Świat

Monbiot: Łosoś z malowniczej Szkocji, czyli jak konsumpcjonizm zabija wyobraźnię

Konsument ściga się z własną niepewnością, którą konsumpcjonizm wtłoczył mu do głowy. Celebryci zastąpili mu przyjaciół i sąsiadów. Nie ceni niczego, co nie ma ceny. Wielka machina rynku odziera nas z człowieczeństwa.

Najważniejszą siłą działającą w naszym życiu jest coś, o czym nieczęsto mówimy jako o sile. To konsumpcjonizm. A konsumpcjonizm to znaczy: dławienie naszej wyobraźni moralnej.

Idziemy na przykład do sklepu i widzimy w lodówce wędzonego łososia. Przypomina pomarańczową galaretkę, wygląda ładnie, wygląda smacznie, elegancko opakowany… Może ma mały nadruk szkockiej flagi, jakieś kilty i dudy. Produkt mówi: pochodzę z malowniczej Szkocji, gdzie wszystko jest zdrowe i piękne, a powietrze – czyste. Opowiada o sobie jakąś historię, ale ta historia nie ma właściwie żadnego związku z rzeczywistością.

Łososie, owszem, żyją w szkockich zatokach, ale w klatkach, w strasznych warunkach, są bestialsko traktowane. Dosłownie rozkładają się za życia. Żywcem pożerają je tak zwane wszy łososiowe, więc rybom podaje się paskudne przeciwpasożytnicze specyfiki. Karmi się je w zasadzie mączką rybną, czyli zmielonymi rybami złowionymi przez gigantyczne supertrawlery. Te statki chwytają w sieci całe ławice ryb, a przy okazji także delfiny polujące na te ryby. Po kursie każdego supertrawlera morze wyrzuca na plaże zwłoki delfinów. Foki, które często przypływają do hodowli łososia na żer, są zabijane, a ich osierocone szczenięta umierają z głodu. Cała ta seria straszliwych zjawisk zachodzi po to, by do waszego supermarketu trafiły pomarańczowe plasterki w kolorowym opakowaniu.

Menu przyszłości? Masowe wymieranie. Już podano do stołu

Tyle że zazwyczaj o tym nie myślimy, bo naszą wyobraźnię moralną zupełnie zagłuszyło wyrwanie towaru z całego jego kontekstu. Nie myślimy też o przyszłości: na przykład o tym, co stanie się z opakowaniem, gdy je wyrzucimy do śmieci. „Do śmieci”, czyli gdzie? Gdzieś na Ziemi. Coś trzeba z tym opakowaniem zrobić. Albo je spalić w spalarni, albo wywieźć na wysypisko. Nie myślimy o tym, jak to się odbije na przyszłych pokoleniach albo na ludziach, którzy mieszkają daleko od nas.

Dlatego w XXI wieku, w samym środku kryzysu środowiska, potrzebujemy nowego kompasu moralnego. A właśnie konsumpcjonizm, ta dominująca w naszym życiu siła, zamiast pomóc nam wykształcić nowe, pełniejsze poczucie moralności, usypia tę moralność, którą mamy. Zabija w nas wyobraźnię.

A w jaki sposób ta siła rzutuje na nasze życie? Dlaczego jest tak przemożna i tak powszechna? Jak to się stało, że tak skutecznie wyparła z naszych umysłów dotychczasowe treści i wprowadziła tam ten przedmiot, tę usługę, ten towar, który możemy kupić?

Stało się to w dużej mierze za sprawą celebrytów. Cała ta wielka machina ma twarz celebryty. Bo skoro firma to tylko osobowość prawna, za którą stoi inwestycja prywatnego funduszu kapitałowego, a ona z kolei jest niczym więcej niż szafką na dokumenty gdzieś w Panamie, to nikt się do tego nie przywiąże emocjonalnie. Nikt nie powie: ależ czuję lojalność wobec tej korporacji, ależbym chciała kupić więcej jej produktów!

Korporacja potrzebuje twarzy. A twarzą jest ta celebrytka, która używa produktów w reklamach, influencerka na YouTubie, Instagramie czy TikToku. Ta, która mówi: zobaczcie, jaki fajny produkt kupiłam, wam też się na pewno spodoba.

Zgoda, znamy to nie od dziś. Pamiętamy gwiazdy Hollywoodu w reklamach papierosów – coś podobnego dzieje się od dawna. Jednak teraz zjawisko to weszło na takie obroty, że właściwie nie możemy przed nim uciec. Niemal każdy aspekt naszego życia został przeliczony na pieniądze. Konsumpcjonizm wciąż tworzy też nowe potrzeby, nowe pragnienia, które wcześniej nie istniały. A kiedy zachcemy jakiejś rzeczy, nasze życie jest niepełne, dopóki jej nie dostaniemy.

Egoizm klimatyczny Polaków, czyli jak nas zmienia koronawirus

Smartfony mają dziś na przykład automatyczne tryby upiększające. Nawet jeśli nie uważamy się za osoby konwencjonalnie piękne, telefon dodadzą nam urody. Zarysuje kości policzkowe, wysmukli twarz… Spojrzymy na swoje zdjęcie w telefonie i powiemy: „Oto ja!”, a kiedy spojrzymy na siebie w lustro, powiemy: „Ale jestem paskudny!”. Nie jestem tym, z kim się utożsamiałem. Nie jestem tym czymś na zdjęciu.

Więc tracimy pewność siebie. Zaczynamy traktować się jak towar. Mówimy: „Muszę kupić te produkty, kupić makijaż, kupić botoks, kupić operację plastyczną” – by zmienić się w to coś, co pokazał nam telefon, bo to właśnie jesteśmy my. Porównujemy się wciąż do innych. Spójrz na tę celebrytkę, szczupłą, piękną, znacznie atrakcyjniejszą ode mnie. Ale przecież ona też mogła się upiększyć: cyfrowo albo operacyjnie.

Bierzemy udział w swoistym wyścigu zbrojeń, wyścigu z własną niepewnością, którą konsumpcjonizm wtłoczył wam do głowy. Tak też zabija się naszą wyobraźnię moralną. Tak my, ludzie, zamieniamy się w przedmioty wyrwane z kontekstu. Odseparowani od przeszłości, od przyszłości i od świata wokół nas. Stajemy się obiektem konsumpcji, przedmiotem kupna i sprzedaży. Handlują nami korporacje. Sprzedają różne rzeczy, żebyśmy wyglądali jak to coś, co widzimy na telefonie, cyfrowo poprawione przez filtry.

Po co nam miłość, kiedy mamy lajki?

Mówi się nam, że dzięki konsumpcjonizmowi nasze życie jest lepsze, a my coraz bogatsi. Ale tak naprawdę zakłóca on nasz wewnętrzny spokój, podkopuje poczucie własnej wartości, niszczy poczucie bezpieczeństwa.

Psychologia przeprowadziła na ten temat mnóstwo badań. Wiemy z nich, że im silniej ludzie angażują się w kulturę celebrycką – czytają kolorowe czasopisma i śledzą plotki o gwiazdach – tym słabsze mają więzi z własnymi sąsiadami. Celebrytka i celebryta zastąpili im przyjaciółkę i sąsiada. Można powiedzieć, że fałszywy bliźni wyparł prawdziwego. Takie osoby mniej interesują się polityką, rzadziej głosują, rzadziej protestują.

Kultura celebrycka wypiera to, co jeszcze nam zostało z moralności. Sprawia, że konsumpcjonizm staje się bronią. Nawet bunt podlega utowarowieniu. Nawet ludzie, którzy zostali bohaterami politycznego oporu, są zawłaszczani przez korporacje i sprzedają nam ten bunt. Opór staje się przedmiotem konsumpcji. Relacja konsumpcyjna spłyca wszystko – aż do utraty wszelkiego znaczenia.

Monbiot: Oto sposób, by się wyżywić bez zabijania planety

Konsumpcja niszczy nasze związki, bo jeśli siebie samych traktujemy jako towar, to innych też. Zaczynamy myśleć w kategoriach: co ta osoba może dla mnie zrobić, a nie: jak to jest z nią być. Przeliczamy związki na pieniądze. Nawet związki ze światem przyrody: stąd cała idea „kapitału naturalnego” i przekonywanie nas, że nie cenimy niczego, co nie ma ceny. Cenę ma mieć pierwiosnek, cenę ma mieć słoń – w przeciwnym razie nie są nic warte i nie będziemy brać ich pod uwagę.

Wszystko staje się konsumowalne, bo konsumpcjonizm napędzany żądaniami kapitalizmu obejmuje każdy aspekt życia naszego i wszystkich wokół nas. Tępi w nas człowieczeństwo, odbiera nam miejsce w społeczeństwie, miejsce w teraźniejszości, przeszłości i przyszłości. Izoluje nas, odsuwa, uprzedmiotawia, niszczy umysły.

Pandemia na pewno wielu z nas nauczyła, że nie wystarczą nam związki wirtualne. Nie wystarczy istnienie wyłącznie w roli konsumenta. Rozpaczliwie potrzebujemy odzyskania kontaktu z innymi. Potrzebujemy styczności ze światem fizycznym, ze światem przyrody. Ludzie silnie tego pragną.

Może więc nadeszła dobra pora, by przyjrzeć się temu, kim jesteśmy i gdzie się znajdujemy. By przewartościować nasze relacje ze sobą nawzajem i z resztą żyjącego świata. By obalić konsumpcjonizm, odzyskać więzi i na nowo rozniecić moralną wyobraźnię.

**
George Monbiot jest dziennikarzem i działaczem ekologicznym. Publikuje w „Guardianie”. Jego najnowsza książka nosi tytuł Out of the Wreckage.

Wideofelieton opublikowany na kanale Double Down News na platformie YouTube. Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij