dzisiaj tak atrakcyjną politycznie przestrzeń. Szczególnie interesujące są badania poglądów politycznych młodych kobiet. Jak wynika z przeprowadzonych badań CBOS, od 2015 roku prawie dwukrotny wzrost deklaracji poglądów lewicowych – z 9 proc. w 2015 do 30 proc. w 2020 roku – odnotowano wśród kobiet w wieku 18–24 lata z małych miast liczących do 20 tys. mieszkańców. Niewiele mniejszy odnotowano także na wsi, gdzie jeszcze w 2015 roku z poglądami lewicowymi identyfikowało się 10 proc. młodych kobiet, zaś w 2020 poziom tego wskaźnika osiągnął 25 proc.

Interesującym przykładem są w tym kontekście – często wyśmiewane przez część liberalnego komentariatu – Końskie. W tym blisko 20-tysięcznym, poprzemysłowym miasteczku swoją kampanię prowadził prezydent Andrzej Duda, tam również zorganizowano pamiętną, jednoosobową debatę prezydencką. Można więc sądzić, że jest to polityczny bastion prawicy. Tymczasem pod koniec 2020 roku odbyły się tam największe protesty w najnowszej historii miasta.

Po pseudodebatach: dwóch kandydatów, dwa światy i dwie Polski

Na ulice Końskich w proteście wobec projektu zaostrzającego prawo do przerywania ciąży wyszło kilka tysięcy młodych kobiet. Wszystko to w miasteczku, w którym parę miesięcy wcześniej Andrzej Duda otrzymał ponad 55 proc. już w pierwszej i ponad 60 proc. głosów w drugiej turze wyborów prezydenckich. Z drugiej strony, jak można przeczytać w raporcie Polska wieś 2020, „zmiana między rokiem 2018 a 2020 nastąpiła w deklaracjach zadowolenia rolników i mieszkańców wsi z perspektyw na przyszłość oraz materialnych warunków życia. Przyrost optymizmu rolników (prawie o 20 punktów proc.) w ocenie własnych perspektyw, zadowolenia z materialnych warunków bytu i mieszkania (o 8 punktów), a także z dochodów i sytuacji materialnej (o 6 punktów) potwierdza zdaniem prof. Barbary Fedyszak-Radziejowskiej hipotezę o utrwaleniu się ich postawy akceptacji zarówno dla sytuacji zawodowej, jak i miejsca zamieszkania”.

Wątek przestrzennego charakteru populizmu na osi wieś–miasto analizują w swoim nowym artykule Frieder Mitsch, Neil Lee i Elizabeth Ralph-Morrow. Z ich badań wynika, że obszary wiejskie stają się mniej ufne wobec rządów, ponieważ dostrzegają w swoim miejscu zamieszkania gorszy poziom edukacji, usług z obszaru opieki zdrowotnej oraz słabą kondycję gospodarki.

Powyższe wnioski z badań oraz wspomniane polityczne walki i cywilizacyjne wyzwania, przed którymi stoją peryferie, jasno pokazują, że jeśli chce się myśleć poważnie o przekonaniu do siebie setek tysięcy wyborców, niezbędne jest zakwestionowanie dotychczasowej wyobraźni politycznej. Pierwszym krokiem powinna być inna niż do tej pory krytyka kapitalizmu. Zamiast inteligenckich uprzedzeń i paternalizmu wobec klasy ludowej powinna być ona oparta na codziennych doświadczeniach milionów zwykłych ludzi.

**
Kacper Leśniewicz – publikował m.in. w „Dzienniku Gazecie Prawnej”, „Przekroju”, „Tygodniku Przegląd”, „Nowych Peryferiach” i „Nowym Obywatelu”. W 2017 roku nominowany do Nagrody im. Bolesława Prusa. W 2019 roku nominowany do Nagrody Grand Press w kategorii publicystyka za tekst Elity patrzą na wieś. Pisze doktorat o granicach symbolicznych klasy ludowej w miastach poprzemysłowych.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij