Kraj

Dlaczego liberałowie nie lubią nauczycieli?

strajk-nauczycieli

Klasa średnia i liberalne media mają problem ze strajkiem nauczycieli. Popierają go tylko dlatego, że godzi w PiS. Ale co chwila wychodzi z nich podejrzliwość wobec darmozjadów z budżetówki i lęk o „dobro dzieci” – a naprawdę o swój status.

Najlepszym przykładem tego rozdwojenia jest publicystyka Dominiki Wielowieyskiej, od lat wytrwale apelującej o zniesienie Karty nauczyciela. Wielowieyska tłumaczyła swoje poparcie dla strajku tak: „Popieram żądania płacowe, ale chciałabym, aby towarzyszyła im debata na temat tego, jak zmienić Kartę nauczyciela, by najlepsi, najbardziej pracowici nauczyciele zarabiali najwięcej”.

Przemysław Sadura: Dorośli nawalili całkowicie

Co to naprawdę znaczy? Karta nauczyciela jest rodzajem układu zbiorowego, który zawiera państwo z nauczycielami. Brzmi on tak: „Będziemy płacić wam poniżej stawek rynkowych, ale w zamian za to otrzymacie różne przywileje – wynikające z natury waszej pracy – które będą przysługiwały każdemu nauczycielowi”.

Załóżmy teraz, że znosimy Kartę – na czym tracą wszyscy nauczyciele, ci dobrzy i ci źli. Co Wielowieyska proponuje w zamian? Nieokreślony system „premiowania najlepszych”.

Rzecz w tym, że pomiar efektów pracy nauczyciela jest bardzo drogi i bardzo trudny. Amerykanom do dziś nie udało się tego zmierzyć w przekonujący sposób.

Nie ma też wcale zgody co do tego, kim jest „najlepszy nauczyciel”. Ten, którego uczniowie mają najlepsze wyniki w testach? Czy ten, który jest wzorem postawy obywatelskiej i empatii?

Efekty pracy nauczyciela mierzone wynikami jego uczniów w testach mogą przy tym, dodam dla porządku, nie odzwierciedlać wcale jego zaangażowania i zdolności. Jeżeli doskonały nauczyciel dostaje w klasie dzieci z biednych rodzin o niskim kapitale kulturowym, z pewnością może im pomóc, ale jego uczniowie i tak będą mieli gorsze wyniki w testach od dzieci zamożnych i wykształconych rodziców.

Teraz zamknijmy oczy i spróbujmy sobie wyobrazić, że państwo polskie – które nie jest nawet w stanie wyegzekwować przestrzegania zasad parkowania w Warszawie – buduje rozsądny system ewaluacji pracy kilkuset tysięcy nauczycieli, wydaje na to dziesiątki milionów złotych, a potem premiuje najlepszych za performance.
Widzicie to? Ja też nie.

Nauczyciele już zwyciężyli, pokazali swoją siłę [rozmowa]

**

Przeglądałem publicystykę Wielowieyskiej na temat szkół i poza nawoływaniem do „premiowania jakości” można tam znaleźć bardzo niewiele pomysłów na to, czym ta jakość jest, jak ją mierzyć i kto powinien to robić (nie znalazłem żadnego, ale może coś przeoczyłem). Cały postulat służy wyłącznie za pretekst do ataku na coś, co publicystka postrzega jako grupowy przywilej.

Klasa średnia ma bowiem z nauczycielami problem. Z jej punktu widzenia są oni grupą zawodową funkcjonującą w realiach zawodowych z zupełnie innej epoki: związków zawodowych (w polskim prywatnym biznesie ich prawie nie ma), dożywotnich etatów, układów zbiorowych.

Tymczasem polski liberał za wzór efektywnego środowiska pracy uznaje korporację – z jej presją na wyniki, konkurencją wewnętrzną, nieustanną ewaluacją, zwalnianiem najmniej efektywnych pracowników, premiami za wyniki.

Nie ma, oczywiście, żadnych danych, które pozwalają twierdzić, że model korporacyjny sprawdza się w usługach publicznych, w tym w oświacie. Jest to czysta ideologiczna projekcja. Przeciwnie, są dobre powody sądzić, że wprowadzenie reguł korporacyjnych w usługach prowadzi do złych wyników – np. w służbie zdrowia podnosi koszty i obniża jakość usług, o czym od lat wiedzą Amerykanie. Trudno jednak liberałowi mentalnie odkleić się od świata, w którym funkcjonuje na co dzień i który uważa za wzór organizacyjnej i ekonomicznej racjonalności. „Skoro to wszystko działa u mnie w firmie – myśli liberał – to dlaczego ma nie działać w szkole?”

Nauczyciele, opowiedzmy naszą historię!

**

Liberałowie popierają więc strajk nauczycieli, ale równocześnie gdzieś z tyłu głowy kołacze się idea, że jest to jednak „roszczeniowa” (lubię to słowo, przypomina mi lata 90.) grupa społeczna, która nie chce się poddać kryterium efektywności, tylko działa zgodnie ze staromodną ideą solidarności zawodowej, o której klasa średnia w Polsce zdążyła już zapomnieć.

Równocześnie jednak nauczyciele odgrywają kluczową rolę w średnioklasowej grze o status. Jak wiadomo – i jeśli komuś nie chce się czytać Bourdieu, to może zajrzeć do Gduli – klasa średnia żyje w nieustającym lęku o utratę statusu: zawodowego, materialnego, społecznego. Przekazanie go dzieciom jest jednym z jej najważniejszych życiowych zadań. Tego lęku nie doświadcza klasa wyższa (bo jej utrata statusu nie grozi) ani klasa ludowa (bo jej też nie grozi, niżej spaść nie można – może tylko awansować dzięki ścieżce edukacyjnej).

W tym miejscu pojawia się nauczyciel. Jest źle opłacanym funkcjonariuszem publicznym, od którego jednak zależy awans dziecka do klasy średniej lub deklasacja – a deklasacja jest złem najgorszym. Klasa średnia oczekuje więc, że bez względu na okoliczności nauczyciel będzie odprawiał rytuały przejścia na ścieżce edukacji wiodącej dziecko do „dobrego” zawodu – czyli przeprowadzał kolejne egzaminy. To jest jego psi obowiązek.

Na pytanie dziennikarza „Wyborczej” o to, jak rodzice reagują na strajk, nauczyciel z warszawskiej szkoły odpowiada: „W niektórych szkołach wspierają nauczycieli, ale nie u nas. Nie mamy w nich oparcia, prędzej pytania, jak wyobrażamy sobie nadrobienie programu”.

Oto i sedno sprawy: sprzeciw wobec PiS jest ważny, ale blednie wobec perspektywy zakłócenia ścieżki edukacyjnej dziecka. „Obal rząd PiS, ale nadrób program” – to przesłanie liberała dla nauczycieli.

Oto sedno sprawy: sprzeciw wobec PiS jest ważny, ale blednie wobec perspektywy zakłócenia ścieżki edukacyjnej dziecka.

Oczywiście zarówno dzieci, jak i system szkolny doskonale sobie poradzą z zakłóceniami. Egzaminy można przełożyć. Staje się to problemem tylko wówczas, kiedy rodzice (a więc i dzieci) postrzegają edukację jako konkurencyjny wyścig, który ma się skończyć, dajmy na to, miejscem na studiach medycznych. Każdy poślizg na tej ścieżce niesie za sobą widmo katastrofy: „A co będzie, jeśli w szkole obok egzaminy się jednak odbędą i tamte dzieci się dostaną do lepszego liceum, a moje do gorszego?”. Zajęcia dodatkowe, wydatki na korepetycje, siedzenie w szkole od rana do nocy – inwestycja w utrzymanie statusu potomstwa będzie zagrożona. W świecie klasy średniej nie istnieje nic gorszego, może poza brakiem pieniędzy na spłatę kredytu hipotecznego.

Dlaczego strajkujemy? Odpowiadają nauczycielki z Władysławowa, Sokółki i Konina

Z tych dwóch powodów – odrazy wobec grupy zawodowej wyrażającej postulaty płacowe w duchu solidarności oraz lęku o status dzieci – liberałowie nie mogą poprzeć strajku całym sercem. Stąd też biorą się zabawne wygibasy w TVN24 czy w innych liberalnych mediach: „Właściwie to popieramy strajk nauczycieli, ale jednak jest on obcy – korzystny politycznie, ale niewygodny ideowo. No i pamiętajmy: dobro dzieci jest najważniejsze”.

Można sobie wyobrazić Polskę, która miałaby inne podejście do usług publicznych – w której klasa średnia rozumiałaby, że musi płacić wyższe podatki, aby dostać w zamian np. lepszą szkołę publiczną dla dzieci. Lepszą, czyli także z nauczycielami, którzy lepiej zarabiają. Mam nadzieję, że takiej Polski dożyję.

Strajk nauczycieli to wojna o cywilizację

Bio

Adam Leszczyński

| Dziennikarz, publicysta, reporter
Członek zespołu „Krytyki Politycznej”, w latach 1994-2017 współpracownik, dziennikarz, a potem publicysta „Gazety Wyborczej”, współzałożyciel portalu OKO.press. Autor dwóch książek reporterskich: "Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz "Zbawcy mórz" (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki "Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych" 1943–1980 (2013) i "Eksperymenty na biednych" (2016).

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.