Kraj

„Nasi chłopcy”, czyli jak się kreuje bohaterów

Mundurowi na granicy mają być „nasi”, tak samo jak „nasi” są piłkarze czy olimpijczycy. Kartki rysowane przez dzieci, koncert, pochwały ze strony władz – wszystko to ma nas przekonać, że „nasi chłopcy” dokonują czegoś niecodziennego, że mamy ich podziwiać. I oczywiście się z tym utożsamiać. Obrona granic ma się stać „naszym” doświadczeniem.

Obrazek przecinają kolczaste zasieki. Po jednej stronie płonie ognisko. Po drugiej widać wojskowy helikopter i pancerne auto. Umundurowana postać na pierwszym planie mierzy z karabinu w kierunku ogniska.

Fot. facebook.com/zpopiszczac

To rysunek uczennicy lub ucznia szkoły podstawowej. Po przejściu przez polski system edukacji, po opowieściach o męczeństwie będącym doświadczeniem moich przodkiń i przodków, które przekazywano mi jako następnemu pokoleniu, mogłabym zinterpretować go jako historię o osaczeniu, ogień jako symbol nadziei i schronienia. Takie naiwne intuicje tu jednak zawodzą. Ogień należy zgasić. Obraz powstał w ramach akcji „Kartka dla obrońców granic”, a jej adresatem jest sportretowany w dole rysunku żołnierz. Fundacja Niepodległości, która zapoczątkowała inicjatywę, pisze o takich jak on, że „są bez wątpienia doskonale przygotowani do wykonywania powierzonych zadań, jednak warunki pełnionej służby oraz oddalenie od rodzin i bliskich sprawiają, że szczególnie ważne są dla nich obecnie wyrazy społecznego wsparcia”.

Fundacja zaprasza uczniów i przedszkolaki do stworzenia laurek z podziękowaniami, które następnie wysłane będą do służb granicznych. Działanie wspierają kuratorium oświaty w Lublinie i minister edukacji Przemysław Czarnek. Ten ostatni osobiście wysłał trzy pierwsze kartki: do straży granicznej, wojska polskiego i policji.

Po co żołnierzom laurki? Otóż aranżowanie takich „odruchów serca” pełni ważną funkcję w kreowaniu wizerunku służb mundurowych. Naszych bohaterów powinniśmy nie tylko się bać, ale i ich kochać.

Machina o ludzkiej twarzy

Gdy czytam Twittera ministra Błaszczaka, straży granicznej, terytorialsów, pierwsze wrażenie nie zaskakuje. Kult siły i wielkości, podobnie jak surowe wychowanie pojawiały się wszak zawsze, kiedy rządy sięgały po autorytarną władzę.

Żołnierze, strażnicy czy policjanci stają się machiną państwa. Są wykonawcami określonych zadań i nośnikami wartości. Mają budzić respekt, nie okazywać uczuć, mają być bezwzględni w wykonywaniu rozkazów. Stabilna postawa ciała, specjalistyczne wyposażenie, kamienna twarz. To przecież profesjonaliści. Ich działania uzasadnia się koniecznością, ale i troską o bezpieczeństwo zwykłych ludzi. „Śpijcie spokojnie. My #trzymamystraż” − zapewnia w swoich mediach straż graniczna.

„Polska jest bezpieczna wtedy, kiedy siły zbrojne, jak i służby, które stoją na straży bezpieczeństwa, są silne” − deklaruje minister Błaszczak.

Wychodzące na jaw świadectwa o łamaniu prawa i nadużywaniu przemocy mogą jednak zburzyć zaufanie. By tego uniknąć, trzeba przypomnieć, że machina, ci twardzi i bezwzględni żołnierze, to jednak ludzie. Wysiłek narracyjny zmienia więc kierunek o 180 stopni.

Oto żołnierz, dzielny obrońca granic, marznie i tęskni za swoją rodziną. Jest zmęczony. Czyha na niego zagrożenie, zmęczenie i w dodatku potępienie publiczne, wtedy z odsieczą przychodzą… dzieci. Pod płaszczem zajęć plastycznych i edukacji patriotycznej przedszkola i szkoły wysyłają laurki. Żołnierze dziękują i wzruszają się. Skrzętnie zaplanowana akcja zostaje przedstawiona jako odruch serca, niewinny jak dzieci i prawdziwy. Tak buduje się bliskość i zaangażowanie.

„To pozwala nam, żołnierzom, na budowanie więzi ze społeczeństwem” − pisze na stronie Fundacji Niepodległości płk Tadeusz Nastarowicz, dowódca 2. Lubelskiej Brygady Obrony Terytorialnej. „Dodatkowo myślę, że to fajna lekcja patriotyzmu dla najmłodszych. Buduje poczucie wartości żołnierza czy funkcjonariusza” − dodaje.

Służby chciały zastraszyć aktywistów, urządziły wjazd na chatę. Trafili na katolików

Ratowanie wizerunku angażuje cały arsenał środków przekazu. Temat podejmują tak szkolne akademie, jak i oficjalne przekazy Telewizji Polskiej, twórcy narracji doceniają też, jak istotnym frontem są media społecznościowe.

Minister Błaszczak dziękuje żołnierzom na Twitterze. Wojska Obrony Terytorialnej powołują specjalną grupę zadaniową „Honor”, której rolą jest obrona, jakże inaczej, honoru żołnierzy. Zapraszają też do udziału w grupie „Obrońcy obrońcom”, oferującej pomoc prawną „w związku z pojawiającą się w mediach krytyką wykonywanych przez nich obowiązków”. Na Facebooku powstają grupy „Murem za polskim mundurem” dzielące się alarmującymi historiami na temat „zagrożeń” płynących ze strony osób „koczujących” na wschodniej granicy i dziękczynnymi grafikami.

Wszędzie obserwujemy umiejętny zabieg uczłowieczania przedstawicieli instytucji, tak by wzbudzali troskę i współczucie obywateli.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

„Nasi mundurowi są tam, aby chronić bezpieczeństwa nas wszystkich. Bezpieczeństwa naszego kraju. Pełnią ciężką służbę. Zostali obrzuceni kamieniami i granatami hukowymi. Odparli wiele prób wdarcia się na teren naszego państwa. Ciągle są wystawieni na prowokacje służb białoruskich. Nerwy mają napięte jak postronki” − czytamy na fanpage’u „Na straży munduru”. Warto przyjrzeć się temu utożsamieniu. Żołnierze są „nasi”, tak samo jak „nasi” mogą być piłkarze czy olimpijczycy. Pokonując przeciwności i pracując w trudnych warunkach, dokonują czegoś niecodziennego, co można podziwiać. Jednocześnie pozostają „nasi”, co czyni ich wyczyny również „naszym” doświadczeniem.

Mają też słabości − napięte jak postronki nerwy są tu oznaką człowieczeństwa, zbliżają. W ten sposób powstają wielowymiarowi bohaterowie: godni szacunku i podziwu, jednocześnie zmagający się z przeciwnościami, potrzebujący naszego wsparcia i podziwu.

To bohaterowie, których można kochać. I oni deklarują przecież miłość do nas − narodu, którego bronią. „Nieważne, co przed nami, ważne, co za nami” − piszą. I ten cytat jest znamienny. Wzmacniając relację między służbami granicznymi a rzekomo bronionymi przez nich obywatelkami i obywatelami, łatwo ukryć, że w układance jest więcej elementów. Nie słychać tu tych, którzy stoją po drugiej stronie drutu żyletkowego, nie widać aktywistek i aktywistów. Zobaczyć można za to „przejmujące wideo” − relację z powrotu policjanta z granicy, nawiązującą estetyką do krążących po sieci przedstawień żołnierzy amerykańskich witających się ze swoją rodziną. „Niesamowita reakcja dzieci. Wybuch radości, łzy szczęścia i ulgi” − zachęca tytułem artykuł na wPolityce.pl. Wzruszenie instant.

Bądźmy poważni

Media rządowe cynicznie, ale bardzo skutecznie, zarządzają emocjami. Tworzą w ten sposób rzeczywistość, w której niektóre grupy mają prawo emocje odczuwać i się nimi dzielić. A inne muszą się ich wystrzegać, gdyż okazywanie uczuć może dewaluować ich wypowiedź. „Łzawe historie” nie mają racji bytu, gdy trzeba bronić szczelności granic. Podnoszenie praw człowieka i przytaczanie konkretnych, dramatycznych wydarzeń media państwowe sprowadzają do braku profesjonalizmu.

Dobrze oddaje to wspominany już fanpage „Na straży munduru”: „Na subtelności można sobie pozwolić w czasie pokoju. Teraz mamy do czynienia z konfliktem granicznym. Sytuacją kryzysową. Jeżeli kogoś oburza, że żołnierz podniósł głos albo przeklął w stresowej sytuacji, to oznacza, że nie ma pojęcia o tym, jak wyglądają działania służb na granicy”. I dalej: „W obliczu takiego zagrożenia zdjęcia obtartego naskórka nie robią na nikim wrażenia. Bądźmy poważni”.

Pomaganie migrantom na granicy stało się tabu [rozmowa]

Bycie poważnym jest tu jasno zdefiniowane: polega na wzruszaniu się tym, czym wolno nam się wzruszać, i ignorowaniu tego, co nie pasuje do zaplanowanego obrazu. Obrazu, w którym widać tylko jedną stronę. Podobnie jak na obrazku, od którego zaczęłam, „tamci” są jedynie bezosobowym ogniskiem. Najwygodniej o nich zapomnieć. Nie ma Miriam, Hassana, nie ma czteroletniej Eileen. Nie ma czym się wzruszyć. To żołnierze wyrażają emocje i wzbudzają je. Można ich kochać lub nienawidzić. Tak czy inaczej, są „naszymi chłopcami”. Naszymi bohaterami.

**

Krystyna Lewińska – antropolożka, aktywistka, edukatorka. Obserwuje ruchy społeczne jako badaczka i sama w nich działa. Jako trenerka zajmuje się edukacją globalną i antydyskryminacyjną.

*

Materiał powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij