Świat

Globalny podatek dla korporacji coraz bliżej. Tylko czemu taki niski?

"Chciwość". Tim Kwee, Flickr.com

Zwolennicy sprawiedliwości podatkowej powiedzą, że 15 proc. to zbyt nisko ustawiona poprzeczka. Mają rację?

CAMBRIDGE – Grupa najbogatszych krajów świata ogłosiła zawarcie umowy, która pozwoli im łatwiej podnosić podatki dla globalnych korporacji. Porozumienie wymaga jeszcze formalnej zgody szerszej grupy krajów, poza tym trzeba dopracować jeszcze wiele szczegółów. Nie będzie jednak przesadą nazwanie porozumienia wydarzeniem historycznej wagi.

Umowa zawarta przez kraje grupy G7 opiera się na dwóch elementach. Po pierwsze, zakłada wprowadzenie ogólnoświatowej minimalnej stawki podatku od największych przedsiębiorstw na poziomie 15 proc. Po drugie, część globalnych dochodów tych firm ma przypaść państwom, w których prowadzą one interesy – bez względu na to, gdzie mieści się ich fizyczna siedziba.

Czy globalny CIT zaszkodzi Polsce?

Te cele pokazują wyraźnie, że właśnie zmieniają się reguły hiperglobalizacji, które dotychczas zmuszały kraje do konkurowania o względy korporacji przez składanie im coraz to bardziej kuszących ofert. Jeszcze całkiem niedawno czynnikiem, który blokował globalną harmonizację podatkową, był sprzeciw Stanów Zjednoczonych. Teraz sytuacja zmieniła się diametralnie. To administracja prezydenta Bidena przepchnęła umowę.

Wyścig do dna, czyli przyciąganie korporacji przez obniżanie im podatków oraz inne przywileje, rozpoczął się w latach 80. Od tamtej pory średnia stawka podatkowa na świecie spadła z prawie 50 do 24 proc. w ubiegłym roku. Wiele krajów utrzymuje też duże luki i hojne zwolnienia w systemie podatkowym, dzięki którym efektywna stawka podatku spada do mniej niż 10 proc.

Globalne korporacje mają również możliwość przerzucenia zysków do czystych rajów podatkowych. takich jak Brytyjskie Wyspy Dziewicze, Kajmany lub Bermudy, bez przenoszenia tam rzeczywistej działalności, co wywołuje jeszcze gorsze skutki. Wedle szacunkowych obliczeń Gabriela Zucmana z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley amerykańskie spółki księgują w takich rajach podatkowych nadmierną część zagranicznych zysków, a zatrudniają tam tylko garstkę pracowników [co roku ponadnarodowe korporacje całego świata przerzucają do rajów podatkowych około 40 proc. swoich dochodów, a Stany Zjednoczone tracą około 15 proc. przychodów z opodatkowania przedsiębiorstw – przyp. tłum.].

Ile płacimy za raje podatkowe?

Pomijając kwestie realności wprowadzenia umowy w życie z administracyjnego punktu widzenia, porozumienie będzie budzić dwa przeciwstawne zastrzeżenia. Zwolennicy sprawiedliwości podatkowej skrytykują globalne minimum na poziomie 15 proc., uznając je za zbyt niskie, natomiast wiele państw rozwijających się będzie się skarżyć, że takie ograniczenie nie pozwoli im skutecznie przyciągać inwestycji. Porozumienie uzgodnione przez państwa z grupy G7 wydaje się odpowiadać na oba kierunki krytyki: niski próg podatku może uspokoić obawy państw rozwijających się, a globalny podział zysków pozwoli krajom, gdzie obowiązują wyższe podatki, odzyskać część utraconych przychodów.

Wśród państw rozwiniętych poniżej proponowanego minimum znalazła się tylko Irlandia, z ustawową stawką w wysokości 12,5 proc. Są jednak także małe kraje, takie jak Mołdawia (12 proc.), Paragwaj (10 proc.) i Uzbekistan (7,5 proc.), które ustaliły szczególnie niskie stawki, by przyciągać inwestorów uważanych przez nie za źródło dobrych miejsc pracy i zaawansowanych technologii. W nieprzyjaznych środowiskach inwestycyjnych obniżanie podatków jest jednym z niewielu bezpośrednich sposobów rządów na rekompensowanie firmom licznych niedogodności, z jakimi muszą się mierzyć. A efektywne stawki podatkowe w niektórych państwach azjatyckich (na przykład w Singapurze, gdzie ustawowa stawka wynosi 17 proc., a dla części przedsiębiorstw zobowiązania są niższe) mogą sprawić, że też spadną poniżej progu.

Wyznaczenie wspólnego minimum stawki podatku dochodowego od osób prawnych jest najbardziej uzasadnione wtedy, kiedy kraje mają podobne podejście i chcą uniknąć dylematu więźnia, czyli sytuacji, gdy w obawie przed ucieczką kapitału żaden kraj nie podnosi podatków jako pierwszy. Odnosi się to do większości państw rozwiniętych, chociaż bynajmniej nie do wszystkich, jak pokazuje przykład Irlandii, Holandii i Singapuru. Jednak kiedy między krajami występują znaczne różnice w poziomie rozwoju i innych parametrach, to coś, co sprawdza się w jednej gospodarce, może stanowić barierę dla rozwoju innej.

Stany Zjednoczone i kraje europejskie, gdzie obowiązują wysokie podatki, mogą skarżyć się na stratę przychodów podatkowych związaną z utrzymywaniem niskich stawek przez biedniejsze państwa. Nic jednak nie powstrzymuje ich przed jednostronnym nałożeniem wyższych podatków na firmy działające w rodzimej gospodarce: wystarczy po prostu opodatkować globalne dochody krajowych firm proporcjonalnie do tego, jaką część przychodów czerpią z rynku krajowego. Jak przekonuje Zucman, każde państwo może zdecydować się na taki krok na własną rękę, nie uzgadniając tego z innymi krajami na świecie i bez globalnej harmonizacji stawek.

To właśnie zakłada drugi element porozumienia G7 (chociaż nie idzie w tym wystarczająco daleko). Umowa przewiduje, że największe korporacje ponadnarodowe, mające marżę zysku na poziomie przynajmniej 10 proc., będą musiały rozdzielić 20 proc. swoich dochodów w skali światowej między kraje, w których sprzedają swoje produkty i usługi.

Opodatkujmy wielki biznes – bez półśrodków

Stany Zjednoczone wolą wprowadzić jednocześnie globalne minimum podatkowe i rozdział globalnych dochodów między różne kraje, ponieważ nie chcą postawić swoich korporacji w niekorzystnym położeniu względem innych firm, nakładając na nie znacznie wyższe podatki. Te obawy o utratę konkurencyjności niczym się nie różnią od pragnienia biedniejszych krajów, by przyciągać inwestycje. Jeśli Stany Zjednoczone postawią na swoim, a te drugie państwa przegrają, to nie z powodu ekonomicznej logiki, tylko ze względu na ich relatywną siłę.

Administracja Bidena początkowo chciała, by globalne minimum wynosiło 21 proc. Wypracowana w końcu kompromisowa stawka 15 proc. może być wystarczająco niska, by złagodzić napięcia z biedniejszymi państwami i skłonić je do przyjęcia porozumienia. Być może w tym przypadku udało się znaleźć właściwą równowagę między globalnymi regulacjami a suwerennością.

Raworth: Światowy kryzys to doskonała pora na wielką transformację

O ile jednak drugi element porozumienia, a mianowicie rozdział globalnych dochodów, nie zostanie wzmocniony, o tyle w odniesieniu do krajów takich jak Stany Zjednoczone wiąże się z nim pewien koszt w postaci niższych przychodów z podatków. W ostatecznym rozrachunku światowy układ, w którym poszczególne państwa będą mogły lepiej projektować swoje systemy podatkowe i zarządzać nimi w zależności od własnych potrzeb oraz preferencji, okaże się najprawdopodobniej trwalszy niż system międzynarodowej harmonizacji podatków.

Wiadomo na pewno, że kraje, które funkcjonują jako czyste raje podatkowe, a więc są zainteresowane tylko przerzucaniem papierowych zysków bez przyciągania inwestycji, nie mają na co się skarżyć. Robiły wielką przysługę globalnym korporacjom, ułatwiając unikanie płacenia podatków, co odbijało się w znaczący sposób na budżetach innych państw. Wprowadzenie światowych przepisów uniemożliwiających jawną politykę wzbogacania się kosztem sąsiadów jest w pełni uzasadnione. Porozumienie G7 to ważny krok w dobrym kierunku.

**
Copyright: Project Syndicate, 2021. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Dani Rodrik
Dani Rodrik
Uniwersytet Harvarda
Profesor Międzynarodowej Ekonomii Politycznej w John F. Kennedy School of Government na Uniwersytecie Harvarda, jest autorem książki „Straight Talk on Trade: Ideas for a Sane World Economy”.
Zamknij