Kraj

Medycy w momencie granicznym

Najchętniej opowiadają o tym, ile na granicy widzieli dobra. O samej sytuacji mówią z ociąganiem, bo trudno ją zrozumieć, wpisać to, co tam widzieli, w rzeczywistość Europy XXI wieku. Żeby usłyszeć dobitny przekaz o cierpieniu, hańbie i wstydzie, musiałam obejrzeć posiedzenie sejmowej Komisji Zdrowia z udziałem delegacji Medyków na Granicy.

Agata Bryk, pielęgniarka i ratowniczka medyczna z Warszawy, zapytana o dobro, mówi o mieszkańcach strefy przygranicznej. To dzięki nim Medycy na Granicy stacjonowali w komfortowych warunkach – w udostępnionym im gospodarstwie agroturystycznym. To od lokalnej społeczności przychodziły zgłoszenia dotyczące osób potrzebujących pomocy w lesie, to z mieszkańcami udało się w ciągu kilku tygodni misji zbudować relacje, uzyskać ich zainteresowanie i wsparcie.

Mikołaj Łaski, strażak z Warszawy, nalega, żeby w spisie dobra, które dzieje się na granicy, umieścić Michałowo, szpital w Hajnówce i organizacje pomocowe. Michałowo za samorząd, który już na początku, gdy różne instytucje publiczne nabrały wody w usta, zadeklarował gotowość niesienia pomocy ofiarom kryzysu i jak zadeklarował, tak zrobił. Szpital w Hajnówce za otwartość na każdego pacjenta i czynne wspieranie medyków. Organizacje pomocowe za tytaniczną pracę, za zgłaszanie osób potrzebujących, za otaczanie ich opieką przed przyjazdem karetki, za bycie tam kosztem własnych spraw.

Myśmy nic takiego nie zrobili [reportaż z Michałowa]

Sonia Tencer, lekarka z Gdańska, dobro znalazła w uchodźcach. Przywołuje takie zgłoszenie: czteroosobowa grupa, w tym jedna osoba bardzo chora, wymiotuje, zatruła się czymś. Niewyraźna lokalizacja, długa droga, szukanie, które wydaje się coraz bardziej bezcelowe. W końcu są, jak w zgłoszeniu. Jest mężczyzna w złym stanie, a na nim kurtki wszystkich pozostałych. Jeden z mężczyzn mówi trochę po angielsku. Podaje imię chorego, ale zapytany przez ratowników o jego wiek, musi dopytać – nie wie tego, dopiero się poznali. Jest zimno, dla nich nienormalnie zimno, nie są rodziną ani przyjaciółmi, ale oddali choremu kurtki i zaryzykowali wszystko, zwrócili na siebie uwagę, bo zdecydowali się wezwać do niego pomoc.

– Tyle człowieczeństwa – mówi Tencer i zaraz dodaje, że przykro jej, że taka sytuacja była dla niej zaskoczeniem. – Bardzo smutne i bardzo wspaniałe. Każda dobra rzecz tam ma swoją smutną stronę.

Mikołaj Łaski: Najpierw jest myśl, że oczywiście trzeba pomóc

Osoby tworzące grupę Medycy na Granicy i zaangażowane w jej działania to osobna kategoria dobra. Agata Bryk i Mikołaj Łaski należą do grona organizatorów inicjatywy, Sonia Tencer jest osobą, która ich sobie wymarzyła. A było tak: gdy tylko dowiedziała się, że na granicy polsko-białoruskiej w potrzasku są 32 osoby, które potrzebują pomocy, pojechała do Usnarza Górnego.

Dwie policyjne suki, namioty i wojskowa ciężarówka, czyli jak sprawić, żeby uchodźcy zniknęli z naszych sumień

To było jeszcze przed wprowadzeniem stanu wyjątkowego, na samym początku kryzysu. Pomagała, jak mogła, ale nieraz myślała, o ile byłoby jej łatwiej, gdyby był z nią ktoś jeszcze, pielęgniarka, ratownik. Powstanie grupy Medycy na Granicy było odpowiedzią na jej potrzeby i wątpliwości, przyłączyła się bez wahania.

– Jak zgadaliśmy się z Kubą Sieczką, to poczułam, że moje błagalne myśli zrobiły coś niesamowitego, bo miesiąc później byłam otoczona nie tylko pielęgniarkami i ratownikami, ale najbardziej zaangażowanymi osobami, takimi z pasją, takimi, które chcą robić, chcą działać. I to było piękne w tej całej strasznej rzeczywistości – mówi Sonia Tencer.

Osobą, od której zaczęła się historia Medyków na Granicy, był Jakub Sieczko, specjalista anestezjologii i intensywnej terapii. Harcerz, co ważne, bo to harcerskie znajomości były pierwszymi, do których sięgnął, gdy od organizacji pomocowej dowiedział się o sytuacji na granicy. Jak wspominają Agata Bryk i Mikołaj Łaski: nikt z ich grupy nie miał wątpliwości, że trzeba pomóc.

Jak to zrobić? To pytanie przyszło później, a zaraz po nim odpowiedź. W odpowiedzi na apel Medyków o umożliwienie niesienia pomocy w strefie objętej stanem wyjątkowym zaczęli odzywać się znajomi, znaleźli się medycy i medyczki gotowi otwarcie powiedzieć: wspieramy, nasza karetka, nasz sprzęt będą pomagać.

Organizatorzy uruchomili zbiórkę na portalu pomagam.pl. Zakładali, że na leki, benzynę i na inne niezbędne im do pracy rzeczy potrzebują 130 tys. zł. Ponad cztery tysiące darczyńców przelało im łącznie 388 tys.

7 października zaopatrzeni w pełni wyposażoną karetkę i szybko zapełniający się grafik dyżurów zaczęli misję, która zakończyła się 15 listopada.

– Miałem przyjemność być na pierwszym dyżurze – mówi Mikołaj Łaski i nie jest to raczej przypadkowe sformułowanie. Świadomość osiągnięcia gotowości do skutecznego niesienia pomocy musiała być przyjemna dla organizatorów.

Agata Bryk: Nikt się nie spodziewał, że osoby udzielające pomocy może spotkać coś złego

Do pracy ruszyli ze sprzętem i z zasadami. Pierwsza: transparentność działań. Jak mówi Mikołaj Łaski, ważne było dla nich, by nie wejść w konflikt z prawem i służbami, żeby nie utrudnić sobie i innym niesienia pomocy, żeby nie zaszkodzić też sobie zawodowo.

Wyposażenie lekarskiej torby podczas interwencji na Podlasiu. Fot. Monika Bryk

Granice prawa były tu ciasne, wyznaczał je stan wyjątkowy wprowadzony na terenie przygranicznym. Medycy apelowali do ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego o umożliwienie im pracy w strefie.

Gdy spotkali się odmową, poprosili o mediację prymasa Polski Wojciecha Polaka. W liście do Medyków prymas udzielił poparcia dla ich działań i dążeń oraz przypominał o prawie każdego człowieka do uzyskania niezbędnej pomocy medycznej: „Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której chory i cierpiący byłby tego pozbawiony”.

To też nie pomogło. MSWiA utrzymywało, że straż graniczna niesie pomoc potrzebującym i nikt więcej nie jest tam potrzebny. Medycy na Granicy ponawiali prośbę wielokrotnie, ale do końca mogli działać tylko poza granicą strefy.

Obcy w naszym kraju. Gniew, żal i strach podlaskiego pogranicza

Druga zasada ich pracy: bezpieczeństwo medyków. Nie rozmawialibyśmy pewnie o niej, gdyby nie zniszczenie ich samochodów w nocy 14 listopada. Wtedy zapadła decyzja o odwołaniu ostatniego dyżuru.

– Skonsultowaliśmy się z osobami, które zajmują się bezpieczeństwem na co dzień. W bardzo miły, przyjazny sposób wyperswadowali pełnienie ostatniego dyżuru. To był ten moment, kiedy należało przerwać pracę, bo nie wiedzieliśmy, co będzie dalej, ale wiedzieliśmy, że agresja może eskalować – mówi Łaski.

Sonia Tencer tej nocy, kiedy doszło do ataku na samochody, miała dyżur w szpitalu w Malborku. Gdy usłyszała, co się stało, obdzwoniła kolegów, upewniła się, czy są bezpieczni. Rozkłada w myślach wszystko, co usłyszała o tej nocy, nie może uwierzyć w metody zastosowane przez wandali, w ich maczety i siekiery. Ulgę przynosi jej świadomość, że zespół po akcji był zmęczony, że nikogo nie obudziły hałasy, że nikt nie poszedł ich sprawdzić.

Agata Bryk: Nasze mózgi nie są w stanie tego ogarnąć

– To, co przeżyliśmy na granicy, stało się dla wielu z nas jednym z najważniejszych doświadczeń życiowych – mówi Jakub Sieczko, lider grupy, w filmie podsumowującym misję Medyków opublikowanym w połowie grudnia.

„To na długo ze mną zostanie” – takie zdanie pojawia się w każdej relacji i najczęściej odnosi się do sytuacji, które trudno zrozumieć, burzących znany porządek rzeczy.

Agata Bryk przywołuje myśl, która naszła ją podczas wędrówki przez las do osoby potrzebującej pomocy. To była jasna noc, nie potrzebowali latarek. Szukali miejsca, którego współrzędne dostali w zgłoszeniu. Było tak jak wiele razy w czasie harcerskich zabaw, gier terenowych. Jest cel do zrealizowania, gdzieś trzeba dotrzeć, wykonać tam zadanie. Tyle razy chodzili tak, nawet w tym samym gronie, jak to możliwe, że teraz sytuacja jest tak podobna, ale tak inna? Jak to możliwe, że celem tej misji jest znalezienie w lesie ludzi, udzielenie im pomocy, a potem zgaszenie latarek i odejście w noc? Co się stało, że do tego punktu dotarły ich harcerskie wyzwania?

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Mikołaj Łaski przywołuje inną scenkę: podlaska wieś, drogą nadjeżdża na rowerze starsza kobieta w chustce na głowie. Zatrzymuje się, opiera o rower, przygląda się kilku osobom w rażących czerwienią strojach, które zajmują się człowiekiem o czarnych oczach i śniadej skórze. Żaden element tej sceny do siebie nie pasuje, nikt poza staruszką nie jest tu na miejscu. O czym ta kobieta myśli, co czuje, czy coś jej się przypomina? – Nierealne zderzenie światów, magiczne – mówi Łaski.

Sonia Tencer: Robię, co mogę, daję wszystko, co mam, ale nie jestem odpowiedzialna za ten kryzys

Jest też jednak zderzenie z rzeczywistością. Świadomość, że pomagają osobom, które w każdej chwili mogą zostać wypchnięte poza granicę Polski, a nawet jeśli zostaną w kraju, to w lesie, na zimnie. Jak sobie z tym poradzić? I czy w ogóle się da?

Agata Bryk mówi, że najważniejsze to nie angażować się emocjonalnie i nie odnosić sytuacji pacjentów do swojego życia. Gdy przyjdzie pomagać w lesie dzieciom, nie dopuszczać myśli o własnych, czekających w domu.

– To mechanizm wypracowany przez lata pracy, bez tego nie mogłabym wykonywać tego zawodu. Mieliśmy w grupie taką obserwację, że umiemy sobie radzić lepiej niż osoby, które pierwszy raz w życiu niosą jakąś formę pomocy – mówi Bryk.

Pomaga ludziom od zawsze, robi to codziennie w pracy i często są to sytuacje trudne, ale potem trzeba zamknąć drzwi i iść do swoich spraw. Jednocześnie przyznaje, że ekipa z granicy cały czas stara się śledzić w miarę możliwości sytuację swoich pacjentów, podpytuje organizacje pomocowe. To nie jest w końcu zwykła praca.

– Rozmawialiśmy z ludźmi, którzy mówili, że są po polskiej stronie po raz czwarty czy dziesiąty, jedna grupa mówiła, że po raz siedemnasty. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem i czy to była prawda. To zmieniało wymiar naszej pomocy, staraliśmy się wyjść poza pomaganie „tu i teraz” – mówi Mikołaj Łaski.

To wyjście polegało na tym, że na ile to było możliwe i prawidłowe z perspektywy medycznej, medycy starali się zabezpieczać swoich pacjentów na zapas, choćby zapewnić antybiotyk na dłuższy czas. Łaski mówi też, jak ważne było dla niego skupienie się na kwestiach medycznych. Chodziło o to, by zrobić swoje i zapewnić, że medycy są blisko, jeśli zajdzie taka potrzeba, wrócą, pomogą znowu.

Dla Sonii Tencer wsparciem były słowa bardziej doświadczonego kolegi, który przekonywał, że w tych warunkach każda pomoc jest pomocą, czyli jest ważna i dobra. Taka mantra w głowie, koncentracja na czynnościach medycznych, dawanie z siebie wszystkiego – z dodatkiem towarzyszącej akcjom adrenaliny można było odgonić natrętne myśli. Mikołaj Łaski potwierdza: w czasie pracy jest się pochłoniętym pracą, ale jak jest spokojnie, wszystko wraca flashbackami, obrazami. Po czasie.

Medyków w czasie misji i później wspierały dwie psycholożki oraz terapeutyczna siła grupy. Na bieżąco przegadywali w bazie wszystko, co się działo, nawiązali relacje, które wciąż są wsparciem w oswajaniu doświadczeń z granicy.

– Nie da się powiedzieć, że wyszłam bez szwanku i powrót jest łatwy, ale dostałam wiele pomocy, żeby się nie zatracić – mówi Sonia Tencer.

Sonia Tencer: Jedyne, co mnie może powstrzymać przed wezwaniem karetki, to brak zgody pacjenta

Mikołaj Łaski wspomina swój pierwszy dyżur: zgłoszenie przyszło w środku nocy, grupa ludzi, wszyscy zmarznięci. Byli blisko drogi, zrobili coś, na co decydują się nieliczni: rozpalili mikroskopijne ognisko, narażając się na ujawnienie. Była tam kobieta karmiąca piersią około roczne dziecko i czterolatek, który próbował się ogrzać przy tym ognisku z czterech patyków. Łaski pamięta ich błyszczące w ciemnościach oczy i długą dyskusję medyków w sprawie jednej z osób: pacjent kwalifikował się do hospitalizacji, ale nie chciał iść do szpitala, nie chciał oddzielić się od grupy. Namawiać na szpital czy zostawić?

– Zostawiliśmy go, daliśmy mu oczywiście też kontakty, leki. Nasi pacjenci zostali w tym lesie. To będzie taki obraz, który na lata, może do końca ze mną będzie, to, jak może wyglądać ta praca medyczna – mówi Łaski.

Ktoś wymyślił, że ceną za przekroczenie granicy może być śmierć z zimna i wycieńczenia

Jeśli pacjent znajduje się w stanie zagrożenia zdrowia i życia, jeśli potrzebne jest mu więcej, niż medycy mogą zaoferować w środku lasu, lekarz proponuje hospitalizację. Od chorego jednak zależy, czy się na nią zgodzi.

– Jak pacjenci nie decydują się na hospitalizację, to jest trudno, ale nie oceniam tego. Mamy taki super przywilej, że możemy sobie pozwolić na całkowite niezrozumienie sytuacji, w której oni się znaleźli – mówi Sonia Tencer.

Za niezwykle istotne Tencer uważa danie pacjentom mocy sprawczej. To namiastka godności, która zawsze im się należy. Podobnie, z pełnym poszanowaniem czynników kulturowych i religijnych, medycy starali się postępować przy badaniach, szczególnie kobiet. Tyle mogli zrobić, jak mówi Tencer: zachować maksymalny szacunek i zapewnić im godność.

Mikołaj Łaski odbył cztery dyżury po 24 godziny. Dojeżdżał na nie w czasie przerw w pracy. Po zakończeniu misji Medyków na Granicy zajął się zamykaniem projektu razem z resztą sztabu i odpoczynkiem, ale zapisał się na dyżury z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej, które obecnie zapewnia pomoc medyczną przy granicy.

Agata Bryk była na granicy dwa razy. Pierwszy raz to były dwa dyżury, jeden 48-godzinny, drugi 24-godzinny. Zrobiła to w czasie wolnego tygodnia w swojej stałej pracy. Jej mąż też zaangażował się w działania Medyków, pod ich nieobecność dzieckiem opiekowali się dziadkowie.

Sonia Tencer była na czterech dyżurach, z czego dwa były 48-godzinne. Prosto z Podlasia wracała do szpitala w Malborku, w którym pracuje na oddziale covidowym. Po zniszczeniu samochodów medyków przez tydzień zastanawiała się, czy wrócić na granicę. Wróciła.

Jakub Sieczko: Łukaszenka nie jest wytłumaczeniem

Od 7 października do 15 listopada Medycy na Granicy, grupa ponad 40 osób z wykształceniem medycznym, udzielili pomocy medycznej 219 osobom – 141 dorosłym i 78 dzieciom. Do szpitala przewieźli 21 pacjentów w najcięższym stanie. Ich najmłodszy pacjent miał rok, pomagali również mężczyznom i kobietom w podeszłym wieku, kobietom w ciąży i po poronieniach.

16 grudnia przedstawiciele Medyków – Kaja Filaczyńska i Jakub Sieczko oraz Kalina Czwarnóg z Fundacji Ocalenie na zaproszenie Lewicy i Koalicji Obywatelskiej uczestniczyli w sejmowej komisji zdrowia. Nie mówili o tym, ile dobra widzieli na granicy. Wciąż ponaglani przez przewodniczącego komisji opowiedzieli o problemach.

O tym, że jedna trzecia znalezionych w lesie i zimnie pacjentów to były dzieci.

O tym, jak trudno było skutecznie wezwać karetkę i jak dyspozytorzy pogotowia łamali prawo, dopytując o narodowość i status prawny osób poszkodowanych.

O tym, jak pracując na granicy, zetknęli się z chorobami znanymi im wcześniej tylko z podręczników historii medycyny, jak stopa okopowa, czyli zmiany martwicze powstające na skutek wychłodzenia, urazów i wilgoci.

O tym, co się dzieje z ludźmi, którzy przez kilka lub kilkanaście dni nie mają dostępu do wody pitnej.

O tym, jak w pobliżu Narewki znaleziono osobę, której ciało przymarzło do gruntu, więc konieczne było wezwanie straży pożarnej.

Gdzie są dzieci spod Narewki?

czytaj także

O tym, że ich pacjenci w ciężkim stanie nie zgadzali się na przewiezienie do szpitala, bo bali się wypchnięcia do Białorusi.

O tym, jak młody mężczyzna w ciężkiej hipotermii i z urazem klatki piersiowej, który nie miał siły, żeby dojść do karetki, po kilkunastu godzinach w szpitalu został przez straż graniczną zaciągnięty po ziemi za ręce na granicę.

O tym, że migranci po stronie białoruskiej są dotkliwie bici, gryzieni przez psy, rażeni prądem.

Jakub Sieczko zwrócił się do posłów PiS – lekarzy: „Chciałem zapytać pana doktora Latosa, który jest radiologiem, jak ocenia pan czułość i swoistość badania USG wykonywanego w środku lasu? Chciałem spytać pana doktora Piechę, który jest ginekologiem, co by pan poradził w środku lasu kobiecie, która od dwóch tygodni krwawi z dróg rodnych? Jak ocenia pan to, że w szpitalu w Hajnówce zmarła 38-letnia kobieta w ciąży z powodu sepsy?”.

Do internistów z PiS: Czesława Hoca, Elżbiety Płonki i Katarzyny Sójki skierował pytanie o leczenie w środku lasu kwasicy metabolicznej i ciężkiej niewydolności nerek.

Wiceprzewodniczący komisji Czesław Hoc z PiS nie odpowiedział na zadane przez Sieczkę pytanie, tylko przypomniał, że Białoruś nie wpuściła bogatego konwoju z polską pomocą humanitarną.

Przedstawicielka departamentu zdrowia w MSWiA Agata Ziółkowska-Serzycka zapowiedziała, że resort odpowie pisemnie na pytania, które padały w trakcie posiedzenia.

Medyczny Zespół Ratunkowy PCPM, który kontynuuje misję Medyków na Granicy, 15 grudnia w raporcie z dyżuru zamieszczonym na profilu facebookowym poinformował, że niska temperatura, padający śnieg i deszcz są bezpośrednim zagrożeniem dla zdrowia i życia osób przebywających teraz w lesie.

**

Nina Olszewska – doktora nauk humanistycznych i geodetka, zawodowo związana z komunikacją i PR. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu. Publikowała na łamach m.in. „Dużego Formatu”, magazynu „Non/fiction” i Krytyki Politycznej. Autorka książki Pudło. Opowieści z polskich więzień.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij