Kraj

Ktoś, kto bardzo nie lubi Polski, bez wątpienia pije teraz zdrowie ordoiurisów i Kai Godek

Zwalczająca aborcję polska prawica najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że jej skrajne dążenia wywołają efekt antyrodzinny i depopulacyjny – wbrew głoszonym przez nią sloganom.

Polska postanowiła zostać mistrzem Europy w zwalczaniu aborcji, przynajmniej tej oficjalnej. Już w 2018 roku w Polsce przeprowadzono tylko trzy zabiegi przerwania ciąży na tysiąc urodzeń żywych, co było prawie najniższym wynikiem w Unii Europejskiej (w kolejnej Chorwacji było ich aż 22 razy więcej). Prawie, bo przed nami jest jeszcze Malta, w której aborcji (oficjalnie) w ogóle się nie przeprowadza, gdyż obowiązuje całkowity jej zakaz.

Polscy rządzący, podburzani przez religijnych radykałów, postanowili jednak z Maltą powalczyć o palmę pierwszeństwa i przy użyciu Trybunału Konstytucyjnego zlikwidowali tzw. przesłankę embriopatologiczną, która jest powodem zdecydowanej większości przeprowadzanych legalnie aborcji w Polsce.

To jakoś niepojęte, że nasi fanatycy religijni postanowili zwalczać aborcję do upadłego akurat w kraju, w którym jej – oficjalnie oczywiście – prawie nie ma. Choć mogli przecież wybrać się za południową granicę i tam – pod licznymi klinikami aborcyjnymi – grzecznie przekonywać kobiety, żeby nie przerywały ciąży. Bo skoro mają takie dobre argumenty, to chyba by je przekonali, nieprawdaż?

Religijni radykałowie w Polsce są teraz z siebie bardzo zadowoleni i chyba pewni, że mają już zaklepane miejsce w niebie. Fakt, że okupili swój „sukces” corocznym cierpieniem dodatkowego tysiąca kobiet tutaj, na ziemi, jakoś specjalnie ich nie boli. Fanatyk religijny nie chce być po prostu dobry, tak jak zwyczajny chrześcijanin, który na co dzień nie bije bliźnich cytatami z Biblii niczym pałką po głowie. Fanatyk chce być święty, choćby po trupach. A przy tym zwalczająca aborcję polska prawica najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że jej skrajne dążenia wywołają efekt antyrodzinny i depopulacyjny – wbrew głoszonym przez nią sloganom.

Bo tak, jeśli ktoś dokonuje w Polsce „potajemnej depopulacji narodu”, to czyni to właśnie polska, fanatyczna prawica. Choć przecież zwolennicy ruchu anti-choice mogliby walczyć o życie dużo bardziej humanitarnymi (i skutecznymi) sposobami. Akurat w Polsce, gdzie życie ludzkie zazwyczaj traktuje się po macoszemu, mieliby ogromne pole do popisu.

Od poczęcia aż po zgon, czyli pycha władzy

Wieś bez opieki okołoporodowej

Zwolennicy ruchu anti-choice mogliby się na przykład zająć śmiertelnością niemowląt. Przecież życie nie kończy się zaraz po narodzinach? W Polsce umiera co roku aż czworo dzieci poniżej pierwszego roku życia na każdy 1000 urodzeń żywych, a zatem wskaźnik śmiertelności niemowląt nad Wisłą jest wyższy o jedną trzecią od (oficjalnego) wskaźnika aborcji. Dlaczego Kaja Godek o tym milczy? Tym bardziej że śmiertelność niemowląt w Polsce jest czwartą najwyższą w Europie.

A gdzie jest najniższa? Między innymi w „lewackich” Szwecji i Finlandii oraz skrajnie laickich Czechach. W Szwecji umiera proporcjonalnie dwukrotnie mniej niemowląt niż w Polsce. Ktoś powie, że Skandynawia jest daleko za morzami, ale przecież nad Wisłą ten wskaźnik jest o dwie trzecie wyższy niż np. nad Wełtawą. Jak widać, nie trzeba być fanatykiem religijnym (ani superbogatym Szwedem), żeby faktycznie dbać o życie.

Do kogo należy rodzina i dlaczego do prawicy?

Wysoka umieralność niemowląt jest spowodowana między innymi fatalną opieką okołoporodową na wsiach. Według raportu NIK z 2018 roku „kobiety zamieszkałe na wsi miały utrudniony dostęp do ambulatoryjnych świadczeń ginekologiczno-położniczych, finansowanych ze środków publicznych”. Na Podlasiu aż w trzech czwartych gmin nie ma poradni ginekologiczno-położniczych, na Lubelszczyźnie i w Mazowieckiem – w dwóch trzecich gmin.

Autorzy raportu porównali zgony okołoporodowe z odsetkiem gmin wiejskich, w których działa poradnia ginekologiczno-położnicza i – co za niespodzianka – korelacja jest bardzo wyraźna. Najwięcej zgonów okołoporodowych zanotowano w Opolskiem i Podlaskiem – odpowiednio 34 i 23 na 100 tysięcy urodzeń. Równocześnie w tych województwach w mniej niż co dziesiątej gminie wiejskiej była poradnia ginekologiczno-położnicza. Tymczasem w województwach, w których zanotowano zaledwie po kilka zgonów okołoporodowych na 100 tysięcy urodzeń, poradnią dysponowała co czwarta lub piąta gmina wiejska.

Zakazy niespecjalnie skuteczne

Prawica jest święcie przekonana, że surowe prawo aborcyjne prowadzi do zmniejszenia liczby aborcji. Jednak nawet opierając się na oficjalnych danych, można się przekonać, że to niekoniecznie tak działa. Przykładowo Węgry mają mało liberalne przepisy dotyczące aborcji – samodzielną decyzję można podjąć dopiero od 18. roku życia, a aborcja na życzenie do 12. tygodnia ciąży jest przeprowadzana w szczególnych przypadkach, po trzydniowym okresie namysłu i dwukrotnej konsultacji z pacjentką.

Mimo to wskaźnik aborcji na Węgrzech jest jednym z najwyższych w Europie i wynosi 327/1000 urodzeń. W Niemczech, które mają bardziej liberalne prawo aborcyjne, zabiegów przerwania ciąży przeprowadza się prawie trzy razy mniej. Z kolei Bułgaria ma mniej liberalne prawo aborcyjne od Holandii, ale równocześnie 2,5 razy wyższy wskaźnik aborcji. Zaostrzanie przepisów aborcyjnych nie jest zatem skutecznym sposobem ograniczania liczby zabiegów przerwania ciąży. W tym celu należy dążyć do zwiększania świadomości seksualnej młodych kobiet – i mężczyzn też, oczywiście.

Przerwałam. Ciążę i ciszę

czytaj także

Ktoś mógłby powiedzieć – ale przecież w Polsce to działa! No, niekoniecznie – bo te trzy aborcje na 1000 urodzeń to liczba oficjalna. W 2013 roku CBOS przeprowadził badanie Doświadczenia aborcyjne Polek, którego wyniki odbiegają od oficjalnych statystyk. Według niego co dziesiąta Polka w wieku 18–24 lata przynajmniej raz przerwała ciążę. Wśród kobiet w wieku 25–34 lata co siódma Polska dokonała w życiu przynajmniej jednej aborcji, a w grupie wiekowej 35–44 lata aż 31 proc. kobiet miało doświadczenie aborcyjne. A jak to wyglądało wśród starszych kobiet, które mogły przerywać ciąże legalnie w PRL? W grupie wiekowej 55–64 lata mowa o 42 proc. kobiet, a w najwyższej (65 lat i więcej) było ich 36 proc. Czyli nie jakoś znacznie więcej niż wśród pań w wieku 35–44 lata, które w okres pełnoletniości wchodziły w momencie, gdy obowiązywała już ustawa antyaborcyjna.

Obawy „rezerwy prokreacyjnej”

Możemy za to być pewni, że radykalne zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej doprowadzi do spadku dzietności w Polsce. Uniemożliwienie kobietom legalnej aborcji w przypadku wad płodu spowoduje po prostu, że będą one rzadziej podejmować decyzję o dziecku. I nic w tym dziwnego – skoro rządzący chcą skazywać kobiety na potencjalne tortury, to część z nich odpowie: „w takim razie nie będzie dzieci, trudno”.

W Diagnozie społecznej 2013 prof. Janusz Czapiński przyjrzał się polskiej „rezerwie prokreacyjnej” – to niezbyt eleganckie określenie dotyczy ludzi (mężczyzn i kobiet) w wieku prokreacyjnym, którzy nie mają dzieci. Co czwarta pytana osoba wskazywała „ryzyko wad genetycznych” jako bardzo poważny powód rezygnacji z dziecka. A wtedy przecież można było dokonać aborcji z przyczyn embriopatologicznych. Po ostatnich zmianach takich osób będzie zapewne więcej.

W 2019 roku w polskich szpitalach wykonano 1100 zabiegów przerwania ciąży. Dlaczego tak mało?

Poza tym najczęściej wskazywanymi jako bardzo poważny czynnik rezygnacji z prokreacji były „trudne warunki bytowe” (ponad połowa pytanych), a także „niepewna przyszłość” (jedna trzecia). Ograniczenie możliwości przerwania ciąży z powodu wady genetycznej dziecka bez wątpienia zwiększy niepewność ekonomiczną przyszłych rodziców. Kłopoty finansowe rodzin z dziećmi niepełnosprawnymi są przecież powszechnie znane. Ryzyko popadnięcia w skrajne ubóstwo wśród rodzin z niepełnosprawnym dzieckiem jest o połowę wyższe niż wśród rodzin z dzieckiem bez niepełnosprawności.

Wystarczy zerknąć w twarde dane, by się przekonać, że zakaz aborcji jest też działaniem antynatalnym. Bo w jakich krajach w 2019 roku był najniższy wskaźnik dzietności w OECD? W Korei Południowej (zaledwie 0,9) oraz na Malcie (1,2). W obu tych państwach obowiązywał wtedy bezwzględny zakaz aborcji (w Korei Południowej od tego roku nie jest ona już przestępstwem).

Polska również należy do państw z niskim wskaźnikiem dzietności – w 2019 roku wyniósł on 1,4. Tymczasem najwyższa dzietność w Europie notowana jest w państwach o bardzo liberalnych przepisach aborcyjnych – np. we Francji było to 1,9, a w Szwecji 1,7. W zakresie przepisów aborcyjnych zbliżyliśmy się do Malty, więc jest kwestią czasu, kiedy zbliżymy się do niej także w kwestii dzietności. Oczywiście nawet silna korelacja nie równa się przyczynowości, ale zdecydowanie falsyfikuje logikę, wedle której im trudniejszy dostęp do aborcji, tym więcej dzieci będzie miało szansę się urodzić.

Samotny rodzic jest kobietą

Co gorsza, kobiety mogą się obawiać, że zostaną ze swoim niepełnosprawnym dzieckiem same, a to także będzie zniechęcać je do rodzenia. I to obawa zupełnie uzasadniona: narodziny niepełnosprawnego dziecka to istotny powód rozpadu rodzin w Polsce, najczęściej oczywiście z powodu odejścia ojca. Według GUS gospodarstwa domowe z osobami niepełnosprawnymi stanowią 17 proc. wszystkich gospodarstw domowych. Tymczasem wśród gospodarstw domowych prowadzonych przez samotnego rodzica aż w jednej trzeciej jest osoba niepełnosprawna. I nie będzie zaskoczeniem, że w Polsce niemal 90 proc. samotnych rodziców to kobiety.

Urodzenia i urojenia

czytaj także

Urodzenia i urojenia

Dorota Próchniewicz

Co więcej, tymi samotnymi matkami będą zostawać głównie kobiety z dolnych warstw społecznych, które bezwzględny zakaz aborcji będzie wpychał w jeszcze większe ubóstwo. Te lepiej usytuowane, mające też zwykle wyższy kapitał kulturowy i społeczny, po prostu dokonają aborcji prywatnie, w jednej z licznych klinik aborcyjnych, którymi z każdej strony otoczona jest Polska.

Koszt aborcji w Niemczech wynosi kilkaset euro (nawet do 600 euro), czyli w przeliczeniu ok. 2 tysięcy złotych. To wydatek, na który z trudem będą mogły sobie pozwolić rodziny z dolnych 40 proc. społeczeństwa: według danych GUS w najniższej grupie kwintylowej (dolne 20 proc.) niezbędne wydatki stanowią przeciętnie 108 proc. dochodów. W drugiej grupie kwintylowej (dolne 20–40 proc. społeczeństwa) niezbędne wydatki to 75 proc. dochodów, więc zostaje im miesięcznie ok. 300 zł na głowę na „coś więcej”. Za to kobiety z górnych 20 proc. społeczeństwa, w których co miesiąc powstaje nadwyżka średnio 1300 zł na głowę, będą mogły dokonać aborcji bez większych problemów.

Musiałam stać się silna – dla swoich dzieci

Podsumowując, radykalne zaostrzenie prawa aborcyjnego w Polsce nie tylko przysparza cierpień i odbiera kobietom podmiotowość, ale jest również działaniem antyrodzinnym i antynatalistycznym. Doprowadzi do spadku dzietności oraz rozpadu wielu rodzin, a kobiety z dolnych 40 proc. społeczeństwa wpędzi jeszcze w kłopoty finansowe. Właściwie trudno sobie wyobrazić bardziej antypolskie rozwiązanie legislacyjne. Ktoś, kto bardzo nie lubi Polski, bez wątpienia pije teraz zdrowie ordoiurisów, Krzysztofa Bosaka i Kai Godek. Super się spisaliście, będziecie mieli miejsce w niebie. Szkoda tylko, że za cenę uczynienia piekła na tym nadwiślańskim kawałku ziemi.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij