Kraj

Po co nam miłość, kiedy mamy lajki?

Jak wyglądają miłość i randki w XXI wieku? Postanowiłam to sprawdzić, przyglądając się zyskującym ostatnio na popularności telewizyjnym programom randkowym. Pisze Maja Staśko.

Polskie Warsaw Shore istnieje od 2013 roku. Od tego czasu format amerykańskiego programu miał już 14 sezonów. W pierwszych sezonach mężczyźni w programie prześcigali się, kto przerucha więcej „gąseczek”, które traktowali jak chodzące dziury do penetracji z makijażem. Pobijali rekordy przeruchanych dziewczyn, tworzyli tablice, na których zaznaczali każdy stosunek – dodatkowe punkty były za grubaski i kobiety spoza Polski. Za to dziewczyny uprawiające równie przygodny seks były porównywane do grypy – bo każdy je miał. Warsaw Shore od początku było prawdziwą kopalnią seksizmu.

Ekipa z Warszawy

Już od kilku sezonów faceci nie są jednak nastawieni na rosnące słupki liczby partnerek. Nie ma już tablic, bicia rekordów i nachalnego dążenia do zaliczania kobiet. I wiecie co? Program zrobił się strasznie nudny. Bo skoro nie można napastować, to co? Relacje damsko-męskie znikają.

Nachalność nas nie kręci

Ale są też nowe formaty. Uczestnicy programu Hotel Paradise to aspirujący influencerzy. Co tydzień na nowo wiążą się w pary, co decyduje o tym, z kim mają pokój i z kim śpią. Nie zawsze wybierają osobę, która im się podoba – czasem wybierają taką, dzięki której po prostu zostaną w programie i nie będą bez pary. Bo kto pozostaje bez pary – odpada.

W programie jest Łukasz. Łukasz jest dość przystojny i podobają mu się wszystkie dziewczyny. Sprawa wydaje się więc prosta. Tyle że Łukasz do każdej uczestniczki podchodzi i mówi: „kotku”, „maleńka”, „masz piękną figurkę”, „cudowne oczka” i nie czeka na zgodę, dotyka bez pytania. Obleśny typ. Pewnie dlatego w pierwszym rozdaniu żadna dziewczyna go nie wybiera. Łukasz dostaje szansę: ma zrobić im masaż. Jeśli im się spodoba, pójdą z nim na randkę. Ale to nie pomaga. Dziewczyny po kolei, wprost mówią, że za mocno, za gwałtownie, że to je boli. On jednak za każdym razem wykonuje identyczne ruchy – twierdząc, że zawsze działały. Nie reaguje na ich syki i jęki bólu.

I odpada jako pierwszy. Nachalność już na nas nie działa, sorry.

Wystarczy być pięknym i bogatym

Albo taki Love Island. Obserwujemy kilkunastu pięknych młodych ludzi, wszyscy są trenerami personalnymi albo 20-letnimi biznesmenami, wszyscy z widocznymi mięśniami (u mężczyzn bardziej, u kobiet mniej). Kobiety z pełnymi ustami, wyraźnymi kośćmi policzkowymi i masą makijażu, który nakładają cały poranek. Oczywiście, także łączą się w pary, a osoby bez par odpadają. Więc związek to raczej taki biznes, żeby dłużej zostać w programie i zdobyć więcej obserwujących na Instagramie. Taka jest formuła programu.

Seks, kłamstwa i Messenger – czego boją się ludzie młodsi ode mnie?

Najładniejsze dziewczyny mają największe powodzenie. Gdy wchodzi Magda – piękna brunetka, która wcześniej była w Top Model – kilkoro uczestników rezygnuje z dotychczasowych partnerek, mając nadzieję na relację z nią. Ale chłopaki się przy niej pocą, języki im się plączą i nagle z demonów seksu zmieniają się w dukających smarkaczy. W końcu Magda wybiera jednego z chłopaków, który zrywa dla niej z dotychczasową partnerką. I żyją długo i szczęśliwie.

Mężczyzna jako deska ratunkowa

I w Hotelu Paradise, i w Love Island piękne młode influencerki generalnie nie muszą się starać. Stają się aktywniejsze dopiero wtedy, kiedy grozi im odpadnięcie z programu – w jednym tygodniu grozi to dziewczynom, w drugim chłopakom. Wtedy zdesperowane dziewczyny przytulają się do facetów, którzy do tej pory byli im obojętni, całują się z nimi, mówią im słodkie słówka. Aż do kolejnego tygodnia, gdy sytuacja ulega odwróceniu i laski mogą znów olewać gościa, który pozwolił im przetrwać, ale totalnie im się nie podoba.

Prolegomena do Warsaw Shore

W Hotelu Paradise Łukasz wrócił pod koniec programu. Nie zmienił się jakoś bardzo. Ale kiedy kobietom groził wylot, pojawiły się dwie dziewczyny bez pary, zabiegając o jego względy. Dotyk, przytulenia, pocałunek… A gość skwapliwie to wykorzystywał i leciał na dwa fronty. Ale to nie tak, że Łukasz zrobił się nagle mniej obleśny. Po prostu nie miał pary, dzięki czemu mógł uratować jedną wolną kobietę. Dziewczyny bardzo nie chciały odpaść z programu.

W końcu Sonia, która dotarła z Łukaszem do finału, błagała, żeby program już się skończył, bo Łukasz był nie do zniesienia. Raj zmienił się w piekło, ale wciąż do wygrania było 100 000 zł. Ostatecznie ich nie wygrali.

Kobieta jak ląd do zdobycia (ale tylko ta ładna)

Tak wygląda randkowanie kobiet. Z kolei faceci stosują inne metody: umawiają się, kogo wyrzucić, tworzą fronty, analizują i wymyślają podstępy, knują i szczują na przeciwników. Totalnie ich nie interesuje, co myśli kobieta i kogo woli – liczy się dobry plan, taktyka, strategia. Relacja z kobietą jest tam zredukowana do minimum – i tak liczą się przepychanki panów.

#MeToo w telewizji śniadaniowej

Taki to flirt w XXI wieku. Flirt w czasach #MeToo. Mądrzy faceci nas nie podrywają. Mądrzy faceci stosują taktyki i sojusze z innymi facetami, a my jesteśmy jak ziemia, którą zdobywają na wojnie i sobie przekazują.

No chujowe to jest, nie będę udawać.

Model purytańsko-cyfrowy

Są też nowe amerykańskie programy randkowe, które dla odmiany promują seks z miłości jako lek na całe zło świata. Miłość jest ślepa to format, w którym uczestnicy siedzą sami w pomieszczeniu z fotelem i rozmawiają ze ścianą. Za ścianą jest ich randka, słyszą ją. W takich warunkach zakochują się, snują plany, a w końcu – oświadczają się. Przez ścianę. Dopiero po oświadczynach pierwszy raz widzą swojego narzeczonego – i od razu rozpoczynają z nim wspólne życie.

Demokratyczny savoir vivre a „Projekt Lady”

Jest jeszcze The Circle, program, w którym bohaterowie dostają własne mieszkanie i spędzają w nim samotnie cały program. Komunikują się wyłącznie za pomocą czatów i zdjęć profilowych. Nigdy się nie widzą, nie słyszą, nie spotykają. W ten sposób flirtują ze sobą i nawiązują kontakty. Wśród nich znajdują się „catfish” – czyli ludzie, którzy udają kogoś innego, by zdobyć sympatię większej liczby osób. I tak lesbijka udaje śliczną heteroseksualną dziewczynę, chłopak swoją piękną dziewczynę, a gruba kobieta – szczupłą. Wygrywa ten, kto jest najbardziej lubiany. Flirt w tym programie opiera się na emotikonach: bakłażan oznacza penisa, a morela – waginę. Flirt dopuszcza też kłamstwa – wszyscy zaznaczają, że nie mają partnera (choć wielu ma), by skusić innych graczy. Podryw to gra, która pozwala zdobyć sojusznika i dostać więcej punktów popularności.

W Ślubie od pierwszego wejrzenia – programie, który trafił także do Polski – bohaterowie nie wiedzą, z kim wezmą ślub. Są dobierani na podstawie analiz ekspertów. Poznają się w momencie zaślubin.

Z kolei w Too Hot To Handle uczestnicy nie mogą się całować, dotykać ani uprawiać seksu, dopóki twórcy programu im na to nie pozwolą. A pozwalają dopiero wtedy, kiedy zobaczą, że rozwija się między nimi bliskość i zaufanie.

W istocie wszystkie te amerykańskie programy wychodzą z bardzo konserwatywnego założenia: seks powinien się odbywać tylko z „miłości”, a do poznania człowieka wystarczy poznanie jego „duszy”.

Kłopotliwe w tych programach jest ciało, jakby było jakąś przeszkodą, nieczystą i grzeszną. Ale dostajemy i na to rozwiązanie – cyfryzację. Nasze relacje poddane zostają algorytmom programów i specjalistów. Chemia, relacja, flirt – to wszystko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. W tej fabryce wyrobów związkowych pary zostają związane wystawną kokardą z napisem „just married” i koniecznie z reklamą sponsora tego związku.

Ale jasne, to feministki zniszczyły randkowanie w XXI wieku, a nie wielkie cyfrowe korporacje i zaciekły kapitalizm, prawda?

Gwałt za kasę

Na Netflixie absolutnym hitem okazał się film 365 dni na podstawie równie bestsellerowej powieści Blanki Lipińskiej. W jednej z pierwszych scen, na pokładzie prywatnego samolotu bogaty i przystojny mężczyzna zaciąga do skrytki swoją pracownicę, stewardesę, i przymusza ją do seksu oralnego. Po wszystkim ona odchodzi zachwycona. Morał? Gwałt, którego dopuszcza się bogaty i przystojny facet, to nic innego, tylko zajebisty seks. Wszystkie o nim marzymy.

Jak w 365 dni spieprzyć całą pracę na rzecz ofiar gwałtu? Poradnik Blanki Lipińskiej

Co zatem robią panowie? Panowie chcą zarabiać mnóstwo kasy, chodzą na siłownie i próbują być jak Massimo. Wierzą, że wtedy im się uda. Że nagle ich nachalność zmieni się magicznie w udany podryw. Że wtedy „nie” kobiety zmieni się w „tak”, jak woda w wino. Że przymuszenie jej będzie wyrazem superseksownej dominacji, a nie gwałtu.

Co na to prawo? Gdy stać cię na dobrego prawnika, nie pójdziesz siedzieć za gwałt. Sąd uzna, że „nie musiałeś gwałcić” – bo przecież mogłeś mieć każdą. Okazuje się, że jeśli cię na to stać, możesz gwałcić do woli.

Ważne, ile masz kasy. Jak masz jej dużo, gwałt okaże się dobrym seksem. Jak mało albo jesteś czarny, możesz uprawiać najbardziej konsensualny na świecie seks i traktować partnerkę z szacunkiem, a i tak zostać skazanym za gwałt, jak Tomasz Komeda albo czarne nastolatki w historii przedstawionej w serialu Jak nas widzą.

Najseksowniejsza w łóżku jest zgoda

 

Bo podryw – jak wszystko tutaj – to też kwestia klasowa. Nie liczy się relacja, chemia, nic – liczy się kasa. Ile jej mamy w ustach, nosie, makijażu, diecie, zegarku, samochodzie czy jachcie.

Zgoda tu w ogóle nie istnieje. Jest niewidoczna.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Maja Staśko
Krytyczka literacka
Maja Staśko – krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje m.in. z „Ha!artem” i „Wakatem”.
Zamknij