Gospodarka, Świat

Instagramerzy obalają mit pracowitości

Fot. Instagram/Edycja KP.

Celebryci portali społecznościowych za jedno zdjęcie potrafią zgarnąć kwartalną pensję pielęgniarki. W większości przypadków trudno w ogóle powiedzieć za co. Rozdawanie ludziom pieniędzy na lewo i prawo tylko za to, że są znani, kwitnie w najlepsze.


Jak wiadomo, nie można „dawać pieniędzy za nic”, bo to rozleniwia. Każdy liberał nam to powie. Dawanie pieniędzy za nic jest niemoralne, niszczy człowieka, robi z niego bezwolną kukłę uzależnioną od kroplówki państwa, zabija w nim chęć rozwoju, zamyka w klatce świadczeń socjalnych, wpędza w wyuczoną bezradność, degraduje pracowitość w społecznym odbiorze i tworzy fałszywe przekonanie, że można się utrzymywać, niespecjalnie się przy tym wysilając. Wystarczy tylko dobrze obracać się w skomplikowanym systemie świadczeń socjalnych i na czas składać odpowiednio wypełnione podania do MOPS-u.

Według tej optyki świadczenia na dzieci także są „za nic”, bo wychowanie dziecka to nie żadna praca, tylko łażenie z wózkiem po osiedlu, każdy to potrafi. Z nie do końca wyjaśnionych powodów ten pogląd nie dotyczy już spadków – spadkobiercy mogą dostawać po przodkach milionowe majątki i nic nikomu do tego. Najpewniej strasznie się natrudzili, żeby sprostać oczekiwaniom rodziców, bo nawet postulat wyższego opodatkowania tych, bądź co bądź, transferów pieniężnych i majątkowych, wzbudza falę oburzenia.

Raj dla spadkobierców

Mit pracowitości w późnym kapitalizmie trzyma się mocno, choć na każdym kroku znajdujemy dowody, które ten mit obalają. Wystarczy tylko się ustawić w strategicznym miejscu przepływu kapitału, żeby zgarniać absurdalne pieniądze za czynności wymagające minimalnego wkładu pracy, o ile nie żadnego. Miejsce to można zdobyć dzięki szczęściu, znajomościom lub dobrej prezencji. A także dzięki wcześniejszym sukcesom, od których można w nieskończoność odcinać kupony. Doskonałym przykładem jest branża influencerów, czyli celebrytów z portali społecznościowych, głównie z Instagrama.

85 tys. euro za post dla jednych…

Niemiecka gazeta „Bild” opublikowało listę zarobków najpopularniejszych sportowców na Instagramie. Cristiano Ronaldo w zeszłym roku zarobił na nim 47 mln euro, które zainkasował z tytułu opublikowania 43 sponsorowanych zdjęć. Wychodzi więc ponad milion euro za zdjęcie. To i tak o milion mniej niż rok wcześniej, gdy zarobił 48 mln, czyli, według portalu Bezprawnik, o 14 mln więcej, niż zarabia w klubie. Ronaldo jest więc już bardziej słupem reklamowym niż piłkarzem – choć tym też bez wątpienia jest świetnym. Na drugim miejscu znalazł się Lionel Messi, który z Instagrama wyciągnął 28 mln euro. Wysoko znalazł się też Brazylijczyk Neymar, który skasował za swoją działalność instagramową 7,5 mln euro.

W zestawieniu znalazło się także miejsce dla drugiego najsłynniejszego Polaka – po Janie Pawle II, rzecz jasna. Robert Lewandowski był jeszcze bardziej pracowity niż Ronaldo, gdyż opublikował aż 47 sponsorowanych zdjęć na Instagramie, niestety były one znacznie niżej wyceniane. Nasz rodak zarabia „zaledwie” 85 tys. euro za jedno zdjęcie, co dało mu roczny zarobek nieco poniżej 4 mln euro. Tak więc Lewandowski na Instagramie kasuje jakąś jedną piątą tego, co zarabia w klubie za granie w piłkę.

Piłka nożna to coś więcej niż rozrywka

…dla drugich praca ponad siły

Skąd się biorą te gigantyczne pieniądze na reklamy w sieciach społecznościowych u firm, które sponsorują piłkarzy? Między innymi z polityki, jaką one prowadzą. Na przykład główny sponsor Lewandowskiego, chiński gigant Huawei, znany jest ze swojej korporacyjnej kultury zwanej „kulturą wilka”. Pracownicy mają być jak wygłodniałe wilki, ciągle prąc do przodu, by osiągać założone cele. Według książki Huawei Story w początkach jej działalności „kultura wilka” polegała między innymi na tym, że pracownicy spali i jedli w miejscu pracy, żeby nie tracić czasu. W zakładzie po prostu utworzono kuchnię, a łóżka i materace ułożono wzdłuż ścian. Obecnie „kultura wilka” się nieco ucywilizowała i polega na wielogodzinnej pracy, daleko odbiegającej od ustawowych ośmiu godzin, oraz agresywnych strategiach inwestycyjnych, często na granicy prawa – pracownicy Huawei byli między innymi oskarżeni o przekupywanie urzędników w Afryce, by zdobyć kontrakty.

Bardziej opłaca się wynająć Polaka niż kupić robota [rozmowa]

Piłkarze zgarniają pieniądze najczęściej za kontrakty reklamowe z firmami odzieżowymi. Na przykład z Nike – kontrakt z tą firmą ma między innymi Ronaldo, a do niedawna również Neymar. Jak wiadomo, firmy odzieżowe nie do końca poważnie traktują interesy pracownicze. Przed ostatnimi mistrzostwami świata w piłce nożnej inicjatywa Clean Clothes Campaign (CCC) alarmowała, że Adidas i Nike wydają miliony na kontrakty reklamowe – sponsorują 22 z 32 biorących udział drużyn – ale utrzymują niskie pensje pracowniczek i pracowników. Według danych CCC (nie mylić z polską firmą obuwniczą) większość tej odzieży jest szyta w Indonezji za 82–200 euro miesięcznie. Gdyby obie firmy utrzymały wysokość kontraktów reklamowych na poziomie z 2012 roku, starczyłoby im na podniesienie pensji do wysokości tamtejszej płacy godziwej (wyliczonej na 363 euro). Stagnacja płac pracowników odzieżowych sprawia, że udział płac w kosztach produkcji spadł o 30 proc. w stosunku do 1990 roku.

Rozwiązanie zagadki jest więc proste. Pracownicy wytwarzający produkty Huawei, Nike i Adidasa pracują ponad siły, często za koszmarnie niskie stawki, żeby gwiazdy sportu mogły zgarnąć milionowe kwoty za publikowanie zdjęć na społecznościówkach. Mamy więc ewidentny rozjazd pracowitości i pieniędzy – ciężka praca jest w jednym miejscu, a pieniądze płyną w inne.

Znani z tego, że są znani

W przypadku gwiazd sportu można przynajmniej powiedzieć, że ich pensje za reklamy są związane z jakością ich gry w piłkę. Zapracowali sobie na rozpoznawalność wynikami na boisku i teraz dyskontują wcześniej włożony wkład. To dyskonto jest co prawda absurdalnie wysokie, no ale przynajmniej ma jakieś merytoryczne podstawy.

Wynagrodzenia gwiazd Instagrama bywają nie tak znowu dużo mniejsze od Lewandowskiego, choć trudno powiedzieć, z czego te gwiazdy właściwie są znane. W zeszłym roku „ekspert od e-commerce” Jacek Gadzinowski opublikował głośny post na LinkedIn, w którym przedstawił stawki dla najlepszych influencerów – tzn. takich mających ponad milion obserwujących na Instagramie. 10–20 tys. zł kasują za publikację zdjęcia zachęcającego do udziału w „imprezie najebkowej”, 30–60 tys. zł za film dedykowany marce z „lekkim lokowaniem produktu” dla znanego youtubera (tzn. 2–3 mln subskrypcji), 20–50 tys. zł za zdjęcie wraz z tagowaniem oraz konkursem u znanej instagramerki z branży modowej. 1,2–1,5 miliona złotych za roczny kontrakt na prowadzenie kanału przez znaną grupę influencerów.

Kim są te gwiazdy Instagrama? Osobom, które nie siedzą w temacie, te nazwiska niczego nie mówią. Jedną z nich jest np. Stuart Kluz-Burton, który tworzy kanał na YouTubie w języku polskim, między innymi przedstawiający jego przygody w grze Minecraft. Według Wikipedii znany jest też jako „Polski Pingwin”, a w 2017 roku użyczył głosu Smażonej Krewetce w filmie Emotki. Ma 2,2 mln followersów na Instagramie i 4,3 mln na YouTubie. Karol Wiśniewski, znany jako frizoluszek, ma 2,5 mln obserwujących na Instagramie i robi sobie w różnych miejscach zdjęcia, na których jest uśmiechnięty. Jest członkiem grupy Ekipa, która sprzedaje niezbyt ładne koszulki i inne gadżety z napisem – tak, tak – „ekipa”. Angelika Mucha ma 1,5 mln obserwujących na Instagramie i jest z zawodu influencerką. Na YouTubie nagrywa materiały lifestylowe i lubi Justina Biebera.

Płacenie absurdalnych kwot różnym dziwnym ludziom z Instagrama i Youtube’a podobno się opłaca. Specjaliści od internetowego marketingu mają na to dziesiątki dowodów w postaci wykresów i tabelek, które obrazują kliki i zasięgi. Możemy jednak przypuszczać, że gdyby firmy modowe płaciły nieco mniej na reklamę – w Polsce np. 1000 zł za post dla influencerki i 10 tys. zł dla gwiazdy sportu – to i tak znajdowałyby chętnych, a mogłyby nieco więcej płacić pracownikom. Tym bardziej że są dowody na to, że te absurdalne stawki nie są wcale efektywne – według jednego z badań w Wielkiej Brytanii i USA zaledwie 15 proc. respondentów stwierdziło, że rekomendacje influencerów mają wpływ na ich decyzje zakupowe.

„The Social Dilemma” − film o tym, jak media społecznościowe zjedzą nasze mózgi

Opodatkować!

Gdy wprowadzaliśmy różne ulgi podatkowe dla poszczególnych rodzajów działalności, tłumaczono to tym, że dzięki temu przedsiębiorcze jednostki rozwiną poszczególne branże gospodarki, będą budować roboty, taksówki powietrzne i wynajdą różne mikstury, które wydłużą życie do stu lat. No może nie aż tak, ale mniej więcej w tym duchu. Obecnie z ulg dla przedsiębiorców, takich jak podatek liniowy oraz ryczałtowe składki ZUS, korzystają właśnie takie przedsiębiorcze jednostki jak gwiazdy Instagrama. Jednym z podstawowych sposobów rozliczania dochodów z influencerki jest działalność gospodarcza, a przy takich stawkach lepiej przejść na liniówkę.

Ale to nie wszystko. Otóż dochody z influencerki można też opodatkować jako… najem. Tak, jako wynajem na swoim profilu przestrzeni dla reklamodawcy. Wtedy płaci się stawkę 8,5 proc. od przychodu. To rozwiązanie miało nam zapewnić dynamiczny rozwój rynku najmu mieszkań, który jednak jak był, tak jest w powijakach, ale za to influencerzy mogą taniej rozliczyć dochody ze swoich postów. Co prawda istnieje pewne ryzyko, że fiskus się przyczepi – jeśli influencer w sponsorowanych postach dodaje nieco za dużo od siebie – ale żeby tak się stało, trzeba mieć naprawdę pecha.

Exodus pielęgniarek gorszy od exodusu menadżerów

Najwyższy czas więc skończyć z opowiadaniem bajek o pracowitości, którą zabija progresywne opodatkowanie. Pielęgniarka i ratownik medyczny są ultra pracowici, tyrają jak woły w interesie społecznym, a zarabiają kwartalnie tyle co influencerka w jednym poście albo filmiku. Zarobki w późnym kapitalizmie zależą od przeróżnych czynników, takich jak szczęście, znajomości, atrakcyjny wygląd lub brak wstydu, który pozwala przemienić się w słup reklamowy lub robić z siebie durnia na YouTubie.

W takim układzie powszechny i silnie progresywny podatek od dochodów osobistych z górną stawką 50 proc. jest całkowicie uzasadniony. Co więcej, obowiązuje już w kilku krajach Europy – między innymi w Austrii, Holandii, Danii czy Szwecji. Jakoś nie zniechęcił on obywateli tych krajów do pracy, wręcz przeciwnie, należą one do państw o najwyższej aktywności zawodowej. Czas wprowadzić go w Polsce – nie dajmy się już zwodzić bajkom o pracowitości. Były one może miłe dla ucha w latach 90., gdy sami nie wiedzieliśmy, czym właściwie ta gospodarka rynkowa jest.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.