Świat

Jak się organizować na tonącym statku. O przyszłości ruchu klimatycznego

Kevin Buckland

Popularny slogan głosi: „Zmiana klimatu – NIE! Zmiana systemu – TAK!” Jednak ani zmiana klimatu, ani zmiana systemu nie są już kwestią niczyjego wyboru. Obie są nieuchronne. Decyzja dotyczy wyłącznie tego, jak zmiana systemu będzie zorganizowana: czy spłynie z góry, czy wyrośnie od dołu? Czy będzie oparta na konkurencji, czy na współpracy? Historia nabiera tempa. Ruch klimatyczny musi grać tak, żeby wygrać.

Jeśli zapytać ludzi, które z obecnych problemów uważają za najbardziej palące, mało kto wymienia zmianę klimatu na pierwszym miejscu. To nie zaskakuje, ale zważywszy na powagę kryzysu klimatycznego, jest powodem do niepokoju. Sedno zbiorowego zaniedbania kryzysu klimatycznego tkwi jednak nie tyle w odpowiedzi, co w samym pytaniu. Powiedzmy sobie jasno: zmiany klimatyczne to nie tyle „problem”, co raczej całość biofizycznego świata, którego jesteśmy częścią. Jest to fizyczne pole bitwy, na którym rozgrywają się wszystkie poszczególne „problemy” – i cały ten świat rozpada się właśnie na naszych oczach.

Francja to okno na naszą przyszłość

Globalny ruch na rzecz sprawiedliwości jest jedną z wielu stron tej bitwy. Kierunek, w jakim obecnie zmierza, wprowadza nowe perspektywy, nowe struktury organizacyjne i nowe taktyki działania, zwiastujące przyszłość ruchów społecznych, jakie będą się organizować na radykalnie przekształconej planecie. Zasady gry uległy zmianie: witajcie w kapitałocenie, pożegnajcie się z tradycyjnym aktywizmem. Klimat się zmienia, a wraz z nim muszą się zmieniać ruchy społeczne, o ile chcą przetrwać nadchodzące wichry, wiry i wojny.

Kultury ruchów społecznych w kapitałocenie

Ziemia wkracza z impetem w nową epokę geologiczną, a my znaleźliśmy się na nieznanym gruncie. Jedyne, co wiemy na pewno, to, że nikt nie wie, co się stanie, i nikt nie ma nad tym kontroli. Resztę naszego życia zdeterminuje postępująca destabilizacja środowiska, która w coraz większym stopniu podmywa ekonomiczne i polityczne fundamenty współczesnego świata. Wszystko jest możliwe. Upadek z pewnością nie będzie nudny.

Jedną z cech kapitałocenu jest zanik przestrzeni, w których można szukać schronienia: nie ma już dokąd uciec ani gdzie się schować. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, a raczej na statku, który właśnie wpadł na dryfującą górę lodową i znika pod wodą. W reakcji na kryzys klimatyczny przestawialiśmy do tej pory leżaki na pokładzie Titanica, ale czegokolwiek się chwytamy, efekty są mizerne. Najwyższy czas spróbować czegoś innego. Tak jak na tonącym statku zmienia się logika i układ odniesienia, podobnie dziś tradycyjne ramy lewicy muszą ewoluować w obliczu postępującego kryzysu. Nie chodzi już o to, jak ustawić leżaki, żeby zapewnić wszystkim równy dostęp do pokładu widokowego. Dziś na pierwszy plan wysuwa się pytanie: jak się organizować, żeby z tych leżaków sklecić możliwie jak najwięcej tratew ratunkowych?

Klimat się zmienia, a wraz z nim muszą się zmieniać ruchy społeczne, o ile chcą przetrwać nadchodzące wichry, wiry i wojny.

Równie oczywista co zmiana klimatu jest niezdolność ruchów społecznych do skutecznego organizowania się w jej obliczu. Przez całe lata ruch klimatyczny tkwił w pułapce pomiędzy dwiema sprzecznymi opowieściami: podczas gdy jedni chcieli tylko wymieniać żarówki na energooszczędne, drudzy zagrzewali do globalnej rewolucji. Z jednej strony wydaje się, że pojedyncze działania są słabe i nieskuteczne wobec kryzysu na skalę światową. Z drugiej strony, głębokie zmiany systemowe postępują o wiele za wolno. Nie można jednak „walczyć ze zmianą klimatu” bez strukturalnych przekształceń, ponieważ kryzys klimatyczny jest sam w sobie wynikiem logiki „ekstraktywizmu” – eksploatacji i wyzysku zarówno ludzi, jak i zasobów naturalnych planety. Na długo przed rewolucją przemysłową paliwem dla rodzącego się systemu kapitalistycznego był wyzysk  kobiet, ludów spoza Europy oraz całych ekosystemów.

„Powinni zamknąć tę kopalnię i iść w cholerę”

Kryzys klimatyczny jest ostateczną konsekwencją ekstraktywizmu. Stanowi sytuację bez precedensu, a ruchy, które chcą się z nim zmierzyć, muszą przyjąć zupełnie inną logikę niż dotychczas – inne wartości, etos, założenia i strategie. Konfrontacja ze zmianami klimatycznymi oznacza konfrontację z systemem i kulturą, które go wywołały. Oznacza także, że trzeba wypracować alternatywne rozwiązania, które będą skuteczne w skali globalnej. Zadaniem lewicy w epoce kapitałocenu jest nie tylko konstruowanie nowej polityki, by stawić czoła „problemowi” zmian klimatycznych, ale także kultywowanie nowych sposobów angażowania się w politykę. Tu najważniejsza jest sama kultura organizacji.

Bińczyk: Ludzkość jest dziś jednocześnie supersprawcza i bezradna!

Jeśli ruchy społeczne w kapitałocenie mają skutecznie stawić czoła obecnemu kryzysowi, muszą wdrożyć alternatywny zbiór wartości i zasad organizacyjnych. Tu najważniejsze są nie tyle panele słoneczne i uprawa publicznych ogródków, co tworzenie skalowalnych kultur organizacyjnych, które można dzielić z sojusznikami, wolontariuszami i partnerami. To sposób na upowszechnienie sprawiedliwości w miarę, jak wspólnie wkraczamy w coraz bardziej niepewną przyszłość. Być może to właśnie te kultury, które teraz rozwijają się w ramach powiązanych ze sobą ruchów na całym świecie, napiszą kolejny rozdział historii ludzkości.

Jeśli my nie damy rady, przyjdą ekstremiści

Rewolucja kulturalna jest dziś nie tyle pożądana, co wręcz nieodzowna. Jeśli nie uda nam się stworzyć na odpowiednią skalę alternatyw dla ekstraktywistycznej logiki, która doprowadziła do kryzysu klimatycznego, kapitalizm może obrócić nadchodzącą falę wstrząsów na własną korzyść, pogłębiając istniejące nierówności i umacniając kontrolę nad przyszłością na gwałtownie destabilizującym się polu ekologicznej i społecznej walki. Historia nabiera tempa. Najwyższy czas grać tak, żeby wygrać.

Przesunięcia perspektywy

Kryzys klimatyczny wchodzi w krytyczną fazę w szczególnym okresie. Neoliberalizm niszczy wspólnotę społeczną i ekologiczną, mimo że rozwój techniki przyczynił się do umasowienia mediów i platform komunikacyjnych. Ludzie jednocześnie się integrują i są coraz bardziej podzieleni.

Jednak nowe technologie tworzą również przestrzenie, w których społeczności mogą opowiadać własne historie i docierać do odbiorców na całym świecie. To z kolei pozwala niegdyś marginalizowanym grupom wpływać na główny nurt debaty o środowisku, dotąd opanowany przez nieliczne, uprzywilejowane kręgi. W ostatnich latach takiego przesunięcia perspektywy udało się dokonać zwłaszcza ludności rdzennej oraz grupom, które jako pierwsze odczuwają skutki kryzysu klimatycznego, tzw. społecznościom frontowym. Zamiast dalej odgrywać przypisaną im rolę ofiar oczekujących ratunku, coraz częściej stają się aktywnymi bohaterami własnej opowieści.

Za przykład może posłużyć przypadek jednego z najbardziej odizolowanych miejsc na Ziemi: atoli niskich wysp na Oceanie Spokojnym. Hasło samozwańczych Wojowników Pacyfiku – „My nie toniemy, my walczymy” – świadczy o istotnej zmianie perspektywy, która jest możliwa, gdy społeczność zaczyna mówić własnym głosem. Ich organizacja przybierała różne formy, ale wszystkie miały z założenia nie tylko wzmacniać odporność na zmiany klimatyczne, ale także cementować społeczność poprzez tradycyjną kulturę. Od ręcznie robionych kajaków po blokadę największego na świecie portu węglowego w Australii, trzydniową ceremonię pod Watykanem, czy rytualną wymianę darów z niemieckimi grupami sprzeciwiającymi się wydobyciu węgla brunatnego, Wojownicy Pacyfiku – oraz tysiące innych społeczności frontowych i Globalnego Południa – dekolonizują historie, które opowiada ruch klimatyczny.

Takie zmiany perspektywy powodują, że globalny ruch na rzecz sprawiedliwości klimatycznej przesuwa się w kierunku bardziej przekrojowej analizy systemowej, niekiedy nazywanej dziś „intersekcjonalną”. Opowiadając o złożonych zmaganiach z rasizmem, kolonializmem i seksizmem, grupy frontowe i rdzenne społeczności wpisują nieuchwytny kryzys klimatyczny w osobiste przeżycia. W tej historii zmiany klimatyczne zachodzą nie w atmosferze, ale na własnej ulicy, we własnym ciele. To trudno uchwytna, ale istotna zmiana: slogan „zmiana klimatu NIE, zmiana systemu TAK”, dotąd funkcjonujący na marginesie, przeniknął do głównego nurtu.

Przesunięcia sił

Grupy frontowe i rdzenne społeczności coraz częściej zaczynają kierować ruchem klimatycznym, a równocześnie coraz więcej organizacji pozarządowych oraz „Wielkich Zielonych” rewiduje tradycyjne podejście, oddaje stery w ręce grup najbardziej dotkniętych zmianą klimatu i wspiera ruchy oddolne. Dzięki temu mocniej wybrzmiewają historie, które domagają się wypowiedzenia. Jednocześnie jednak ujawnia się paradoks strukturalny: w jaki sposób odgórna, hierarchiczna instytucja może wspierać organizację oddolną?

Nie dajcie sobie wmówić, że za kryzys klimatyczny odpowiada „natura ludzka”

Pomimo opisanej zmiany perspektywy tylko nieliczne organizacje pozarządowe z głównego nurtu próbują zmieniać własną strukturę na bardziej poziomą i oddolną. Pojawia się rozdźwięk między tym, co organizacja mówi, a tym, jak działa. W obliczu klimatycznego i społecznego chaosu od struktury poszczególnych ruchów będzie zależeć ich zdolność do reagowania. Każda niespójność między formą a funkcją, która dziś jest zaledwie małą szczeliną, może z czasem rozwinąć się w głęboką przepaść. Żeby przetrwać w kapitałocenie, a nawet w nim prosperować, każdy ruch musi tworzyć taką strukturę, która będzie współgrać z jego misją polityczną. Te struktury organizacyjne wyznaczą granice naszej zbiorowej zdolności do reagowania na kryzys klimatyczny.

Historia nabiera tempa. Najwyższy czas grać tak, żeby wygrać.

Sposób organizowania się grup nadaje fizyczną formę ich polityce. Ludzie, którzy po klęsce żywiołowej stracili dach nad głową, potrzebują pomocy. Decyzje podejmuje się na podstawie pilnej potrzeby, a nie preferencji politycznych. Ludzie włączają się w struktury, które wydają się skuteczne w danym kontekście społecznym. Zdolność struktury organizacyjnej do szybkiego włączania nowych osób i spożytkowania ich energii może decydować o powodzeniu zarówno doraźnej pomocy, jak i długofalowej działalności. Może też otworzyć drzwi do nowej polityki, ponieważ nagły charakter wydarzeń zmusza do wyjścia poza tradycyjne struktury organizacyjne.

W miarę jak skala kryzysu staje się coraz bardziej widoczna, tradycyjne spory o taktykę działania tracą na znaczeniu. Rozpadający się na naszych oczach świat przypomina, jak ściśle jesteśmy ze sobą związani. Skierowane do dzieci działania edukacyjne, leśne ogrody, kampanie wyborcze i blokady dróg są centralnym elementem oddolnych wysiłków, które w coraz większym stopniu realizują podejście „wszyscy na pokład” i wprowadzają zasadę zbiorowego nieposłuszeństwa do głównego nurtu. Jest to kolejna ważna zmiana kulturowa, ponieważ coraz więcej społeczności kwestionuje nie tylko niesprawiedliwe prawa, ale także zasadność procesu ich stanowienia i egzekwowania. Jednostki i organizacje skłaniają się ku demokracji uczestniczącej, domagają się udziału w podejmowaniu decyzji, które mają wpływ na ich życie.

Gzyra: W byciu weganinem nie ma nic heroicznego

Jednak w przypadku struktur hierarchicznych, takich jak duże organizacje pozarządowe zajmujące się ochroną środowiska, uwidacznia się sprzeczność między formą a funkcją. Czy można szczerze nawoływać do nieposłuszeństwa na zewnątrz, a wewnątrz organizacji powielać te same struktury władzy, wobec których mamy być nieposłuszni? Czy jakakolwiek organizacja może apelować o nieposłuszeństwo wobec decydentów, a jednocześnie oczekiwać uległości wobec własnych struktur decyzyjnych?

Niemiecki ruch Ende Gelände od trzech lat wykorzystuje partycypacyjną strukturę organizacyjną do koordynowania pracy tysięcy ludzi na rzecz zamknięcia odkrywkowych kopalń węgla kamiennego. Elastyczna struktura pozwoliła tysiącom osób po raz pierwszy wziąć udział w akcjach bezpośrednich i zapewniła bezpieczną przestrzeń wszystkim uczestnikom. Było to możliwe tylko dlatego, że każda grupa mogła samodzielnie podejmować decyzje, a wszyscy, którzy w tym ruchu uczestniczą, mają poczucie autonomii i współtworzenia go

Idąc o krok dalej, inicjatywa Queer Feminist Finger od dwóch lat prowadzi ekofeministyczną politykę troski poprzez dalszą kolektywizację procesów organizacyjnych i decyzyjnych. Dzięki radykalnemu włączeniu członkiń w podejmowanie decyzji ruch rozwija się w postępie geometrycznym.

Przesunięcia struktur

Walki o środowisko nie da się tak po prostu wygrać. Wymaga ona nieustannej czujności. Co więcej, może się okazać, że kiedy uda się zapobiec budowie elektrowni węglowej w jednym miejscu, w sąsiednim mieście powstanie inna – nie rozwiążemy problemu, a tylko przeniesiemy go gdzie indziej. Pod naporem takich inwestycji ruch klimatyczny zaczął zdawać sobie sprawę z ograniczeń podejścia nazywanego NIMBY (Not in My Back Yard, czyli „nie na moim podwórku”), które okazuje się bezradne, gdy Exxon Mobil buduje gigantyczne farmy wiatrowe z myślą o zyskach udziałowców, a nie lokalnej energii.

Obóz dla klimatu: to nie eksperci uratują świat

Ruch na rzecz sprawiedliwości klimatycznej znajduje się więc w fazie przejściowej: od prób rozwiązaniu problemu do zajęcia się jego przyczyną; od skupienia na panelach słonecznych i turbinach wiatrowych do demokratycznie zarządzanej energii odnawialnej. Tym samym infrastruktura materialna świata przyszłości zaczyna współgrać ze strukturami organizacyjnymi.

Ten sam zwrot sprawia również, że ruch na rzecz klimatu działa równolegle z największymi  ludowymi buntami ostatnich lat, od rewolucji egipskiej po ruch Oburzonych w Hiszpanii i Grecji, Occupy Wall Street w USA, ruch Gezi w Turcji, rewolucję parasolek w Hongkongu i wiele innych. Wszystkie one wpisują się w większy proces partycypacji, który wyłania się na okupowanych placach, skwerach, parkach i lotniskach. Te lokalne wydarzenia mają co prawda tymczasowy charakter, ale odcisnęły głębokie piętno na edukacji politycznej nowego pokolenia aktywistów, którzy zauważyli pęknięcia w fasadzie i kontynuują różnorodne eksperymenty z radykalnymi formami demokracji. Globalny ruch klimatyczny, który zwraca coraz większą uwagę na demokratyczne uczestnictwo i poczucie sprawczości wszystkich zaangażowanych osób, w przyszłości może odegrać ważną rolę w organizowaniu fizycznej infrastruktury produkcji energii, która wcieli te zasady w życie.

Ruchy społeczne zmieniają ramy procesu, w którym się organizują, a samo pole bitwy poszerza się i obejmuje przeważającą większość ludności świata, dotąd wyłączoną z procesów decyzyjnych. Ta transformacja trwa od pewnego czasu i może okazać się punktem zwrotnym w historii. Dziś ruchy zwalczające imperializm, seksizm, kolonializm i rasizm czują się nie tylko częścią, ale wręcz liderami globalnego powstania na rzecz demokratyzacji fizycznej infrastruktury i zarządzania przyszłym światem. Czas budować mosty, bo woda wzbiera coraz wyżej, a łodzi jest za mało.

Bendyk: Rewolucja już trwa

„Zmiana jest nieunikniona – sprawiedliwość nie jest”

Pogodziwszy się z faktem, że powstrzymanie zmian klimatycznych jest niemożliwe, ruchy społeczne stają przed trudnym zadaniem wyobrażenia sobie, co w rzeczywistości oznaczałaby „sprawiedliwa transformacja”. Movement Generation, amerykańska koalicja związków zawodowych oraz organizacji na rzecz sprawiedliwości w dziedzinie ochrony środowiska, przez trzy lata zajmowała się tym problemem i opracowała właśnie taki ekologiczno-społeczny proces. Oto, co podkreśla ich plan strategiczny:

„Sprawiedliwa transformacja tworzy ramy dla przejścia do gospodarki zrównoważonej ekologicznie, równościowej i sprawiedliwej dla wszystkich jej uczestników. Po setkach lat globalnej grabieży, gospodarka przemysłowa nastawiona na zysk i uzależniona od wzrostu gospodarczego poważnie osłabia systemy podtrzymywania życia na naszej planecie. Gospodarka oparta na eksploatowaniu skończonego systemu szybciej, niż pozwala na to jego zdolność do regeneracji, prędzej czy później się wyczerpie – i albo ulegnie zapaści, albo się świadomie zreorganizuje. Zmiana jest więc nieunikniona. Sprawiedliwość nie jest”.

Polityczny realizm wiedzie do katastrofy

czytaj także

Rozumienie nieuchronności zmian jest kluczowe dla dzisiejszej organizacji ruchów społecznych. Każda grupa dążąca do radykalnych zmian dysponuje wystarczającymi dowodami na to, że taka zmiana jest nie tylko konieczna, ale i pilna.

W znakomitej książce A Paradise Built in Hell Rebecca Solnit dowodzi, że o ile władza w przeszłości wykorzystywała klęski żywiołowe do dalszej akumulacji, prywatyzacji i niszczenia dobra wspólnego, sami ludzie w sytuacji katastrofy zachowują się po prostu po ludzku. Kiedy huragan, trzęsienie ziemi, eksplozja czy pożar wywraca ich świat do góry nogami, na głowie stają również dotychczasowe wartości, a w miejsce indywidualizmu (którego należałoby się spodziewać po społecznościach wychowanych w kapitalizmie) powszechnie pojawia się autentyczny i zdumiewająco ludzki altruizm. Ludzie całymi dniami wyciągają nieznajomych spod gruzów i wspólnie przygotowują posiłki ze składników znalezionych w opuszczonych supermarketach i na polach. Zbiorowa samoorganizacja staje się kluczem do przetrwania. Podobnie jak w przypadku ruchów Occupy Wall Street i Occupy Sandy, uśpione przez długie lata wspólnotowe struktury wracają do życia, gdy tylko okazują się konieczne.

Graeber: Armia altruistów

czytaj także

Powiedzmy sobie jasno: reakcja adekwatna do nadchodzącej katastrofy nie będzie łatwa. Miliony ludzi już teraz cierpią z powodu skutków kryzysu, który nie jest ich winą, a ani narody, ani jednostki, które wzbogaciły się na trwającym od wielu pokoleń wyzysku, nie podzielą się  zgromadzonym bogactwem z własnej i nieprzymuszonej woli. Od murów na granicach państw, przez politykę imigracyjną, zajęcia ziemi, terminale do przeładunku skroplonego gazu, podziemne bunkry, aż po prywatne wyspy i prywatne wojsko: ci, którzy mają władzę i przywileje, przygotowują się do ich obrony.

Zamykajcie kopalnie, nie aktywistów

Państwo nie pali się do pomocy, a często usiłuje wręcz wepchnąć dżina z powrotem do butelki. Użycie siły przeciw ofiarom zmian klimatycznych rodzi pytanie, czy aby rządzący nie obawiają się naszej reakcji na katastrofę bardziej niż samej katastrofy. Jak zauważa Solnit: „Wydaje się, że raj jest w zasięgu ręki, że lada moment się ziści, więc potrzeba potężnych sił, żeby do tego nie dopuścić”. Nie dajcie się zwieść myśli, że wasz rząd nic nie robi w sprawie globalnego ocieplenia albo że wszyscy najbogatsi uważają je za oszustwo. Trwają wielkie przygotowania do tego, co nadchodzi – tyle tylko, że to nie my na nich skorzystamy. Ich celem jest bowiem umocnienie tej samej, wbudowanej w system logiki rywalizacji i niedoboru.

Użycie siły przeciw ofiarom zmian klimatycznych rodzi pytanie, czy aby rządzący nie obawiają się naszej reakcji na katastrofę bardziej niż samej katastrofy.

Każdy głęboki kryzys zostawia po sobie próżnię władzy. Zdolność ludzi do zaspokajania najpilniejszych potrzeb poprzez tworzenie sprawnych struktur partycypacyjnych wskazuje na możliwość radykalnych zmian. Te same wstrząsy, które neoliberalizm wykorzystuje jako pretekst do prywatyzacji służb ratowniczych, przesiedlania całych społeczności czy narzucania reform gospodarczych, są również okazją do wprowadzenia innej formy polityki – opartej na współpracy, a nie na konkurencji. Są szansą na to, żeby zobaczyć inny możliwy świat.

Jak trafnie podkreśla Solnit: „Aż kusi, żeby zapytać: dlaczego potrafimy podzielić się jedzeniem z sąsiadami po trzęsieniu ziemi czy pożarze, a nie robimy tego na co dzień?”. Dzięki kryzysowi klimatycznemu ruchy społeczne będą miały możliwość wprowadzenia swojej polityki w życie. Będą się rozwijać dzięki temu, że dają lepszą odpowiedź na kryzysy kapitałocenu niż kapitalizm.

Tratwy ratunkowe potrzebne od zaraz

Słowo „kryzys” pochodzi od greckiego określenia krisis, które oznacza decyzję. O czym jednak możemy decydować? Wbrew przytoczonemu wcześniej, popularnemu sloganowi ani zmiana klimatu, ani zmiana systemu nie są już kwestią niczyjego wyboru. Obie są nieuchronne. Decyzja dotyczy wyłącznie tego, jak zmiana systemu będzie zorganizowana: czy spłynie z góry, czy wyrośnie od dołu? Czy będzie oparta na konkurencji, czy na współpracy? O ile kryzys klimatyczny szybko staje się faktem, o tyle nadchodzącą zmianę systemu trzeba dopiero zdefiniować – i to właśnie ta decyzja ukształtuje kulturę i społeczeństwo przyszłych pokoleń.

Nie tak obojętni na koniec świata

czytaj także

Konfrontacja z kryzysem na skalę światową każe nam przewartościować i na nowo upowszechnić takie rozumienie wspólnotowości, którego neoliberalizm nie będzie w stanie wykraść ani sprzedać. Jeśli ruchy klimatyczne nie przygotują się na nadchodzące katastrofy, najbardziej zagrożone grupy społeczne padną ofiarą tych, którzy posiadają największe przywileje i władzę.

Konfrontacja ze zmianami klimatycznymi oznacza konfrontację z systemem i kulturą, które go wywołały.

Jednak presja kryzysu klimatycznego jest w stanie sprawić, że ludzie zbliżą się do siebie. Solnit zauważa, że „podobnie jak po awarii zasilania wiele urządzeń powraca do domyślnych ustawień, tak ludzie po katastrofie wracają do stanu, który cechuje altruizm, wspólnotowość, zaradność i pomysłowość. (…) [W]racamy do czegoś, co potrafimy robić. Możliwość raju jest w nas zapisana jako ustawienie domyślne”. Jeśli jednak zaprzepaścimy ten potencjał, oddamy przyszłość tym, którzy stworzyli cały problem i którzy najchętniej rozdzieliliby nas od siebie jeszcze bardziej.

Starając się przystosować do życia na tonącym statku, widzimy, jak nowe perspektywy, struktury i taktyki działania pozwalają ruchom społecznym wyrazić inną wizję możliwej przyszłości, adekwatną do skali kryzysu; budować ją i jej bronić. Każdy kryzys, który rozrywa społeczności, przełamuje również normy kulturowe, stwarzając tym samym okazję do reorganizacji.

Zmiana klimatu? Nie, zmiana systemu!

czytaj także

Nic nie uchroni statku przed zatonięciem, ale możemy je spowolnić. Zamiast czekać w kolejce, aż kapitan przydzieli nam miejsce w łodzi ratunkowej, być może nadszedł czas, byśmy wspólnie podjęli decyzję, w jaki sposób przerobić wszystkie te leżaki, które dotąd przestawialiśmy z miejsca na miejsce, na tratwy ratunkowe.

**
Kevin Buckland – niezależny artysta i organizator sztuki w ruchu Global Climate Justice. Mieszka w Barcelonie. W 2017 roku był redaktorem  Transition Network, publikuje też m.in. w Transnational Institute i New Internationalist. Własnym sumptem wydał reportaż z okupacji stambulskiego parku Gezi w 2013 r., zatytułowany Breathing Gezi.

Artykuł ukazał się w magazynie Roar na licencji CC BY-SA. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Gucio.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.