Świat

Pokonanie Kurdów oznacza powrót terroryzmu ISIS

W ciągu ostatnich lat Turcja stała się głęboko antyamerykańska, bo Turcy mieli poczucie, że USA nie traktują ich z wystarczającym szacunkiem. Tymczasem Trump prezydentowi Turcji zazdrości, bo Erdoğan rządzi tak, jak Trump by chciał, ale wciąż nie może. Głupiego muru na granicy z Meksykiem nie może postawić, a ten wysyła żołnierzy, gdzie tylko chce – mówi Konstanty Gebert.

Michał Sutowski: Turcja zaatakowała autonomię kurdyjską w północnej Syrii, Kurdowie, opuszczeni przez sojuszników z USA, zwrócili się o pomoc do rządu Syrii. Ale opowiedzmy tę historię po kolei. Czy Turcy od dawna planowali inwazję na Rożawę? Czekali tylko na pozwolenie Amerykanów, a może wydarzyło się coś nowego, co skłoniło ich do ataku?

Konstanty Gebert: Plan operacji był przygotowany od dawna, co widać choćby po tym, że Turcy weszli do syryjskiego Kurdystanu natychmiast po ogłoszeniu przez Trumpa, że Amerykanie się wycofują. Zaatakowali, jeszcze zanim żołnierze USA zdążyli opuścić bazy, a obok jednej spadły nawet tureckie pociski artyleryjskie. O tempie ewakuacji najlepiej chyba świadczą amatorskie filmy wideo nakręcone przez wagnerowców – rosyjskich najemników – w bazie w Manbidżu. Amerykanie zostawili nie tylko lodówki pełne coca-coli, ale nawet rzeczy osobiste żołnierzy.

Konstanty Gebert
Konstanty Gebert – dziennikarz i felietonista, ekspert warszawskiego biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych. Fot. MSZ

Czyli zamiar nie był nowy?

Erdoğan o siłowym rozwiązaniu problemu kurdyjskiego mówił od lat. A konkretne plany inwazji w północnej Syrii istniały co najmniej od 1998 roku. Jej groźba odwiodła wtedy ojca dzisiejszego prezydenta Syrii, Hafiza al-Asada, od dalszego wspierania kurdyjskiej PKK [Partiya Karkerên Kurdistanê, Partia Pracujących Kurdystanu] przeciw Turcji.

Zrzucanie pocisków na głowę Amerykanom, choćby przypadkiem, to jednak ryzyko. Po co się tak spieszyli? Czemu nie dali Amerykanom czasu na wyjazd?

Ależ upokorzenie Amerykanów jest dla Erdoğana wartością samą w sobie. W ciągu ostatnich lat Turcja stała się głęboko antyamerykańska, bo Turcy mieli poczucie, że USA nie traktują ich z wystarczającym szacunkiem. Mogło to mieć podstawę w jakichś faktach, ale przede wszystkim wiąże się z istotną cechą tożsamości tureckiej, jaką jest zraniona duma imperialna.

„Nam się ten szacunek po prostu należy”?

My nie jesteśmy jakimś tam państewkiem Bliskiego Wschodu, jesteśmy mocarstwem i stosownie do tego powinniśmy być traktowani. A Amerykanie nie mają cierpliwości obsługiwać tego rodzaju potrzeb emocjonalnych upadłych imperiów, o czym boleśnie przekonali się kiedyś także i Brytyjczycy.

To czemu Trump przystał na wycofanie swoich sił? Nie dość, że porzucił Kurdów, to jeszcze dał się upokorzyć?

Po dokonaniu jednego zwrotu – decyzji o wyjściu z Syrii – wykonał zaraz piruet i nałożył sankcje na Turcję, ale żołnierzy nie przestał wycofywać. Nie ma zresztą wyjścia, bo jeśli tego nie zrobi, to Amerykanie zaczną tam ginąć. A dlaczego dał Turkom zielone światło – to wciąż wielka zagadka. Wiemy tylko, że zrobił to w poprzednią niedzielę, tuż po rozmowie z Erdoğanem. Ten go najwyraźniej przekonał, że Amerykanie mają się wynieść spod tureckiej granicy, a Turcy zrobią porządek z Kurdami…

Ale jak to: przekonał? Czym?

Trump na wyprowadzenie wojsk miał ochotę od dawna, już w grudniu zeszłego roku zapowiedział wycofanie ich z Syrii. Z tego powodu do dymisji podali się generał James Mattis, szef Departamentu Obrony, i Brett McGurk, specjalny wysłannik administracji prezydenckiej ds. walki z ISIS. Wówczas Trump trochę spuścił z tonu i wycofał tylko część wojsk – na północy kraju zostawił tyle, by służyły jako psychologiczna bariera przed turecką inwazją.

USA wbiły Kurdom nóż w plecy

„Psychologiczna bariera”, to znaczy że nie walczyli i nie ginęli, tylko tam po prostu byli. Nie było groźby ofiar…

Wspierali Kurdów w walce z ISIS, ale wobec Turków byli tylko żywą tarczą. I właśnie tę ostatnią zdecydował się z minuty na minutę wycofać. A jedyne, co mi przychodzi do głowy, jeśli chodzi o przyczyny, to że dla Trumpa był to wyraz psychologicznej solidarności z Erdoğanem. Podobnej do tej, jaką ma z Putinem czy Kim Dzong Unem, a więc przywódcami, którzy robią, co chcą. On prezydentowi Turcji zazdrości, bo Erdoğan rządzi tak, jak Trump by chciał, ale wciąż nie może. Głupiego muru na granicy z Meksykiem nie może postawić, a ten wysyła żołnierzy, gdzie tylko chce. To po co mu przeszkadzać, zwłaszcza że Amerykanom nie krzyżuje to żadnych planów?

Na pewno nie krzyżuje?

Trump uważa bliskowschodnie wojny, jak tweetuje, za „śmieszne” czy „durne”. Trochę jak Fryderyk Wielki mówił o Bałkanach, że nie ma tam niczego, co warte byłoby kości jednego dobrego pruskiego grenadiera. A od kiedy USA stały się energetycznie samowystarczalne, Trump myśli w ten sposób o Bliskim Wschodzie.

A nie było tam jakiegoś ukrytego dealu? Zielone światło do wyrżnięcia Kurdów w zamian za…

No właśnie, za co? Co niby Turcja może dać Amerykanom?

Rozluźnienie relacji z Rosją?

Właśnie widzimy ich zacieśnienie.

Przecież to rosyjskie samoloty miały niedawno przegonić Turków znad północnej Syrii.

Samoloty rosyjskie pojawiły się w bliskości maszyn tureckich, wcześniej w podobnej sytuacji były myśliwce amerykańskie – ale to mały kawałek nieba, przy tej gęstości lotów to właściwie cud, że oni się przypadkiem nie zaczęli zestrzeliwać. O niczym to nie świadczy – i niczego w kwestii rosyjskiej Erdoğan nie mógł Trumpowi obiecać, ponieważ on sam do Syrii może wejść tylko na warunkach rosyjskich. No chyba, że chce wojny z Rosją… Nie, nie widzę, żeby Turcja miała cokolwiek, co mogłaby dać Amerykanom.

Ustaliliśmy na początku, że rozwiązać „problem kurdyjski” siłą Erdoğan chciał od dawna, podobnie jak jego poprzednicy. Ale dlaczego w Rożawie? Czy rzeczywiście obawia się, że autonomia kurdyjska w Syrii chce połączyć się w jedno państwo z Kurdami na południowym wschodzie Turcji?

Inaczej niż w Iraku, Kurdowie syryjscy nie deklarują wcale celu niepodległości – i faktycznie chyba do niej nie dążą. Rożawa ukonstytuowała się jako kurdyjski, federalny region Syrii, a jej władze dokładały starań, żeby ludność arabska była w nim odpowiednio reprezentowana. Nie zerwały formalnie z Damaszkiem, a w czasie wojny domowej zajmowały stanowisko neutralne. W Al-Kamiszli, największym mieście regionu, nadal działa baza wojskowa reżimu Asada i działają instytucje syryjskiego państwa. Dlatego argumentu, że Rożawa chciała się połączyć z ziemiami zamieszkanymi przez Kurdów w Turcji, sensownie używać nie można.

A współpraca z PKK?

Erdoğan ma oczywiście rację − YPG [Yekîneyên Parastina Gel, Powszechne Jednostki Ochrony, milicja kurdyjska działająca na terenie Syrii] współpracowały wojskowo z PKK, co datuje się jeszcze na lata 90. Północna Syria stała się wtedy schronieniem dla bojowników PKK, tak jak dziś iracki Kurdystan. Do tego część kadr PKK w Turcji to z pochodzenia Kurdowie syryjscy, więc związki między tymi organizacjami rzeczywiście istnieją. Jednocześnie nie doszło do ani jednego ataku na Turcję z terenów kontrolowanych przez YPG, co przecież dałoby doskonały pretekst do inwazji. Nie można też powiedzieć, żeby Kurdowie syryjscy w widoczny sposób wspierali PKK latem 2015 roku, kiedy armia turecka niszczyła tę organizację jako siłę wojskową, równając przy okazji z ziemią kurdyjskie miasta w Turcji. Dlatego, krótko mówiąc, związki syryjskich Kurdów z PKK istnieją, ale związki te nie wystarczają, by uzasadnić inwazję.

To o co chodzi?

Turcy są przeświadczeni, że to ich Kurdowie przy pierwszej okazji zerwą z Turcją i będą dążyli do zjednoczenia ziem kurdyjskich. To działa na zasadzie samospełniającej się przepowiedni: im bardziej władze w Ankarze represjonują Kurdów, tym bardziej ci dochodzą do wniosku, że nie ma wyjścia, jak tylko wyrwać się spod tureckiego panowania, co w odpowiedzi nasila represje.

Erdoğan atakuje Rożawę. Europa jest bezradna

Jest jakieś wyjście z tego błędnego koła?

Jedynym realnie wyobrażalnym rozwiązaniem byłoby pokazanie, że w warunkach demokracji różnorodność etniczna nie musi oznaczać dyskryminacji. I ze wszystkich państw, gdzie Kurdowie żyją, to właśnie Turcja miała największą szansę, by tego dokonać – gdyby istotnie konsekwentnie do tego celu dążyła. I na końcu relacja mogłaby się odwrócić – to turecki Kurdystan stałby się atrakcyjny dla Kurdów syryjskich czy irackich.

Ale nie wyszło.

Turcja nie podjęła tego ryzyka. Pamiętam swoją rozmowę z generałem Hayri Kozakçıoğlu, który na początku lat 90. był gubernatorem Istambułu, a wcześniej dowódcą działań antyterrorystycznych w tureckim Kurdystanie. To były czasy, kiedy za mówienie po kurdyjsku na ulicy można było trafić do więzienia. Zapytałem wtedy swojego rozmówcę, co w tym złego, że Kurdowie mówią w swoim języku na ulicy, a on aż się żachnął: no wie pan co, od tego się zaczyna, a zaraz potem będą żądali programów kurdyjskich w telewizji!

Tragedia po prostu.

W Turcji panuje podejście rodem z przełomu wieków XIX i XX: dla wszystkich rządów tureckich, i kemalistowskich, i tych islamistycznych, samo istnienie tożsamości kurdyjskiej jest zagrożeniem.

To ma być kwestia krwi? Pochodzenia?

No właśnie nie, natomiast języka i tożsamości kulturowej już tak. W tym sensie jest to nacjonalizm inkluzywny, trochę jak na przykład w Serbii. Nienawidzi się tam Albańczyków, ale już ten Albańczyk, co staje się Serbem, zostaje uznany i przyjęty do wspólnoty. Kurdowie też osiągali najwyższe stanowiska w tureckim państwie…

Ale jako Turcy.

Tak, ponieważ w kemalistowskiej propagandzie nie było żadnych „Kurdów”, tylko „Turcy górscy”, i jak ktoś gotów był się uznać za tego Turka górskiego, to był nie tylko tolerowany, ale wręcz akceptowany i celebrowany jako dowód słuszności polityki narodowościowej państwa.

Rozumiem, że z obecnymi Kurdami taki numer nie przejdzie. I że z tego konfliktu na razie nie ma wyjścia. Ale zapytam w takim razie o bardziej doraźne skutki inwazji na Rożawę. Co się dzieje z dżihadystami z ISIS, którzy byli w kurdyjskich więzieniach? Podobno wielu z nich z tych więzień ucieka, a wręcz pojawiają się informacje, że Kurdowie mają ich sami wypuszczać, żeby wywrzeć nacisk na świat Zachodu…

Tak twierdzi Turcja, ale Kurdowie twierdzą, że to raczej Turcy ich uwalniają.

Turcy?

Tak, przy czym mówimy tu faktycznie o islamistach syryjskich – uzbrojonych, wyszkolonych i będących pod rozkazami Ankary. Bo w Syrii nie walczą tureccy żołnierze. Turcja dostarcza osłony lotniczej i artyleryjskiej, ale atakującą Kurdów piechotą są jej syryjscy najemnicy. Erdoğan po prostu nie może sobie pozwolić, żeby wyborcy wracali mu w trumnach…

Czyli dozbraja islamistów. A co z tymi z ISIS?

Po kolei. ISIS została pokonana terytorialnie. Spójrzmy jednak, co się dzieje się w Iraku. Kiedy po kontrofensywie peszmergów irackich przeciw ISIS Kurdowie w 2015 roku zajęli Kirkuk i kontrolowali ten kawałek północnego Iraku, Państwo Islamskie pozostawało sparaliżowane. Jednak po nieudanym referendum niepodległościowym z 2017 roku Kurdów przegoniły stamtąd irackie wojska rządowe. I wtedy ISIS wróciło.

I co się dzieje?

Dokonuje zamachów terrorystycznych, zastrasza lokalnych gubernatorów i wójtów, próbuje ściągać podatki…. Powód jest prosty: żołnierzami ISIS są lokalni sunnici, czyli ci sami, którzy służą także w oddziałach rządowej armii irackiej. Irackich żołnierzy łatwiej więc zastraszyć czy zwyczajnie przekonać, by spoglądali w drugą stronę i nie podjęli walki. W walce z Kurdami ISIS nie mogło na to liczyć.

A co się wydarzy teraz?

Pokonanie Kurdów i wejście wojsk syryjskich na terytoria, które dotąd kontrolowali, oznacza powrót terroryzmu ISIS. Wróćmy jednak do kwestii, kto teraz wypuszcza uwięzionych bojowników i ich rodziny. Bo przypomnijmy, że nie chodzi tylko o 12 tysięcy mężczyzn oskarżonych o współpracę z Państwem Islamskim – zapewne zasadnie, choć żadnych wyroków w tej sprawie nie było. Dochodzi jeszcze 70 tysięcy członków ich rodzin umieszczonych w tzw. obozach rodzinnych, które wiele się nie różnią od tych więziennych. Wśród tych wszystkich ludzi były setki obywateli europejskich oraz republik środkowoazjatyckich, których żaden kraj nie chciał przyjmować z powrotem. Kurdowie, przyjmując rolę strażników więziennych, rozwiązywali więc sporo problemów…

Ale to już przeszłość.

Tak, acz trudno mi sobie wyobrazić, że to Kurdowie wprost otworzyli im cele. Wiadomo, że gdziekolwiek bojownicy ISIS nie wylądują, to Kurdowie będą pierwsi na ich celowniku, a o broń w tym regionie nietrudno. Natomiast że wypuściła ich Turcja, czyli – powtórzmy – syryjscy najemnicy, to wydaje mi się całkowicie prawdopodobne. Zwłaszcza że oni wywodzą się często z Frontu al-Nusra, czyli islamistycznej organizacji sunnickiej. Odrębnej od ISIS, ale jednak też islamistycznej.

Gebert: W Syrii trwa pięć wojen naraz

Amerykanom nie przeszkadza, że ludzie ISIS, z którymi walczyli, właśnie wychodzą na wolność?

Amerykanie kilku najważniejszych więźniów ewakuowali, ale kilkudziesięciu tzw. wysokowartościowych, czyli pełniących wysokie funkcje w strukturach Państwa Islamskiego, zostało na miejscu. Trump zatweetował, że nie ma co się nimi martwić, bo oni i tak pojadą do Europy… Innymi słowy to, że ISIS może odzyskać kadry do prowadzenia zamachów w Europie, nie spędza Amerykanom snu z powiek.

A Turcji powinno?

ISIS to duże wyzwanie dla Erdoğana, ale Turcja jest z tą organizacją w związku, który można określić mianem Hassliebe: przez większą część syryjskiej wojny domowej Turcja nie tylko tolerowała przemyt broni i żołnierzy przez swoje terytorium do ISIS, ale nawet turecka broń jechała tam bezpośrednio. Przecież tego właśnie dotyczył głośny skandal z transportem rakiet do Syrii, odkrytych przez przypadek przez turecką żandarmerię – sprawę oczywiście zamieciono pod dywan. Z drugiej strony, kiedy Turcja przystąpiła do międzynarodowej koalicji anty-ISIS, ta odpowiedziała zamachami terrorystycznymi w Turcji.

Turcy zwalczali i dozbrajali ISIS jednocześnie?!

Ankara wykorzystała przystąpienie do koalicji raczej do atakowania celów kurdyjskich w Syrii niż samych islamistów. Dla organizacji, która bardzo ceni kwestie symboliczne – takie jak Państwo Islamskie – zapisanie się muzułmańskiej Turcji do obozu „krzyżowców” było jednak zdradą, którą zmazać trzeba było krwią. Zatem są między nimi i rachunki do wyrównania, i historia współpracy.

Ale jak to wygląda dziś? Jak się wypuszcza dżina z butelki, to on już nie jest pod kontrolą…

Struktury ISIS wciąż się nie odtworzyły, więc na razie nie ma z kim negocjować, ale Erdoğan może wierzyć, że jakaś współpraca z nimi będzie możliwa. Choćby na kanwie wspólnej wrogości do syryjskich Kurdów.

Gebert: Erdoğan szaleje, bo i jest szalony

Kurdowie w obliczu tureckiej inwazji zwrócili się o pomoc do rządu Baszara al-Asada. Jaką Damaszek odgrywa w tym wszystkim rolę?

Zacznijmy od tego, że rząd w Damaszku jest w dużym stopniu fikcją, kategoria „marionetkowego reżimu” jest tu wyjątkowo trafna. Asad odzyskał większość Syrii tylko dzięki rosyjskiemu lotnictwu i irańskiej piechocie zaciężnej. Do jakiego stopnia on nie jest panem we własnym domu, pokazuje słynna scena z Humajmim, czyli rosyjskiej bazy lotniczej w Syrii, gdzie Asad przybył, żeby powitać rosyjską delegację. Samolot wylądował, wysiadł z niego minister obrony narodowej Siergiej Szojgu, na co prezydent Syrii mówi: ach, to Szojgu, ja nie wiedziałem, kto przyleci…

Rosjanie nie poinformowali sojusznika, kogo będzie witał?

Tak, dostał polecenie z Moskwy, że ma się stawić i powitać delegację, tylko nie dali znać, kto przyjedzie. Krótko mówiąc, to nie rząd, tylko atrapa. Tak czy inaczej, prośba Kurdów o pomoc to dla nich wielki prezent. Reżimowa armia syryjska nie mogłaby zająć Kurdystanu bez walki, do której się zresztą nie paliła – bo neutralność z Kurdami dawała im wolną rękę do walki z realnym wrogiem, jakim była kiedyś różnorodna, a obecnie już głównie islamistyczna opozycja.

I co się teraz wydarzy?

Kiedy Kurdowie wpuścili na swoje terytorium syryjskie czołgi, dowódca YPG Mazloum Abdi skomentował to słowami, że kiedy ma do wyboru kompromis i ludobójstwo, wybiera to, co jest dobre dla jego narodu.

Niezależnie od tego, na jakich warunkach umowa z Asadem została zawarta, to służba bezpieczeństwa Al-Mukhabarat na pewno wróci do syryjskiego Kurdystanu, wrócą aresztowania, tortury i represje, ale to i tak lepsze od masowej czystki etnicznej, która czekała Kurdów, gdyby turecka ofensywa zakończyła się sukcesem.

Dość upiorna alternatywa. Skąd pewność, że ten wybór Kurdów był słuszny?

Kiedy Turcy zajęli Afrin rok temu, skończyło się to exodusem całej ludności i zasiedleniem Afrinu przez 300 tysięcy uchodźców arabskich z Syrii przebywających w Turcji. Niewątpliwie i teraz Erdoğan miał taki plan, żeby w pasie bezpieczeństwa 30 na 400 kilometrów, który zamierzał utworzyć w północnej Syrii, osiedlić około miliona arabskich uchodźców z Syrii. W ten sposób dokonałby czystki etnicznej i zasadniczej zmiany struktury demograficznej regionu.

Dwadzieścia dwa odłamki w ciele Omara Amira [fragment książki]

Dlaczego dla Kurdów oznaczałoby to „ludobójstwo”?

Bo dalej na południu jest pustynia. Ten pas przygraniczny, tych 30 kilometrów, to jedyne żyzne tereny w syryjskim Kurdystanie, więc Kurdowie nie bardzo mieli wyjście. Nie mogli, jak w Afrinie, po prostu uciec, bo rzeczona pustynia to ta sama Dajr az-Zaur, na której kończyły się marsze śmierci Ormian stulecie temu. Gdyby nie ta nieoczekiwana zmiana sojuszy, to Kurdowie mieliby do wyboru śmierć z pragnienia i głodu na pustyni albo z rąk tureckich wojsk. A właściwie – przypomnijmy – islamistycznych najemników, którzy Kurdów nienawidzą tak samo, jak nienawidzi ich ISIS.

Taka akcja przesiedlenia byłaby w ogóle wykonalna?

Dobrowolnie ci uchodźcy z Turcji by tam nie poszli, ale istnieją sposoby zmuszenia ich do tego. Już w tej chwili nie odnawia się zezwoleń na pobyt uchodźców w wielkich miastach, Istambule, Izmirze czy Ankarze, wyznacza się miejsca, gdzie mogą przebywać. Z reguły jest to turecki Kurdystan, blisko granicy z Syrią, dzięki czemu przy okazji zmienia się równowagę etniczną na niekorzyść Kurdów.

Erdoğan chce się pozbyć balastu?

Trzeba uczciwie powiedzieć, że kilkaset tysięcy uchodźców z Syrii dostało tureckie obywatelstwo – oprócz Turcji tylko dwa inne kraje, które mają masę uchodźców, tak chętnie przyznają im obywatelstwo: to Iran i Uganda. I za to Turcji akurat należą się słowa uznania, tzn. za wysiłek dopomożenia uciekinierom z wojny syryjskiej. My w Europie mówiliśmy o „tsunami uchodźców”, ale nas jest pół miliarda, a uchodźców dotarł milion. Tyle na pewno jesteśmy w stanie przyjąć i zintegrować, skoro Turków jest 80 milionów, a przyjęli 3,5 miliona…

Pieniążek: Syria nie ma wpływu na to, co dzieje się na jej terytorium

Ale skoro Erdoğan dawał uchodźcom obywatelstwo, to czemu teraz chce ich przesiedlać?

Bo nastąpiła turecka reakcja ksenofobiczna, którą władze próbują rozgrywać instrumentalnie. I jednocześnie trzeba powiedzieć, że Erdoğan traktuje uchodźców jako broń – kiedy Europa potępiła jego inwazję na Syrię, zagroził, że może wysłać do niej 3,5 mln ludzi. No i dlatego nie ma embarga na sprzedaż broni do Turcji – jest tylko dziwaczna formuła prawna, że państwa członkowskie zobowiązują się nie zawierać z Turcją nowych kontraktów.

Zaszkodzi to Turcji?

Może za pół roku, ale Erdoğan jest w pełni świadom, że jego groźba okazała się skuteczna. Rzecz w tym, że on sam stoi w obliczu podobnego wyzwania, bo jednocześnie swoją operację prowadzi armia Asada. W miarę jak reżimowa armia syryjska odbija tereny kontrolowane przez opozycję, to ludzie z nich uciekają. Trwa właśnie powolna, ale systematyczna operacja zaciskania pętli wokół prowincji Idlib, która na pewno będzie sukcesem Damaszku.

I czym to się skończy?

Setki tysięcy ludzi runą na północ, czyli właśnie w kierunku Turcji. Po to Erdoğan chciał mieć tę strefę bezpieczeństwa w syryjskim Kurdystanie, żeby napływ uchodźców można było zwekslować na te tereny, bez przepuszczania ich przez własną granicę.

Jak się do tego wszystkiego odnoszą pozostałe mocarstwa w regionie?

Iran zaoferował mediację, co nie jest zupełnie od rzeczy, bo Teheran ma znakomite stosunki i z rządem Syrii, i z Turcją, a ze wszystkich czterech państw, w których żyją Kurdowie – Iraku, Iranu, Syrii i Turcji – to właśnie Iran historycznie najmniej represyjny. Władza uznaje odrębność kulturalną Kurdów, pod warunkiem że nie nadają tej odrębności wymiaru politycznego. Partyzantka kurdyjska jest ostro tępiona przez władze, ale wobec pozostałych standardy postępowania są cywilizowane.

I coś wyjdzie z tych mediacji?

Teheran potępił turecką inwazję, ale oczywiście stosunki nie ulegną nadmiernemu ochłodzeniu. Za to Moskwa jest tu dużo lepszym mediatorem, bo to jedyne mocarstwo, które mogło wiarygodnie powiedzieć – ustami Aleksandra Ławrientiewa, wysłannika Putina do Syrii – że starcia syryjsko-tureckie byłyby „niedopuszczalne, więc do nich… nie dopuszczą”. Tylko Rosja ma takie zdolności egzekutywy w regionie, żeby to się naprawdę stało. Bo w żargonie innych państw słowo „niedopuszczalne” oznacza zazwyczaj, że „bardzo nam przykro, że tak się dzieje”. Iran na razie patrzy z dystansu.

W tej układance jest jeszcze Izrael.

Izrael z kolei jest przerażony, bo to, że Trump mógł zmienić sojusz po jednej rozmowie z Erdoğanem, oznacza, że żaden amerykański sojusznik nie może być bezpieczny. Przerażenie Izraela podziela Arabia Saudyjska, bo zanim prezydent USA wykonał swój manewr, postanowił nie odpowiedzieć na irański atak na saudyjską rafinerię, a wcześniej na zestrzelenie amerykańskiego drona. I Saudowie poczuli się bezbronni…

Przecież mają własną armię, potężną.

Choć po USA i Rosji najwięcej wydają na zbrojenia, to ich armia nie mogła pokonać powstańców Huti w Jemenie. Oni doskonale wiedzą, że w bezpośredniej konfrontacji z takim na przykład Iranem polegną.

Wydają te swoje miliardy na broń i nie potrafią się obronić?

Wojny w Syrii i Jemenie pokazały, że starć w tym regionie nie wygrywa się lotnictwem ani ostrzałem rakietowym czy artyleryjskim, tylko żołnierzami, którzy wchodzą na terytorium wroga i je kontrolują. A do tego muszą być zmotywowani. Tymczasem nie ma Saudyjczyków gotowych być żołnierzami ginącymi za dynastię Saudów. Wojska zaciężne z kolei są gotowe ginąć, bo to jest część kontraktu, ale nie pójdą walczyć w każdych okolicznościach.

Ta wojna Erdogana przyniesie Zachodowi nową falę islamskiego ekstremizmu

I co z tego przerażenia sojuszników USA ma wynikać?

Już zbliżyło obydwa kraje do siebie. Szef izraelskiego MSZ już trzy tygodnie temu mówił o perspektywie porozumienia i współpracy Izraela i państw Zatoki. Nie będzie ono zawierać wzajemnego uznania dyplomatycznego, bo dla państw arabskich, poza sąsiadami Izraela, nie jest to możliwe, dopóki nierozwiązana pozostaje kwestia palestyńska. Formalne zawiązanie współpracy wojskowej jest jednak do przyjęcia. Ale konsekwencje manewru Trumpa, czyli porzucenia Kurdów, idą dużo dalej. Nawet były ambasador Izraela w ONZ i niedawno jeszcze wielbiciel Trumpa powiedział, że Izrael nie może być pewny, że Amerykanie będą u jego boku w wypadku kryzysu…

A jak to się ma do nas?

„Niech Kurdów broni Rosja, Chiny albo Napoleon Bonaparte, jesteśmy na dystans 7 tysięcy mil”. Tego tweeta prezydenta Trumpa powinni sobie wydrukować i powiesić na ścianie ministrowie obrony i spraw zagranicznych wszystkich krajów sojuszniczych USA, z krajami NATO na czele.

Polskę też by porzucił „na wypadek kryzysu”?

W bardzo wiele miejsc nie trzeba w ogóle wysyłać czołgów. Po prostu w Tajpej czy w Rydze władze mogą usłyszeć od swych wielkich sąsiadów: zamiast przyjąć nasze rozsądne oczekiwania, wolicie polegać na amerykańskich gwarancjach? Życzymy powodzenia… Żaden kraj nie zaryzykuje swojego bezpieczeństwa, wiedząc, jak bardzo niepewny jest amerykański sojusznik.

Kurdowie są już dla Amerykanów straceni?

Prezenty, które tą decyzją otrzymali Władimir Putin i Erdoğan, są bezzwrotne, jeden dostał decydującą rolę w Syrii, drugi kawałek Syrii północnej. Jeżeli nawet Trump wykona kolejny piruet, na zasadzie, że może jakoś jednak tych Kurdów obronimy, to będzie już bez znaczenia.

Bo?

Bo wojska amerykańskie musiałyby tam wejść z powrotem, strzelając do Turków, co oznaczałoby wycofanie drugiej co do wielkości armii z Paktu Północnoatlantyckiego. Poza tym w bazie w İncirliku na południu Turcji jest składowanych 50 amerykańskich bomb atomowych typu B61, rozmieszczonych tam w czasie zimnej wojny. Strategicznie nie odgrywają one dziś wielkiej roli, ale przy zaostrzeniu relacji turecko-amerykańskich wyobrażalny jest scenariusz, że jakiś przyszły reżim w Ankarze może zechcieć je przejąć.

Amerykanie nie mogą ich wycofać?

To oznaczałoby przyznanie, że sojusz amerykańsko-turecki już nie istnieje. W tym sensie Amerykanie są dziś zakładnikami Turków. Ale – wracając do pytania o konsekwencje dla nas i reszty świata – nawet gdyby Trump się zdecydował, że jednak Kurdom pomoże, nawet gdyby podjął ryzyko konfrontacji z Syrią, Turcją i Rosją, to efektu, jakie jego słowa wywołały, nie da się już odwrócić. Sojusznicy już wiedzą, że gwarancje nie są bezwarunkowe. Być może zmiana prezydenta w 2020 roku może coś pomóc, jeśli uczyni on podstawą swej prezydentury odzyskanie wiarygodności. Być może to zło da się odrobić. A być może i to nic nie da.

**
Konstanty Gebert – dziennikarz i felietonista „Gazety Wyborczej”, założyciel polsko-żydowskiego miesięcznika „Midrasz”, ekspert warszawskiego biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych. Był akredytowany jako dziennikarz prasy niezależnej w czasie obrad Okrągłego Stołu, a w latach 1992–1993 towarzyszył Tadeuszowi Mazowieckiemu jako Specjalnemu Wysłannikowi ONZ w byłej Jugosławii w misjach do tego kraju. Używa pseudonimu Dawid Warszawski.

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.