Kraj

Służby chciały zastraszyć aktywistów, urządziły wjazd na chatę. Trafili na katolików

W środę 15 grudnia około godziny 21 do bazy Klubu Inteligencji Katolickiej w Gródku weszła policja. Kiedy jednych aktywistów służby próbowały zastraszać, inni byli w sejmie i głośno mówili o tym, co rząd chciałby ukryć przed opinią publiczną.

Wolontariusze Punktu Interwencji Kryzysowej zajmują się, podobnie jak aktywiści Grupy Granica, Fundacji Ocalenie, Medyków na Granicy, udzielaniem pomocy humanitarnej migrantom ukrywającym się w lasach na polsko-białoruskim pograniczu. Kryzys humanitarny trwa już czwarty miesiąc, przy granicy wciąż są osoby, których życiu i zdrowiu zagraża niebezpieczeństwo. Wiemy już o co najmniej kilkunastu ofiarach śmiertelnych. Służby, których przy granicy jest mnóstwo, nasilają represje wobec osób niosących humanitarną pomoc.

Nalot

W Punkcie Interwencji Kryzysowej było wtedy czterech wolontariuszy. Policjanci przyjechali kilkunastoma wozami policyjnymi.

− Dostałem informację, że jedna osoba ma zostać przesłuchana w charakterze świadka. Udałem się na miejsce, by uczestniczyć w tej czynności jako jej pełnomocnik. Kiedy dotarłem około godziny 23, zastałem kilkanaście radiowozów na sygnale, kilkudziesięciu policjantów, w tym część w kaskach, z długą bronią − mówi nam Artur Kula, aplikant adwokacki współpracujący z Grupą Granica. − Okazało się, że ten świadek już został przesłuchany, nie czekano na mnie, twierdząc, że świadkowi wystarczyła konsultacja telefoniczna z prawnikiem.

Przesłuchania aktywistów trwały do godziny piątej rano. Nie od początku było jasne, w jakim charakterze są przesłuchiwani. Wcześniej tego dnia trzech wolontariuszy zostało zatrzymanych przez policję i kilka godzin przetrzymywano ich w radiowozie.

− Aktywiści warszawskiego KIK-u ostatecznie przesłuchiwani byli jako świadkowie, choć na początku grożono im, że mogą zostać zatrzymani i oskarżeni − tłumaczy Artur Kula. O co? Jak wskazują doniesienia medialne, policja podejrzewała przemyt ludzi, organizowanie nielegalnego przekraczania granicy, a Punkt Interwencji Kryzysowej KIK-u miał być według nich bazą przemytniczą.

Funkcjonariusze policji skonfiskowali wszystkie komputery i telefony, a także telefony prywatne wolontariuszy. Przeszukanie PIK trwało aż do rana. − Po mnie na miejsce dojechał technik policyjny, który przeprowadził przeszukanie punktu − opowiada Artur Kula. − Przeszukano także samochody wolontariuszy. Policja nie miała nakazu, skorzystała z uprawnienia, które istnieje w Kodeksie postępowania karnego, że w wypadkach niecierpiących zwłoki przeszukania można dokonać po okazaniu legitymacji służbowej. Teraz policjanci są zobowiązani niezwłocznie zwrócić się do sądu lub prokuratury, która zatwierdzi lub nie podjęcie tych czynności. Zastanawiające jest to, że stwierdzono, że sytuacja wymaga niezwłocznej interwencji, ale zdążono zmobilizować ogromne siły policyjne − dodaje prawnik.

Placówka prowadzona przez Klub Inteligencji Katolickiej nie jest żadną tajną bazą przemytniczą. Punkt działa już od dwóch miesięcy, wiedzą o tym media, wiedziały również lokalne służby, z którymi wolontariusze punktu mieli kontakt. Ani funkcjonariusze straży granicznej, ani policji nie zgłaszali dotąd zastrzeżeń.

Grupa Granica: To nie jest kryzys migracyjny, ale humanitarny

A KIK, jak i inne grupy pomocowe na polsko-białoruskiej granicy, bardzo dba o to, by jego aktywiści działali zgodnie z prawem. Wolontariuszki i wolontariusze przechodzą szkolenia z tego, jak w legalny sposób udzielać potrzebującym pomocy humanitarnej.

− Robienie z warszawskiego Klubu Inteligencji Katolickiej siatki przemytniczej, która zagraża bezpieczeństwu państwa, to absurd − komentuje Artur Kula.

Nadgorliwość czy celowe zastraszanie?

− To była manifestacja siły policji. Policjanci nie byli agresywni ani fizycznie, ani werbalnie, ale sama obecność w takiej liczbie, w tym funkcjonariuszy z długą bronią, w kaskach, oraz podobnej liczby funkcjonariuszy po cywilu, kilka godzin przesłuchań − wywołała atmosferę strachu, napięcia, nie trzeba było nic więcej − mówi prawnik Grupy Granica.

Rząd od początku kryzysu na granicy patrzy nieprzychylnie na aktywistów ratujących zdrowie i życie migrantów. Władza, zamiast dążyć do jak najszybszego rozwiązania konfliktu − podsyca go, zamykając migrantom możliwość legalnego ubiegania się o azyl, lekceważąc prawa człowieka, siejąc kłamliwą propagandę, oskarżając migrantów o terroryzm i zoofilię, wreszcie zapewniając służbom liczącym tysiące, w pewnym momencie ponad 13 tys. funkcjonariuszy, bezkarność, zamykając przygraniczne tereny w strefie stanu wyjątkowego.

Na apele o pomoc humanitarną dla cierpiących z zimna i wyczerpania ludzi odpowiada propagandową ściemą, wysyłając konwój z pomocą na Białoruś, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nie zostanie on wpuszczony.

Wobec bezduszności władzy pomocy humanitarnej potrzebującym udzielają lokalni mieszkańcy, aktywistki i aktywiści Grupy Granica, Fundacji Ocalenie, organizacji medycznych i właśnie Klubu Inteligencji Katolickiej. Państwo, zamiast ich chronić i z nimi współpracować w celu jak najszybszego zażegnania kryzysu − z dnia na dzień nastaje na nich coraz agresywniej.

Pomaganie migrantom na granicy stało się tabu [rozmowa]

− W mojej ocenie − mówi Artur Kula − obecna sytuacja na granicy to takie przecięcie stanu wyjątkowego i bezprawia. Odczuwam to, działając jako pełnomocnik w różnych sprawach od października. Ja – jako pełnomocnik – trzymam się litery prawa, bo jestem do tego zobowiązany, ale druga strona nie zawsze się go trzyma. I nie chodzi tylko o służby, ale też na przykład o istnienie strefy stanu wyjątkowego, której czas obowiązywania przedłużono w sposób niezgodny z normami konstytucyjnymi − podkreśla Kula.

Widzimy, jak kolejne granice są przez służby przekraczane. Parę tygodni temu zatrzymano i skuto fotoreporterów, potem WOT usiłował tłumacza i aktywistę Jakuba Sypiańskiego wyszarpać z samochodu, podobne doświadczenie mieli wolontariusze Fundacji Ocalenie, teraz doszło do najazdu kilkudziesięciu policjantów na punkt udzielający pomocy humanitarnej.

Co robią wolontariusze w lesie?

Według rządu wolontariusze w lesie przeszkadzają. Wszystkim wystarczająco dobrze zajmują się służby: ratują migrantów z bagien, bronią granicy, odpędzają terrorystów, ale też testują nowe gadżety, jak plecakowe rozpylacze gazu, ukrywają w krzakach rosomaki, nawigują drony, w ogóle mają taki trochę poligon. Rzeczywiście bez sensu, żeby jacyś wolontariusze, medycy albo dziennikarze się tam pałętali.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Poza tym działają wszak państwowe służby ratownicze, które, jak to przypomniał sekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia Waldemar Kraska, działają tak samo jak na pozostałym obszarze. Dyspozytor dostaje zgłoszenie, powiadamia odpowiednie służby i wszystko gra. Strefą nadgraniczną − mówił minister w czasie posiedzenia komisji zdrowia 16 grudnia − zajmuje się 17 zespołów ratownictwa w 11 punktach. A od 1 sierpnia do 9 grudnia podjęto działania 174 razy, jadąc do osób z Iraku, Syrii, Jemenu, Iranu, udzielając pomocy 191 obcokrajowcom. Koszty leczenia cudzoziemców, jak podkreślił minister, ponosi SG i MSW, zgodnie z ustawą o niesieniu pomocy cudzoziemcom.

Na szczęście na tym posiedzeniu byli, zaproszeni przez posłów Lewicy i KO, przedstawiciele i przedstawicielki organizacji pomocowych: Kaja Filaczyńska i Jakub Sieczka − Medycy na Granicy, Kalina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie i Hanna Machińska, zastępczyni RPO.

Kaja Filaczyńska skorygowała wypowiedź ministra, zauważając, że na pozostałym terenie kraju dyspozytor nie pyta o narodowość i status prawny osoby poszkodowanej. Podkreśliła, że stan zdrowia osób, które wymagają pomocy w podlaskich lasach, jest związany z warunkami, w jakich przebywają, z wychłodzeniem, brakiem wody pitnej, jedzenia. − Mieliśmy do czynienia ze stanami, o których czytaliśmy tylko w książkach. Stopa okopowa, czyli zmiany martwiczo-ropne stóp, jakie powstają na skutek wychłodzenia, urazów i wilgoci, była przypadłością żołnierzy przebywających w okopach − mówiła.

Podkreśliła, że tym chorobom łatwo zapobiegać, wystarczy zapewnić ciepłe miejsce, schronienie, pitną wodę, jedzenie, i że zapewnienie tak podstawowej opieki leży po stronie państwa polskiego. − Ekstremalną konsekwencją tego stanu jest fakt, że do osoby, której ciało ostatnio znaleziono koło Narewki, trzeba było wzywać straż pożarną, bo było tak przymarznięte do gruntu, że nie dało się go podnieść − alarmowała.

Ktoś wymyślił, że ceną za przekroczenie granicy może być śmierć z zimna i wycieńczenia

Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog i koordynator grupy, też podkreślił bezprawność robienia pełnego wywiadu na temat osoby poszkodowanej, przed skierowaniem do niej zespołu ratowniczego. Poinformował, że zespoły się ociągają, zasłaniają trudnym terenem, niepewną lokalizacją, specjalną procedurą, która sprawia, że karetka dojeżdża ze znacznym opóźnieniem. − Segreguje się ludzi na lepszych i gorszych, na Polaków i nie-Polaków − mówił Jakub Sieczko. I dodał: − Proszę sobie wyobrazić, jak to jest spotkać w środku lasu 16 dzieci, z których najmłodsze ma rok, i te dzieci błagają o wodę.

Sieczko zwrócił się do kolegów po fachu z partii rządzącej − Chciałem spytać pana doktora Piechę, który jest ginekologiem, co by radził w środku lasu kobiecie, która od dwóch tygodni krwawi z dróg rodnych? […] Pana doktora Hoca, doktor Płonkę i doktor Sójkę, internistów, jak w środku lasu leczyliby kwasicę metaboliczną z pH 6,9 i ciężką niewydolność nerek?

Kalina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie informowała komisję, że wypisywane są ze szpitala i zabierane przez służby osoby, które absolutnie nie powinny być pozbawiane opieki medycznej. − Był młody mężczyzna w ciężkiej hipotermii, który musiał być wyniesiony na noszach z lasu, ponieważ ani karetka nie mogła do niego dojechać, ani on nie mógł do niej dojść. I w ciągu kilkunastu godzin został przez straż graniczną zabrany ze szpitala i odstawiony na linię graniczną, czyli wypchnięty z Polski. I chciałabym, żebyście państwo wiedzieli, że to wyglądało tak, że przedstawiciele polskich służb ciągnęli tego człowieka za ręce po ziemi − opowiadała.

Mówiła też, że ze skali przemocy, jaka jest stosowana przez reżim białoruski, rząd nasz doskonale zdaje sobie sprawę. − Znajdujemy osoby tak dotkliwie pobite, że nie mogą chodzić, pogryzione przez psy, pokaleczone przez drut kolczasty, na który są pędzone i przemocą wpychane, rażone prądem − mówiła, podkreślając, że przepychanie migrantów z powrotem na Białoruś jest świadomym narażaniem ich na utratę zdrowia, życia, nieludzkie traktowanie i tortury.

Na koniec Hanna Machińska zwróciła uwagę na to, że przemoc fizyczna, tułaczka, ukrywanie się, wywózki, wycieńczenie, zimno niszczą zdrowie fizyczne, ale są też przyczyną głębokich traum. Ofiary potrzebują pomocy psychiatrycznej, której jednak nie otrzymują.

Odniosła się też do informacji o napaści policji na punkt Klubu Inteligencji Katolickiej: − Niedopuszczalne są takie formy represji. RPO podejmuje tę sprawę z urzędu.

Solidarność

Sprzeciw wobec represjonowania aktywistów wyraziło już wielu polityków. Magdalena Biejat, Daria Gosek-Popiołek i Katarzyna Kretkowska mówiły w sejmie, że będą interweniować w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz w Komendzie Głównej Policji, bo podanie potrzebującym jedzenia, wody, leków, ciepłego ubrania jest zgodne z prawem. A osoby, które niosą pomoc humanitarną, mogą na nie liczyć.

To, że oburzenie wyrażają posłanki od miesięcy obecne na granicy i współpracujące z aktywistami, nie dziwi. Oburzenie wyraził też jednak na Twitterze Władysław Kosiniak-Kamysz, w krótkim wpisie dwa razy podkreślając, że nie chodzi o jakichś tam działaczy, ale o młodzież katolicką. Tak, napaść na katolicką organizację aktywistyczną w katolickim kraju obnaża całkowity cynizm władzy. Czy jednak uruchomi odruch solidarności w dość zachowawczych dotychczas środowiskach konserwatywno-katolickich? Czy wstawi się za katolicką młodzieżą Kościół katolicki, dotychczas dość spokojnie i bez wzruszenia przyglądający się kryzysowi humanitarnemu na granicy? Czy ruszą ławą konserwatywni wuje? Czy odkurzą Rodowody niepokornych Bohdana Cywińskiego? Czy tym nalotem udało się władzy nadepnąć na odcisk tym, którzy do tej pory woleli siedzieć cicho, nie wtrącać się w sprawy rządu, słuchać się księdza? Zobaczymy.

Stanowisko pozostałych organizacji aktywistycznych, tych, które wystawiają się na codzienne ryzyko, które z bliska oglądają wielkie zielone samochody pełne wojska, jest jasne.

„Jesteśmy oburzone, jesteśmy z Wami”, napisały aktywistki Fundacji Ocalenie.

 

Artur Kula z Grupy Granica deklarował: − W żaden sposób nie zmienia to pozycji Grupy Granica, która cały czas będzie nieść pomoc humanitarną. Nie będziemy dawać się zastraszać. To, co robimy, jest legalne. Niesienie pomocy humanitarnej osobom, które tego potrzebują, ofiarom kryzysu humanitarnego na pograniczu polsko-białoruskim jest legalne. Nieważne, co będą twierdzić funkcjonariusze, nieważne, czy będą podejrzewać KIK o przemyt ludzi, te działania są legalne.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.
Zamknij