Kraj

Sadura: Strajk włoski nauczycieli to zły pomysł

Przemysław Sadura

Strajk włoski nie przyniesie nauczycielom popularności ani poparcia rodziców. Już lepiej postawić wszystkim jak leci piątki na koniec roku. To jest jednorazowe, pozytywne i bardziej bym to rekomendował – mówi Przemysław Sadura.

Katarzyna Przyborska: Strajk nauczycieli był rekordowo wielki, trwał osiemnaście dni – ale się skończył. Co dalej?

Przemysław Sadura: Został zawieszony, a to nie to samo. Nie robimy teraz ostatecznego bilansu zysków i strat, tylko porządkujemy sprawy i przygotowujemy się do kolejnej bitwy.

Przynajmniej dwoje nauczycieli rotacyjnie musi czynnie strajkować, ale…

… dzięki temu można będzie we wrześniu odwiesić strajk bez powtarzania całej procedury przystępowania do sporu zbiorowego, skomplikowanej i trudnej do przeprowadzenia. Na razie też każda ze stron może powiedzieć, że coś tam ugrała.

Rząd pokazał, że jest nieugięty, że można z nauczycielami nie rozmawiać, że egzaminy mogą przeprowadzać leśnicy i katecheci, że można wreszcie w przyspieszonym trybie przepychać ustawę, pozwalającą pominąć głos rady pedagogicznej przy klasyfikacji. Czy to właśnie ta ustawa przekonała prezesa ZNP Sławomira Broniarza do zawieszenia strajku?

Rząd nie odpuścił, bo nie był gotowy na kompromis. Moim zdaniem dlatego, że obawiał się strajków kolejnych grup społecznych. Nie wiadomo jeszcze, jak to się przełoży na sondaże i na wynik w wyborach europejskich, natomiast takie potraktowanie nauczycieli może uspokoić nastroje tam, gdzie szykowano kolejne protesty albo strajki. Wiemy skądinąd, że pracownicy socjalni są czy byliby gotowi do protestów, podobnie jak opiekunowie osób niepełnosprawnych, ochrona zdrowia czy ratownicy medyczni. A jeszcze pracownicy administracji publicznej i administracji sądów, oni też mogą wrócić ze swoimi postulatami. Niedawno rozpoczął się protest fizjoterapeutów.

Status strajku: bitwa o Winterfell

Te grupy, jak rozumiem, ustawiłyby się w kolejce tuż za nauczycielami, gdyby rząd się ugiął albo chociaż wyciągnął do strajkujących rękę?

I właśnie na uniknięciu takiej sytuacji rządowi z pewnością zależało. Bo to już się działo.

Wcześniej strajkowała policja.

Dokładnie. Z tej perspektywy trzeba uczciwie powiedzieć, że to jest jakiś sukces PiS.

Ale czy na pewno, skoro tuż przed wyborami rząd definitywnie zraża do siebie 700 tysięcy osób, a razem z rodzinami niemal milion? W sytuacji, kiedy każdy procent może się liczyć?

PiS może mieć jakieś swoje sondaże, których wyników nie znamy. Trzeba by się zastanowić, jaka część nauczycieli w ogóle popierała PiS. Na pewno jakieś poparcie tam stracił. 600700 tysięcy samych nauczycieli z członkami rodzin uprawnionymi do głosowania rzeczywiście składa się na ponad milion. Ale jaka część z nich popierała PiS? Jedna czwarta? Mniej więcej takie poparcie notuje obecnie PiS wśród osób z wyższym wykształceniem. Wśród nauczycieli mogło to być znacznie mniej.

Czyli rząd i tak nie liczył na te głosy, a więc nie obawiał się, że je straci?

Nawet jeśli 20–30% nauczycieli było gotowych głosować na PiS, a teraz tylko połowa, to po uwzględnieniu, że część z nich nie pójdzie na wybory, mówimy maksymalnie o kilkudziesięciu tysiącach głosów. Dużo, ale nie tyle, żeby to zaważyło na ostatecznym wyniku wyborczym. Mniej niż punkt procentowy, jeśli do urn pójdzie co trzeci uprawniony. Na miejscu PiS bardziej bałbym się o głosy rodziców niż nauczycieli.

Przy czterech podstolikach: jakość w edukacji, uczeń, nauczyciel, nowoczesna szkoła kontynuowano niedawno obrady „okrągłego stołu” zorganizowanego na apel premiera Morawieckiego. Udało się przy nim zgromadzić osiemdziesiąt osób, w tym przedstawicieli rządu, samorządów, nauczycieli i rodziców – część wylosowanych przez „obiektywne algorytmy”, jak to określił premier. To jest jakiś sukces?

To akurat jest klapa, bez szans powodzenia. Kolejne pseudokonsultacje, w warunkach napięcia i bez podejmowania tematów, o których naprawdę nauczyciele chcą rozmawiać. Te nierozwiązane problemy nie przestaną wracać, więc dyskusja tego rodzaju jest sztuczna. Takie „wiecowe” konsultacje to może prowadzić Robert Biedroń, który jest dopiero kandydatem na urzędy państwowe, ale nie urzędujący premier czy minister. Oczywiście, nie mam nic przeciwko temu, żeby część konsultacji miała charakter medialnego spektaklu, ale dialog społeczny nie może się do tego ograniczać.

Dziękuję wam za strajk [list do nauczycielek]

Najmocniejszym z głosów przy „okrągłym stole” wydał mi się głos Marka Wójcika ze Związku Miast Polskich, który policzył pieniądze, jakimi dysponują samorządy. Porównał ich wydatki na edukację w 2004 roku, czyli blisko 10 mld – około 32% całości, oraz w 2019 – wtedy to było już 30 mld, czyli 55%. Podkreślił wagę dofinansowania z UE i perspektywę jego ograniczenia – i wykazał w ten sposób, że samorządy w kwestii oświaty doszły do ściany.

Nie chcę dramatyzować, ale sytuacja w oświacie zaczyna być niepokojąca. Zdarzają mi się jeszcze spotkania z dziennikarzami z zagranicy, którzy chcą opisywać sukces edukacyjny Polski, czyli przede wszystkim fenomenalną wspinaczkę naszych szkół w rankingach PISA, m.in. w wyniku reformy gimnazjalnej. Za chwilę może się okazać, że tematem takich rozmów będzie to, jak udało się nam w tak krótkim czasie zaprzepaścić te osiągnięcia. Reforma Anny Zalewskiej rozbiła system i wytraciliśmy pęd.

To znaczy?

Nie pozbyliśmy się bolączek trapiących polską szkołę wcześniej, takich jak anachroniczny model kształcenia, mało edukacji praktycznej, nie najlepsza atmosfera w szkołach, a doszły jeszcze problemy wynikające z samej reformy. No i narasta rozczarowanie nauczycieli zarobkami. Jednocześnie zaś samorządy czują, że dopłacają za dużo, i nie chcą ponosić jeszcze większych kosztów. Pewnie są miasta, gdzie byłoby to możliwe, ale nie jest ich wiele. Za chwilę zacznie się to przekładać na efekty edukacyjne, tzn. że polska szkoła, ta publiczna, zacznie uczyć coraz gorzej. I nawet zakładając, że dojdzie do władzy rząd, który chciałby sytuację naprawić, to znowu trzeba będzie na to wielu lat. Tymczasem systemy publiczne bardzo powoli się reformuje i poprawia ich efektywność. Dlatego właśnie myślę, że obecny „strajk włoski” może się stać codziennym sposobem funkcjonowania w oświacie.

To czarna wizja. Szczególnie dla uczniów, doświadczających codziennie frustracji nauczycieli. Ci z zamożniejszych domów będą zapewne uciekać do szkół prywatnych, więc pogłębią się podziały społeczne.

Powstaną enklawy nowoczesności, czyli wysokiej jakości szkoły, wypuszczające w świat dobrze przygotowanych absolwentów. Już zresztą słychać obawy, czy strajk nie spowodował wzrostu zainteresowania szkołami prywatnymi, które nie strajkują. O ile jednak nie sądzę, żeby sam protest nauczycieli mógł pchnąć rodziców w tym kierunku, o tyle wyobrażam sobie, że rozciągnięty w czasie „strajk włoski” prowadzony przez rozczarowanych nauczycieli może już być mocnym argumentem „za”.

Z czego wynikają te różnice między szkołami prywatnymi a publicznymi?

Strajk jest regulowany przez przepisy, które mówią, że nauczyciele występują przeciw dyrektorowi. Tak to wygląda formalnie. Faktycznie w większości szkół, w których doszło do strajku, dyrekcja też go popierała. W szkołach prywatnych na dyrekcję jest jednak silniejszy nacisk rodziców, którzy mówią – przecież płacę! Ale zarazem jest tak, że szkolnictwo niepubliczne trochę pasożytuje na publicznym, zwłaszcza w sytuacji strajku.

W jakim sensie?

Na dwa sposoby. Szkoły niepubliczne nie włączają się do strajku, a dysfunkcje szkolnictwa publicznego i przeciągający się protest mogą napędzać im klientelę. Z drugiej – nauczyciele szkół niepublicznych skorzystają na ewentualnych podwyżkach, bo wynagrodzenia w sektorze publicznym są punktem odniesienia przy ustalaniu ich płac. Znam wprawdzie szkoły niepubliczne, które zainicjowały procedury włączenia się do strajku, ale to jednak rzadkie przypadki. Można zatem traktować szkoły niepubliczne jako pasażera na gapę, ich pozycja jest dziś szczególnie wygodna.

Dlaczego liberałowie nie lubią nauczycieli?

Wczoraj znajomy nauczyciel opowiadał, że kiedy wszedł do pokoju nauczycielskiego po zawieszeniu strajku, od razu usłyszał pytanie: „Zostajesz?” Okazało się, że czterech nauczycieli z tej szkoły właśnie złożyło wypowiedzenia.

Jeszcze przed strajkiem mówiłem, że nie uważam, żeby samo spełnienie postulatów płacowych nauczycieli poprawiło sytuację w edukacji, natomiast ich niespełnienie na pewno ją pogorszy. No i spełnia się ten gorszy scenariusz. Grozi nam, że w efekcie będziemy mieć wyższe, wielkomiejskie klasy średnie, które wysyłają dzieci do szkół społecznych i prywatnych, a potem na studia za granicę. I resztę w biedaszkołach powszechnych. To scenariusz typowy dla krajów peryferyjnych. A przecież mieliśmy trochę inne ambicje. Chyba nawet PiS miał inne ambicje…

Z rozmów przy „okrągłym stole” wynikało, że reforma miała zapobiec drenażowi, ucieczce najlepiej wykształconych za granicę i dużemu zróżnicowaniu w poziomie edukacji. Chyba coś poszło nie tak?

Z całą pewnością PiS już wie, że reforma edukacji się nie udała. To nie program 500+, który można poprawiać, ale i tak jest sukcesem. Dobra zmiana w edukacji to niebezpieczny niewypał. Ale mieliby przyznać się do tego, ogłosić porażkę? Idą więc w zaparte. Aby premier Morawiecki czy ktokolwiek inny z PiS-u mógł na serio zająć się naprawianiem oświaty, PiS musiałoby wygrać wybory i potwierdzić swój mandat do rządzenia. Wtedy nawet od tego obozu oczekiwałbym, że zajmie się sytuacją oświaty, i że wówczas partnerzy społeczni, przede wszystkim związki zawodowe, też – chcąc nie chcąc – usiądą do negocjacji.

Dunin i Sutowski: Nauczyciele mogą ten strajk wygrać. A polska szkoła i jej uczniowie?

Nauczyciele to grupa nastawiona na współpracę, ale też przyzwyczajona „radzić sobie”. A jednak udało się zmobilizować ją do strajku, a część Międzyszkolnych Komitetów Strajkowych wyrażała swój zawód i żal z powodu jego zawieszenia. To słuszne, że chcą strajkować dalej?

Trudno tego nie zrozumieć, bo strajk niesie ze sobą bardzo duże emocje. Nie tylko te, które widzimy i czujemy na wiecach, ale i te związane z funkcjonowaniem w jednej czy kilku szkołach, w których nauczyciel pracuje. Rodzą się napięcia między tymi, którzy strajkowali i nie strajkowali. Ale decyzja prezesa Broniarza była zasadna. Widać było, że rząd nie chce ustąpić, a strajk wytraca dynamikę. Początkowo do strajku przystąpiło ponad 15 tysięcy placówek, a informacje na dzień, dwa przed decyzją o zawieszeniu strajku mówiły już o 13 tysiącach. To wskazywało na pewien trend. Lepiej jest zawiesić strajk, niż go przegrać.

Społeczny Komitet Wspieram Nauczycieli zebrał niemal 8 milionów złotych. To duże osiągnięcie?

Oczywiście, dobrze, że te pieniądze zostały zebrane, ale nawet 8 milionów to nie jest wcale tak wiele. Najważniejsze jest, jak będą wyglądały teraz rozliczenia finansowe nauczycieli, którzy wzięli udział w strajku. Strajk upewnił nauczycieli w tym, że ich postulaty są słuszne – dostali społeczne poparcie, a politycy opozycji i samorządów w mniej czy bardziej odpowiedzialny sposób obiecali te pieniądze. Ale niedługo później dostali paski wypłat z potrąceniami w wysokości 750 zł za każdy tydzień strajku, więc ich motywacja do dalszych protestów zdecydowanie spada. To może wpłynąć na gotowość nauczycieli do strajku we wrześniu.

To policzmy hufce. Co się udało? Strajk spotkał się z dużym poparciem…

Nie widziałem żadnego sondażu po strajku. Ten, który pokazywał 52% poparcia opinii publicznej, pochodził z końca pierwszego tygodnia. To bardzo dużo – ten wynik zadawał kłam przekazowi rządowych mediów, tzn. wizerunkowi wyalienowanego, roszczeniowego i leniwego nauczyciela, który dobrze zarabia, ma liczne przywileje, a teraz jeszcze chce podwyżek. Udało się zorganizować środowisko. Decyzja prezesa „Solidarności” o wejściu w porozumienie z rządem spowodowała natychmiast reakcję dołów związkowych i wzmocniła przekonanie o słuszności strajku.

Druga rzecz to nagłośnienie kwestii problemów oświaty. Była obawa, że po reformie minister Zalewskiej nikt już problemów edukacyjnych przez długi czas nie będzie chciał podnosić. Tymczasem panuje powszechne poczucie, że „tak dalej być nie może”. Na prawicy, na lewicy i w centrum. I całe szczęście. Zaczął się też proces oddolnych konsultacji, narad obywatelskich.

Narada Obywatelska o Edukacji – demokratyczna odpowiedź na kryzys szkoły

Może takie narady powinny odbyć się w każdej szkole albo przynajmniej w każdej gminie? Na razie było ich około setki…

Myślę, że tak. To byłoby bardzo dobre jako przygotowanie gruntu pod konsultacje społeczne i większą reformę. Po to szczególnie, żeby upowszechnić nawyk namysłu, refleksji, konsultowania tego, co się dzieje i jak funkcjonuje szkolnictwo, żeby łączyć uczniów, nauczycieli, rodziców. Nie zastąpi to jednak konsultacji eksperckich. Trzeba zacząć od wysłuchania uczniów i nauczycieli, ale potem usiąść w gronie eksperckim, osób zajmujących się edukacją i usługami publicznymi, no i wyciągać wnioski z tego, co się usłyszało…

Czy taka inicjatywa już jest?

Jak dotąd o niczym takim nie słyszałem. Narady obywatelskie na razie nie idą w tym kierunku, „okrągły stół” Morawieckiego też nie.

Może Związek Miast Polskich powinien zainicjować debatę ekspercką? To samorządy w końcu biorą na siebie główny ciężar organizacji oświaty i ponoszą tego koszty. Zostały też świeżo wybrane, mają perspektywę prawie całej kadencji.

Być może tak. Byłoby dobrze, gdyby powstała wokół tego większa grupa interesariuszy. Nie byłoby dobrze, żeby sam ZNP się tym zajął, ani tylko samorządy. Jeśli natomiast będą tam przedstawiciele samorządów, związków zawodowych, NGO-sów i eksperci, to moim zdaniem wystarczy, żeby zacząć proces. Przyciągnęłoby to uwagę mediów, też przecież niezbędną. Najpierw bowiem trzeba wspólnie wypracować jakąś wizję, a potem dopiero wpływać na polityków, żeby niezależnie od barw partyjnych byli gotowi ją zaakceptować. Jeśli upatrywałbym w czymś nadziei, to właśnie w takim „ruchu narad obywatelskich”. Częściowo oddolnych i spontanicznych, częściowo wywodzących się ze zorganizowanego społeczeństwa obywatelskiego.

Nauczyciele już zwyciężyli, pokazali swoją siłę [rozmowa]

A co z uczelniami wyższymi? Czy one też nie powinny zaangażować się w narady obywatelskie albo eksperckie? Czy czekamy na ruch z ich strony?

Uczelnie straciły okazję do podjęcia poważniejszej inicjatywy. Mogły od razu zadeklarować gotowość przesunięcia terminu rekrutacji, wysłać więcej sygnałów wsparcia. Ale tak, głos środowisk akademickich powinien być elementem debaty dotyczącej edukacji, tak jak głos innych instytucji.

A może jakiś polityk, który chciałby na temacie edukacji wygrać jesienne wybory?

Tego akurat bym się obawiał. Reformy edukacyjne oparte na komponencie konsultacyjnym udały się w Finlandii, ale warunkiem ich powodzenia był ponadpartyjny konsensus. Mówimy przy tym o kraju, który ma inną kulturę polityczną, i o innej epoce, kiedy polaryzacja polityczna nie była tak duża, a kompromisy łatwiejsze do uzyskania. Trudno sobie teraz w Polsce wyobrazić, że partie polityczne będą nagle w stanie zawiesić codzienny spór i razem uzgodnić potrzebę i kształt reformy oświaty.

Nie wiem, czy dałoby się wskazać partię, która nie skompromitowała się jakoś przy okazji strajku. „Okrągły stół” PiS już komentowaliśmy. Koalicja Europejska, która w Wielki Piątek, tuż przed świętami, wzywa nauczycieli, żeby przerwali strajk – wbiła strajkującym nóż w plecy, traktując ich w protekcjonalny sposób tym swoim przekazem: my, jak dojdziemy do władzy, to wam wypłacimy… Mylono kwoty netto i brutto, no kompromitacja po prostu. Tak jakby opozycja nie usłyszała, że chodzi o coś więcej niż pieniądze. Ten niezrozumiały dla mnie ruch KE pokazał, że oni nie rozumieją w ogóle kwestii praw pracowniczych, nie czują dynamiki protestu, nie potrafią uprawiać tego typu polityki.

Apele o zakończenie strajku są na rękę rządowi

A Wiosna?

Robert Biedroń kilka razy powtarzał, że nauczyciele powinni zarabiać minimum siedem i pół tysiąca. Serio? Policzył to ktoś? Pokazuje to może, że Wiosna popierała, tak jak i partia Razem, strajk, ale to są partie, które nie rozumieją polityk publicznych i uprawiają populistyczną retorykę. 7,5 tysiąca minimum znaczy tyle, że większość nauczycieli będzie musiała zarabiać ponad 10 tysięcy. Rzucanie takich pustych obietnic nie jest poważnym potraktowaniem sprawy. No i w dalszym ciągu jest to sprowadzanie strajku tylko do kwestii finansowej.

Mam wrażenie, że zaszła w czasie strajku pewna zmiana: poparcie społeczne dało nauczycielom impuls do myślenia o sobie podmiotowo. Padały słowa o odpowiedzialności za przygotowanie uczniów do przyszłości. Czy taka właśnie perspektywa będzie wreszcie czymś normalniejszym, bardziej typowym dla szkoły powszechnej?

Zostało zasiane ziarno. W iluś głowach nauczycielskich, w iluś sercach też. Ale czy to jest jakaś masowa zmiana? Nie wiem. Dobrze byłoby się zatroszczyć, żeby coś z tego ziarna wyrosło.

A kiedy zaczniemy myśleć o szkole w perspektywie zmian klimatycznych i technologicznych, nowych metod komunikacji? Tego wszystkiego, co niesie przyszłość?

Chciałbym, żeby było można. Ale mam wrażenie, że zdaniem dużej części naszych polityków edukacja powinna być raczej o przeszłości, nie o przyszłości. To widać choćby w programie nauczania. Próbowałbym włączyć te elementy do postulowanej reformy, ale jeśli chcemy naprawdę szerokiej debaty – nie można tego narzucać. A w Polsce nawet kwestie odpowiedzialności człowieka za zmiany klimatu są…

Są kwestiami opinii.

No właśnie. Gdyby udało się opowiedzieć o związkach między kwestiami klimatu i edukacyjnymi tak, żeby było to do zaakceptowania także przez przedstawicieli prawicy, to myślę, że tak. Ale nie jesteśmy społeczeństwem skandynawskim. I nie będziemy, jeśli nie zrobimy czegoś z naszym systemem edukacyjnym. Naprawa systemu edukacyjnego wymaga jednak lat, a zmiana społeczna – dziesięcioleci.

Czyli nasz najbliższy praktyczny cel to podtrzymanie ducha walki i powrót do strajku we wrześniu?

Mam nadzieję, że ZNP będzie się tego trzymać. Podoba mi się to znacznie bardziej niż idea strajku włoskiego. Sami nauczyciele zaczęli się zresztą na tę propozycję zżymać na forum. Strajk włoski nie przyniesie nauczycielom popularności ani poparcia rodziców.

Strajki muszą być uciążliwe, inaczej nie będą skuteczne [rozmowa]

Ani uczniów.

Dlatego to nie jest dobra formuła. Sprawdził się w przypadku służb mundurowych, ale tam przynosił wymierne straty w budżecie (spadek liczby wystawianych mandatów etc.). Już lepiej postawić wszystkim, jak leci, piątki na koniec roku. To byłoby działanie jednorazowe, pozytywne, i raczej to bym rekomendował. Bo żeby powrót do strajku we wrześniu się udał, potrzebne jest podtrzymanie nastroju, debaty, narady… Jakikolwiek nowy rząd powstanie, będzie musiał się zająć kwestią edukacji i byłoby dobrze, żeby za nauczycielami stała wtedy społeczna siła. Strajk włoski tego z pewnością nie gwarantuje. A wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że może tę energię i obecne poparcie zniszczyć.

Pierwszego dnia po zawieszeniu strajku zapytałam moje dzieci – przejęta – czy nauczyciele rozmawiali z uczniami o nim. Nie, nikt się nawet nie zająknął na ten temat. Ani jedna osoba z tymi dziećmi nie porozmawiała. Po trzech tygodniach nieobecności! Zapytałam więc znajomego nauczyciela, czy on rozmawiał z uczniami. – Nie, nie, bo ja uczę matematyki. Może na WDŻ-etach, a może na godzinie wychowawczej ktoś powie…

Mój syn pierwszego dnia po strajku poszedł do szkoły i nie spotkał żadnego nauczyciela, bo ci nie przyszli. Znalazł panią woźną, która powiedziała, że szkoła strajkuje do 6 maja. Sprawdziliśmy wtedy i rzeczywiście się okazało, że jeszcze na długo przed strajkiem szkoła tak zaplanowała dni wolne. To akurat przypadek, ale sądzę, że w świadomości pracowników obsługi i rodziców z mojej szkoły ten strajk włoski już się chyba zaczął, bo nauczyciele nie stawili się do pracy. Nie było żadnego oświadczenia w tej sprawie, żadnego komunikatu.

I co na to sami uczniowie?

Dużo dobrego się stało, bo poparcie ze strony środowisk uczniowskich było widoczne, było np. stałym elementem demonstracji. Ważniejsze jest inne pytanie: o stosunek nauczycieli do nich. Strajk niestety nie doprowadził do wielkiej zmiany, do otworzenia się nauczycieli na uczniów, dostrzeżenia w nich partnerów. Brak rozmowy, brak komunikacji jest dowodem na to, że sytuacja w oświacie rzeczywiście wymaga szukania rozwiązań. Proces jest ważny, o tym się trochę zapomina, mówiąc o konsultacjach. To nie jest tak, że ich efekt jest istotny – istotny jest już sam ich proces.

Czyli relacje, które się nawiązują pomiędzy uczestnikami.

I nawyk podejmowania rozmowy i refleksji.

Dlaczego strajkujemy? Odpowiadają nauczycielki z Władysławowa, Sokółki i Konina

Może być trudno rozpocząć rozmowę z uczniami, skoro nie wiadomo, kto z nich jest „za”, czyi rodzice popierali protest, czyi byli przeciw…

Ja to nawet rozumiem. Wyobraźmy sobie, że ktoś jest nauczycielem matematyki, biologii czy innego przedmiotu i uczy go lat dwadzieścia, czy choćby pięć, ale przez całą swoją karierę nie potraktował nigdy młodzieży podmiotowo – bo sam tak został wychowany, bo tak pamiętał szkołę, a w czasie studiów też nikt mu nie pokazał, że można inaczej. Trudno jest tak się przestawić. Nawet jak się przeżyło niesamowite wzruszenie w czasie strajku, to nie jest łatwo wrócić do szkoły i zacząć uczniów traktować inaczej. Ale może, jeżeli takie narady obywatelskie rzeczywiście zostałyby przeprowadzone, raz, drugi, trzeci, to przynajmniej część nauczycieli by się przełamała. Podmiotowe traktowanie uczniów przestałoby być tak egzotyczne jak dotąd. To smutne, ale obok świetnych pedagogów jest też wielu nauczycieli funkcjonujących tak, jakby dalej byli przekonani, że dzieci i ryby głosu nie mają. Ja wierzę w możliwość takiej zmiany kultury polskiej szkoły, tylko że jesteśmy na jej początkowym etapie.

**
Przemysław Sadura (ur. 1977) – socjolog i publicysta. Wykłada w Instytucie Socjologii i na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 10 lat prowadzi badania społeczne dla organizacji pozarządowych i administracji publicznej. Zawodowo zwolennik aktywnych metod badawczych i pracy warsztatowej. Jest autorem m.in. podręcznika Konsultacje w społeczności lokalnej wydanego przez IS UW i współautorem książki Partycypacja. Przewodnik Krytyki Politycznej. Współzałożyciel fundacji Pole Dialogu, członek zespołu Krytyki Politycznej.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl
Dziennikarka KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij