Świat

Ruch rolników nazwał po imieniu grę, jaka toczy się w Indiach

Czy oddolne ruchy, zrodzone ze wspólnego życiowego doświadczenia ogromnej liczby ludzi, mogą zastąpić partie polityczne jako wehikuły polityki społecznej? I czy zdołają się przeciwstawić prawicowemu populizmowi, który osuwa się w faszyzm? Przykład masowego ruchu rolników w Indiach wskazuje, że to możliwe.

W Indiach szaleje monstrualna ideologia. Jej główni wykonawcy to potężny premier kraju Narendra Modi i jego prawa ręka, minister spraw wewnętrznych Amit Szah. Nie wszystko w tym ideologicznym monstrum wygląda znajomo, ale najbardziej przypomina ono faszyzm. Przesycone jest bowiem nienawiścią do mniejszości religijnych, zwłaszcza muzułmańskiej, a równocześnie wyjątkowo mocno sprzyja wielkiemu biznesowi, gotowemu w zamian je hojnie dokarmiać.

Potwór, o którym mowa, to dzieło pozbawionej bezpieczników hinduskiej demokracji większościowej, powstałe w toku kolejnych prób podważania świeckiej konstytucji Indii, prowadzonych wszelkimi dostępnymi środkami. Przyniosły one w efekcie puste formy prawne wypłukane z realnej treści, a opinii publicznej prezentowane jako ustawy niezbędne do obrony kraju przed niegodziwymi knowaniami terrorystów wewnętrznych i zewnętrznych, głównie muzułmanów.

Protest rolników w New Delhi. Fot. Aditya Srinivasan Singh/flickr.com

Ten patologicznie agresywny nacjonalizm dąży do uciszenia wszelkiej opozycji, stłamszenia głosów osobnych i zagłuszenia wszelkich różnic opinii w imię rzekomej obrony narodu. Propagowany jest za pomocą finansowanych przez rząd i biznes przekazów w mediach masowych, które już dawno temu zastąpiły rzeczywistość, a informację zmieniły w reklamę. Wszelkie doniesienia na temat bolączek ubogich i niepowodzeń polityk publicznych rządu są zaś traktowane jako działania potencjalnie wywrotowe.

Najciemniejsza dekada indyjskiej demokracji

Temu monstrum zadano niedawno poważny, choć wcale nie nagły cios. Siłę do jego wymierzenia zbierała z nadzwyczajną wprost stoicką odwagą i wytrwałością wielka rzesza indyjskich rolników. Początkowo gromadzili się i zamieszkiwali w prowizorycznych namiotach, traktorach i przyczepach na rogatkach indyjskiej stolicy, zimą, latem i w porze deszczowej, kiedy nie pozwalano im wjechać do miasta. Rząd najpierw próbował ich rozproszyć armatkami wodnymi i gazem łzawiącym, niczym tłum podczas zamieszek. Kiedy to nie pomogło, zatarasowano rolnikom największe wjazdy do Delhi. Oni sami wykazali się imponującą, spokojną odwagą i cierpliwością, stopniowo wznosząc tymczasowe miasteczka, i zwyczajnie czekali, aż zostaną wysłuchani.

Nie do przyjęcia były dla nich trzy ustawy rolne, które rząd przepchnął przez parlament bez jakiejkolwiek debaty. Ustawy te przygotowują demontaż obecnego systemu publicznego skupu zboża, uderzając w prawa obywatelskie. Tym samym czynią rolników praktycznie bezbronnymi w negocjacjach z wielkimi korporacjami i przekazują indyjski system bezpieczeństwa żywnościowego w ręce prywatnych korporacji. Skorzystać na zmianach miały dwie największe, znane z bliskich związków z premierem.

Rolnik ze stanu Orisa. Fot. GALVmed/flickr.com

Rząd próbował też udawać, że rozmawia z rolnikami – i przez 11 rund spotkań rozciągniętych na kilka miesięcy unikał wszelkiej dyskusji o tym, dlaczego w ogóle rolnicy domagają się uchylenia tych trzech ustaw. Pat się przeciągał, ale tymczasem rolnicy wypracowali nową strategię. Wcześniej władze otoczyły ich barykadami i oddziałami policji na granicach Delhi. Teraz przyszła kolej na rolników, którzy otaczali całe obszary w różnych punktach kraju. Coraz liczniejsze grupy ludzi z okolicznych wsi pokojowo przyłączały się do protestu.

Władze nieustannie oskarżały rolników o to, że są sikhijskimi separatystami, wrogami narodu i lewicowymi ekstremistami, naksalitami i maoistami. Jak zażartował jeden mój znajomy: Mao powiedział „okrążajcie miasta wsiami” – a rolnicy robią dokładnie to samo, choć nigdy o Mao nie słyszeli. To jakiś akt metafizycznej sprawiedliwości wobec premiera Modiego i jego szefa MSW Szaha, którzy absurdalnie zarzucają im właśnie maoizm. Rolnicy jednak organizowali to wszystko w zupełnym spokoju, bez śladu przemocy.

Milion rolników przeciw korponacjonalistom, czyli jak to robią w Indiach

Nikogo nie dziwiło, że w ruchu uczestniczyły całe rodziny chłopów z okolicznych wsi, zazwyczaj właścicieli gospodarstw. Pracowali w nich na zmianę. Kobiety przychodziły każdego wieczora po dniu pracy, a ich liczba pęczniała wraz z determinacją, często wręcz niewyobrażalną. Miały one o wiele większą moc wytrwania niż robotnicy dniówkowi na farmach i w fabrykach, czym stawiały na głowie teorię proletariatu jako awangardy. Stoicka wytrwałość protestów pogodzona z codzienną rutyną głęboko zaniepokoiła rząd, który przygotowany był jedynie na gwałtowne rozruchy.

Zbiory ziemniaków w stanie Uttar Pradeś. Fot. Adam CohnFollow/flickr.com

Na wielu z tych obszarów (zwłaszcza w sąsiadującej z Pendżabem Harianie) na wsi bardzo mocny jest patriarchat; wyższe kasty dominują w radach wiejskich (tak zwany kap panczajat) i rządzi tam koszmarny układ hierarchii kastowych i płciowych. Robotnicy rolni, głównie dalitowie, wspierali jednak ruch i przyłączali się bardzo licznie, gdy tylko zaczynali rozumieć, że na mocy wprowadzonych ustaw publiczny system dystrybucji zboża, na którym opiera się całe ich życie, już wkrótce zostanie zastąpiony prywatnym handlem nastawionym na zysk. Dziennikarze odwiedzający te tereny ze zdumieniem donosili, jak tradycyjne podziały klasowe przestają obowiązywać, a kobiety dołączają do protestu na masową skalę i obejmują role przywódcze. Istniejące podziały klasowe, kastowe, płciowe i religijne zostały jak nigdy przedtem wchłonięte w ten ruch o jednym celu: uchylić ustawy rolne i zapewnić ceny minimalne w handlu kilkoma podstawowymi towarami żywnościowymi.

Izolacja władz i rządzącej partii BJP stała się niemal zupełna, kiedy rolnicy zaczęli zwyczajnie bojkotować funkcjonariuszy BJP w swoich wsiach i otaczali miejsca publiczne, w których jej politycy zamierzali przemawiać. Ludowy gniew sparaliżował członków partii, którzy potrzebowali ochrony policji, by móc się w ogóle przemieszczać.

Na kilka miesięcy, nim zawiązał się ruch rolników, rządy reżimu Modiego-Szaha przyniosły inną, niezamierzoną konsekwencję: spontaniczną, wielotysięczną mobilizację kobiet muzułmańskich przeciw poprawce do Ustawy o obywatelstwie (CAA), która była jawnie wymierzona w mniejszości muzułmańskie. Masowe i spontaniczne uczestnictwo kobiet w ruchu okazało się najbardziej zaskakującą receptą na typowe dla premiera Modiego niespodziewane ogłaszanie decyzji politycznych.

Zazwyczaj takie nagłe blitzkriegi nie tylko uchodziły mu na sucho, lecz przynosiły nawet korzyści, bo zaskakiwały nieprzygotowaną opozycję. Wcześniejsze niespodzianki tego rodzaju były bardzo udane, jak choćby wtedy, gdy Modi ogłosił „demonetyzację”, albo nagły, niezwykle surowy lockdown bez przygotowania czy ostrzeżenia. Tuż przed wprowadzeniem ustaw rolnych rząd Modiego przeforsował w parlamencie ustawy antypracownicze właściwie bez przeszkód, gdyż w większości upartyjnione związki zawodowe okazały się niezdolne do stawienia skutecznego oporu. Tym razem to jednak Modi dał się zaskoczyć. Wstrząsnął nim niespodziewanie nabierający rozpędu masowy ruch oporu idący w poprzek kast, klas, płci i religii.

Fot. Ray Witlin/World Bank

Ruch stopniowo rozszerzał się na kolejne obszary, wraz z pojawianiem się nowych inicjatyw i liderów lokalnych. Przywódcy ci wyrastali oddolnie, nie kierowała nimi żadna partia polityczna. Przeciwnie: to siły politycznej opozycji poczuły się zmuszone poprzeć tak masowy ruch, kiedy już się odpowiednio rozwinął. A było to zgromadzenie aż 36 zrzeszeń rolników – o różnych poglądach i liczbie członków, stale dyskutujące i debatujące między sobą, ale stające za sobą murem, kiedy już jakąś decyzję podjęły. Choć pewnie nieświadomie, pokazywały one w ten sposób światu faktyczną treść, a nie tylko formę demokratycznego centralizmu w polityce. Ruch pozostawał otwarty i przejrzysty, pokojowo reagujący na wszelkie prowokacje, ale przede wszystkim niezwyciężony, gdyż wszyscy protestujący rolnicy w pełni się z nim utożsamiali. Ruch przekształcił narzucaną z góry partyjną dyscyplinę w dobrowolne uczestnictwo w ramach dyscypliny narzuconej sobie samym, w imię skutecznego, skoordynowanego działania.

Indie: Wirusa można zwalczyć, głodu nie

Ruch o tak historycznych wymiarach zawiązał się ponad rok temu, 26 listopada 2020 roku, a pierwsze strategiczne zwycięstwo odniósł 19 listopada 2021 roku. Wówczas to premier Indii wystąpił nagle w telewizji, by przyznać się do klęski – zapowiedzieć uchylenie trzech ustaw rolnych. Rząd nie wprowadził jednak minimalnej ceny skupu zboża ani nie wycofał policyjnych zarzutów wobec wielu protestujących rolników, a zatem ruch wciąż trwa.

Kilka lat wcześniejsza, zapowiedziana nagle w 2016 roku wymiana pieniędzy miała oficjalnie posłużyć ukróceniu „szarej strefy”. Było to na kilka miesięcy przed wyborami stanowymi w Uttar Pradeś i dało partii BJP niezwykłą wprost przewagę pod względem zasobów pieniężnych – oni mieli insajderskie informacje na ten temat, nieświadome zmian partie opozycyjne zostały zaś praktycznie unieruchomione (wycofano wtedy z obiegu 86 proc. starych banknotów – przyp. red.). Premier był wówczas u szczytu popularności i mógł sprzedać swój wizerunek rycerza na białym koniu, nieugiętego w walce z brudnymi pieniędzmi. I to pomimo że złożona przed wyborami obietnica przekazania na konto każdego obywatela 1,5 miliona rupii przez sprowadzenie do kraju nielegalnych środków deponowanych za granicą okazała się gruszkami na wierzbie. Ubodzy jednak znosili wszystkie trudności, wciąż wierząc w swego premiera, a partia BJP wygrywała stanowe wybory ogromną większością. Tak było jeszcze w roku 2017.

Rolnicy ze stanu Himaćal Pradeś. Fot. Mario Micklisch/flickr.com

Od tamtej pory premier utracił jednak wiele ze swego blasku. Jesteśmy u progu następnych wyborów w Uttar Pradeś, najludniejszym i najsilniej reprezentowanym stanie całego kraju. W międzyczasie BJP wyraźnie przegrała wybory stanowe w Bengalu Zachodnim na wschodzie oraz w Tamil Nadu na południu Indii. Areną starcia są teraz Indie Północne i Środkowe, a właśnie tam ruch rolników krystalizował się w wielu miejscach. Z kolei BJP buduje gigantyczną świątynię hinduskiego boga Ramy i ma nadzieję, że taki symbol Hindu Rasztra, czyli „naszego narodu hinduskiego”, zadziała skutecznie na tradycyjnie hinduistyczne serce kraju.

Czy w Indiach dojdzie do ludobójstwa? [rozmowa z Arundhati Roy]

Czy rolnicy mają coś do zaproponowania na przekór tej dzielącej ludzi ideologii religijnej BJP, zwłaszcza że wielu z nich to bardzo tradycjonalistyczni hinduiści? Wielu przyznawało, że w ostatnich wyborach głosowało na partię premiera dokładnie z tego powodu, dochodziło też do zamieszek między hindusami a muzułmanami. A jednak nad BJP zaczęły się zbierać czarne chmury właśnie wtedy, gdy do głosu doszli rolnicy i przekierowali uwagę opinii publicznej ze świątyni Ram i hindusko-muzułmańskich podziałów na ustawy rolne i ich znaczenie dla sojuszu biznesu i rządu.

Prace polowe w stanie Himaćal Pradeś. Fot. 2011CIAT/NeilPalmer/flickr.com

Niedługo po zawiązaniu się ruchu rolnicy precyzyjnie zidentyfikowali interesy dwóch największych korporacji, jakie stały za forsowaniem ustaw rolnych. Wygarnęli tę prawdę w oczy upasionym na korporacyjnych pieniądzach politykom, mediom, liberalizatorom rynku, a nawet wolnorynkowym ekonomistom wychowanym przez MFW i Bank Światowy, jacy towarzyszyli każdemu rządowi. Wskazali po nazwisku dwóch największych przemysłowców z Gudżaratu, bliskich przyjaciół i towarzyszy premiera, jako największych beneficjentów planowanych ustaw. Część dowodów widać było zresztą gołym okiem: choćby silosy do potencjalnego magazynowania zboża przez koncern Adani, ekspansja na rynek detaliczny żywności oraz przygotowania handlu online na wielką skalę przez Ambani.

Perspektywa rolników była tak przekonująca, ponieważ oparli ją na życiowym doświadczeniu. Nie bali się wypowiadać go wprost i bezpośrednio, inaczej niż w przypadku linii partyjnych narzucanych z góry.

Wielu obserwatorów skłania się do porównań tego pokojowego, niezwykle oryginalnego ideologicznie ruchu rolników z tradycją pokojowego protestu Gandhiego czy późniejszym ruchem antykorupcyjnym (choćby tym pod przywództwem Anny Hazarego). Niesłusznie jednak. Fakt, że ruch jest pokojowy, nie czyni go jeszcze gandyjskim. Gandhi zakładał bowiem powiernictwo: za dobrobyt kraju mieli odpowiadać przemysłowcy. Rolnicy tymczasem przyjęli stanowisko otwarcie wrogie wielkiemu biznesowi. Z kolei fakt, że wyprzedaż indyjskiego rolnictwa w imię zysku dwóch korporacji ma charakter jawnie korupcyjny, nie czyni tego ruchu częścią jakichś luźno zdefiniowanych kampanii antykorupcyjnych, skupionych jedynie na korupcji w sensie nielegalnego wzbogacania się przez jednostki. Przecież premier Modi po to właśnie chciał zmieniać prawo, żeby to wszystko stało się legalne!

Ruch ten jest wyjątkowy w swej uporczywości i wytrwałości, w swej zdolności wykuwania jedności w poprzek klas, kast, płci i wyznań, a także dzięki prostolinijnej ideologii trafiającej w sedno. A głosi ona, że demokracja przedstawicielska musi odpowiadać przed narodem cały czas – nieważne, jak wielkie było ostatnie zwycięstwo wyborcze rządzących. Prawdy takiego przesłania, jeśli jest ono podtrzymywane z wystarczającą odwagą i wytrwałością, nie da się pokonać, a stojącego za nią ruchu nie da się zwyciężyć.

Rolnicy w stanie Tamilnadu. Fot. Kannan Muthuraman/flickr.com

Przesłanie to otwiera też najważniejszą kwestię naszej czczącej demokrację epoki na całym świecie: czy mianowicie ruchy zrodzone ze wspólnego doświadczenia życiowego ogromnej liczby ludzi mogłyby zastąpić partie polityczne jako wehikuły skutecznej i żywotnej polityki transformacyjnej, z właściwą dla każdego z tych ruchów ideologią? Partie bowiem wielokrotnie nas zawodziły. Grają w konkurencyjną politykę wyborczą, do której niezbędny jest pieniądz; hołdowanie przesądom opinii publicznej to dla nich sprawa pierwszorzędna, a rzeczy nie można nazywać po imieniu ze względu na załatwiane przez politykę interesy korporacji. Wszystko to sprawiło, że obraz rzeczywistości robi się ważniejszy od niej samej, liczy się zdolność tworzenia iluzji, a właściwym celem tej wyborczej gry staje się hipnotyzowanie opinii publicznej i odrywanie choćby na chwilę od odpychającej rzeczywistości.

Kim jest człowiek, który podbił Kaszmir?

Spójność partii wymaga dyscypliny organizacyjnej narzucanej z góry w imię zwycięstwa wyborczego; kierownictwo na poziomie centralnym wyznacza linię, a zwolennicy za nią podążają. Banki głosów generowane dzięki manipulacji kwestiami religijnymi czy kastowymi w celu uzyskania większości to sedno demokratycznych wyborów, jakie znamy obecnie. Ruch rolników dowiódł, że wypaczenia te można w dużym stopniu skorygować; że właśnie taki ruch może je przezwyciężyć.

Rolnicy nie mówili nikomu, na jaką partię opozycyjną trzeba głosować. Sprzeciwiali się antyrolniczej polityce BJP, byli zniesmaczeni imperialną arogancją Modiego, odpychała ich polityka kreowania podziałów religijnych i wreszcie brak przyzwoitości w traktowaniu ich samych. Premier ani razu nie wyraził żalu z powodu śmierci ponad 700 rolników w miejscach protestu; milczał w kwestii podejrzeń o zaangażowanie syna jednego z ministrów w celowe zabójstwo czterech rolników przejechanych samochodem – chociaż sam minister wcześniej groził im przemocą na publicznym spotkaniu.

Ludzi zaproszono do tego, by myśleli i głosowali na podstawie wspólnego doświadczenia tej odpychającej, niedemokratycznej twarzy władzy, jaka odsłoniła się w czasie łamania ich oporu. Zaproszono ich, by osądzili politykę publiczną, która sprzyja jedynie korporacyjnym interesom. By uświadomili sobie antydemokratyczne i antykonstytucyjne zamiary rządu.

Trump, Modi, Bolsonaro: faszystowska polityka pandemiczna

czytaj także

Trump, Modi, Bolsonaro: faszystowska polityka pandemiczna

Federico Finchelstein, Jason Stanley

Co prawda, także już wcześniej oddolne ruchy wynosiły bądź odsuwały od władzy partie polityczne. Partia Aam Admi (AAP) w Delhi doszła do władzy niemal wyłącznie, opierając się na ruchu antykorupcyjnym pod przywództwem Anny Hazarego, który szczycił się tym, że nie miał żadnej ideologii. Od tamtej pory jego jedyną ideologią jest utrzymanie władzy za wszelką cenę. Niegdyś potężna CPM (Partia Komunistyczna – Marksiści), która szczyciła się marksistowską ideologią w Bengalu Zachodnim, była na tyle arogancka, by zignorować sprawy będące dla rolników kwestią życia i śmierci. Wówczas to społeczeństwo obywatelskie stanęło po stronie chłopów, a do władzy – skutecznie przechwyciwszy te nastroje opinii publicznej – doszedł Kongres Trinamul. W ostatnich wyborach niemal wymazał on z mapy politycznej  Bengalu Zachodniego CPM, jednocześnie miażdżąc BJP. Partia Kongresu już wcześniej zgromadziła spory kapitał, zdobywała poparcie społeczne i odsunęła BJP od władzy w wyborach ogólnokrajowych 2009 roku, kiedy to uchwaliła również „prawo do informacji” oraz ustawę o ogólnokrajowej gwarancji zatrudnienia w rolnictwie. Od tamtego czasu jednak coraz mocniej nas przekonywała, że wierzy w świecką demokrację liberalną, dopóki nie przeszkadza to dynastii rządzącej.

Orka w stanie Maharasztra. Fot. Michael Foley/flickr.com

BJP w swej arogancji wierzy, że sprytne wykorzystanie podziałów religijnych między hinduistami a muzułmanami zapewni jej zwycięstwo w wyborach, starając się jednocześnie ukryć najbardziej odstręczające aspekty problemów kastowych i patriarchatu. Ruch rolników pokazał jednak, że da się wyrosnąć ponad te podziały, i to bez z góry zaprogramowanej partyjnej linii.

Bezrobocie jest problemem wszechobecnym, ale staje się istotne jedynie w trakcie kampanii wyborczej. Żadna partia polityczna nigdy nawet nie próbowała opracować poważnego planu zaradzenia mu; podobnie z ubóstwem, niedożywieniem dzieci czy niszczeniem środowiska i pozbawianiem ludzi środków utrzymania w imię rozwoju i wzrostu gospodarczego. Wszystkie one stają się tematem jedynie na chwilę, nagłaśniane przed wyborami. Wszystkie partie sprzyjają tym zjawiskom, będąc u władzy, i krytykują je, gdy są w opozycji.

Macie dość polityki? O to chodziło

czytaj także

Ruch rolników wyraźnie nazwał po imieniu grę, jaka toczy się w Indiach. Chodzi w niej o przekazanie kontroli nad gospodarką kraju kilku dużym korporacjom oraz o ograniczenie żądań ubogich i nakłonienie ich do uległości rzucaną im od czasu do czasu jałmużną. Oczywiście, między partiami politycznymi są pewne różnice skali. Premier Modi przebił swoich poprzedników, praktykując tę ideologię najbardziej bezwzględnie i bezkompromisowo. Ruch rolników zdemaskował ten mechanizm i unaocznił go opinii publicznej.

Zbiory pomidorów w stanie Maharasztra. Fot. Michael Foley/flickr.com

Oczywiście, nie rozwiązał on wszystkich napięć, ale to dopiero początek. Dzięki mobilizacji indyjskich rolników zwykli ubodzy ludzie zaczęli ufać, że sprawy mogą się odmienić, jeśli i oni rozpoznają sytuację, zjednoczą się i wytrwają. I to właśnie jest tak przerażające dla całej klasy politycznej, bo powrót do dawnych układów nie będzie już po tym możliwy. Ruch rolników ustanowił ten nowy stan rzeczy i wyszedł poza polityczną retorykę dysfunkcyjnej demokracji.

**
Amit Bhaduri jest profesorem na Uniwersytecie im. Jawaharlala Nehru w Delhi. Doktorat uzyskał na Uniwersytecie Cambridge w 1967 roku. Wykładał na uczelniach w Meksyku, Austrii, Norwegii, Niemczech i we Włoszech. Jest autorem sześciu książek poświęconych ekonomii i polityce rozwoju. Ostatnia z nich nosi tytuł Development with Dignity (National Book Trust, 2006).

Z angielskiego przełożył Michał Sutowski.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij