Świat

Najciemniejsza dekada indyjskiej demokracji

Ktoś odwiedzający dziś Indie zobaczy kraj zamieszkany przez dwa wielkie plemiona: nacjonalistów i zdrajców. Ci pierwsi to stronnicy rządzącej partii. Do tych drugich należą krytycy rządu, intelektualiści, lewicowi liberałowie, demonstranci, rozpolitykowani studenci i mniejszości etniczne. Na wiecu wyborczym wielokrotnie padały nawoływania do wystrzelania tych ostatnich.

26 stycznia Indie obchodziły siedemdziesiątą pierwszą rocznicę uchwalenia swojej konstytucji. W tym roku zwyczajowe obchody Dnia Republiki zostały jednak zepchnięte na dalszy plan przez protesty. Dziesiątki tysięcy mieszkańców Indii, przekonanych, że rządząca partia niszczy konstytucyjne wartości, wyszły na ulice, domagając się zmiany.


Zaledwie kilka tygodni wcześniej rząd uchwalił ustawę w sprawie obywatelstwa, z daleka zalatującą religijną dyskryminacją muzułmanów i uważaną przez wiele osób za niezgodną z konstytucją. To właśnie ta ustawa wywołała falę protestów. Wielu z tych, którzy od kilku lat w milczeniu obserwowali antydemokratyczny zwrot dokonujący się w Indiach, teraz, w przededniu obchodów Dnia Republiki, w końcu wyraziło swoją opinię, zrywając zasłonę strachu i demonstrując w ponad stu miastach i mniejszych miejscowościach. Protestujący utworzyli długie na kilometry łańcuchy ludzi i siedzące zgromadzenia, recytowali preambułę konstytucji, a jej egzemplarz wysłali premierowi Narendrze Modiemu, z dopiskiem, aby odświeżył sobie pamięć, kiedy tylko „choć na chwilę oderwie się od dzielenia narodu”.

Wiele osób się obawia, że po uchwaleniu ustawy w sprawie obywatelstwa rząd planuje wprowadzenie ogólnokrajowego Narodowego Rejestru Obywateli (z ang. National Register of Citizens, NRC). Plan ten, który zakładałby wymóg legitymowania się dowodem osobistym, przekształciłby obywateli mniejszości w obcokrajowców, jako że musieliby posiadać dokumenty, których wielu mieszkańców Indii nigdy nie będzie w stanie przedstawić. Miliony osób nie znają roku swojego urodzenia, nie wspominając już o roku urodzenia rodziców. Rejestr obywateli nadałby drobnym urzędnikom ogromne uprawnienia, w sposób nieproporcjonalny uderzając w osoby ubogie, mniejszości, wewnętrznych migrantów i dalitów.

Indyjska prawica pozostaje u władzy

Środowiska studenckie przewodniczą ruchowi obrony konstytucji po tym, jak partie opozycyjne przegrały tę bitwę w parlamencie, w którym większość głosów ma hinduistyczna narodowościowa partia Modiego BJP (Bharatiya Janata Party). Obrońcy narażeni są na ataki nie tylko ze strony grup ultraprawicowych, ale także policji.

Na początku stycznia studenci z prestiżowego uniwersytetu im. Jawaharlala Nehru, którzy z racji tego, że stanowią ośrodek oporu, znaleźli się na celowniku rządu, zostali zaatakowani przez tłum zamaskowanych napastników uzbrojonych w kije i pręty. Policję oskarżono później o bezczynne przyglądanie się napaści, brutalne sceny z której, szeroko rozpowszechnianie przez WhatsApp, doprowadziły do ogólnokrajowego potępienia tych działań i nasilenia protestów. Aby ukrócić opór i swobodny przepływ myśli na uniwersytecie, rząd Modiego przedsięwziął bezprecedensowe kroki administracyjne, w tym wyznaczył nowego wicekanclerza, a partyjni działacze systematycznie prowadzili kampanię oczerniania uczelni. Policji, która otrzymała zapewnienia politycznego poparcia, uszły płazem bezprecedensowe akty przemocy wobec studentów. Na delhijskim uniwersytecie Jamia Millia policja wdarła się do biblioteki i siłą wyciągnęła z niej studentów, co było rzeczą niesłychaną – do takich incydentów nie dochodziło wcześniej nawet w czasach kolonialnych rządów Brytyjczyków.

Umięśniony hinduizm Modiego

Modi pojawił się na krajowej scenie politycznej po zdecydowanej wygranej w wyborach do indyjskiego parlamentu w 2014 roku. Wcześniej w rodzimym stanie Gudźarat zapracował sobie na reputację dynamicznego, populistycznego i silnego przywódcy. W 2002 roku, niedługo po tym, jak Modi objął stanowisko gubernatora, zginęło tam w zamieszkach ponad 1200 osób, głównie muzułmanów. Wielu ludzi winiło Modiego za brak reakcji, ale to wydarzenie jedynie podniosło jego notowania w oczach hinduistycznych nacjonalistów.

Modi obiecywał cud gospodarczy, i tym uwiódł wyborców, których wcześniej nie pociągał sektarianizm. Głosowali na niego, chociaż nie popierali polityki podziałów, polaryzacji religijnej i bigoterii. Gdy Modi zademonstrował sukces swojej recepty na wygrywanie wyborów, partia BJP stanęła w jego cieniu. Wielu wysoko postawionych przywódców partii rządzącej zostało zepchniętych na margines, a Modi tak umocnił swoją władzę, że jego kolejne decyzje prowadziły już do „transformacji” Indii w państwo hinduistyczne.

Modi. Jak szowinista został technokratą

czytaj także

Ustanowienie hinduistycznego narodu było marzeniem ideologicznych przodków Modiego. I przez wiele dziesięcioleci pozostawało tylko marzeniem, ponieważ idea świeckich Indii, obejmujących wszystkich mieszkańców, znalazła wśród ludności tego kraju zdecydowane poparcie. Od 2014 roku zarówno polityczne wystąpienia, jak i decyzje Modiego rozzuchwaliły jednak hinduistycznych nacjonalistów.

Mieszkańcom Indii nieobce są podziały i religijna wrogość, ale te uczucia były utrzymywane w ryzach przez dojrzałych politycznych przywódców, machinę administracyjną, która w większości oparła się dyskryminacji, oraz przez z zasady niezawisły i sprawiedliwy system sądownictwa. Nadejście populistycznego przywódcy zmieniło tę sytuację. Popierany przez twardogłowe hinduistyczne ugrupowanie nacjonalistów Rashtriya Swayamsevak Sangh, Modi wykorzystał tarcia na linii religii i kast i sprawił, że polaryzacja i marginalizacja muzułmanów stały się nową normą.

Wyborców pociągał silny przywódca sprzedający im marzenie o potężnych Indiach i umięśnionym hinduizmie. Lider, który popisuje się obwodem klatki piersiowej, opowiada o owianej chwałą hinduistycznej przeszłości Indii i obiecuje uczynić ich naród potężnym, robił wrażenie na tych, którzy szukali mesjasza. W międzyczasie działacze BJP podsycali antypatię wobec Pakistanu jako wroga zewnętrznego oraz „antynarodowych” Indusów – wroga wewnętrznego.

Przy pomocy organów państwa oraz wspieranych przez państwo samozwańczych grup dyscyplinujących rząd rozgrywa politykę zemsty i odwetu. Samozwańcy zastraszają ludność na ulicach i w mediach społecznościowych. Udało im się uciszyć ważne osobistości – od świata biznesu do uznanych sportowców – którzy wcześniej krytycznie odnosili się do rządu, a teraz boją się akcji odwetowych. Sporo niedających się zastraszyć działaczy stających w obronie praw człowieka zapłaciło wysoką cenę za swój opór.

Pokazy siły zawładnęły narodową psychiką. Współzawodnictwo polityczne stało się agresywne, a publiczne wypowiedzi – obraźliwe. Poplecznicy Modiego dali się poznać jako wyznawcy czuli na każdą krytykę pod adresem swojego przywódcy. W oczach wielu mieszkańców Indii każde posunięcie Modiego było dobre. Jeśli cierpieli na tym ludzie, tak jak w przypadku wycofania z obiegu części waluty, mówiono im, że to tylko mała ofiara złożona na ołtarzu narodu.

Zwykli obywatele, kiedy spotykała ich krzywda, w większości myśleli zatem, że lepiej będzie zacisnąć zęby i nie robić rwetesu, żeby nikt nie przypiął im łatki „antynarodowców”, co naraziłoby ich na szykany. Wiedzieli, że duża część ludności kraju, którą przekonał populizm Modiego i hinduistyczny nacjonalizm, rzeczywiście chce Indii, w których rządy większości zastąpią świeckość.

Republika strachu

Do tej pory ludzie nie wyrażali gniewu wobec rządu, pomimo pogorszenia sytuacji gospodarczej, nadużyć policji, ograniczenia swobód obywatelskich i swobody wypowiedzi, przejęcia mediów, pogłębiania podziałów religijnych oraz przemocy, jakiej dopuszczają się wspierane przez państwo samozwańcze grupy dyscyplinujące. Kiedy w ubiegłym roku jeden z indyjskich stanów – w większości muzułmański Kaszmir – został pozbawiony dotychczasowego, częściowo niezależnego statusu, przedłużające się odcięcie od świata tego terytorium, blokada komunikacyjna i aresztowanie politycznych przywódców sprawiły, że ludzie nie byli w stanie zaprotestować. Działacze na rzecz ochrony praw obywatelskich nazwali wtedy Kaszmir wielkim polowym więzieniem.

Kim jest człowiek, który podbił Kaszmir?

Niezależne instytucje zaczęły kruszeć pod nieustannym naciskiem rządu. Wysoko postawieni przedstawiciele opozycji dali się uwieść bądź zostali zaszantażowani, a rząd użył służb wywiadowczych, żeby znaleźć na nich haki. Nawet kiedy opozycja odnotowywała zwycięstwa nad partią premiera, powodem tych zwycięstw nie było publiczne potępienie linczów dokonywanych przez tłumy, okrucieństwa wobec mniejszości bądź pacyfikowania nastrojów, co tylko zachęciło BJP do jeszcze większego natężenia hinduistyczno-nacjonalistycznej kampanii.

W sztuce politycznych insynuacji Modi nie ma sobie równych w Indiach. Kiedy politycy stają się performerami, prawda przestaje mieć znaczenie. Odtąd liczy się jedynie to, jak sprawnie potrafi się przemycać określone treści. Premier elektryzuje rdzeń swojego elektoratu mistrzowskim puszczaniem do niego oka. Na jednym z wieców zażądał, aby dla hinduistycznych krematoriów przeznaczyć tyle samo ziemi co dla muzułmańskich cmentarzy, stwarzając wrażenie, że hinduiści byli do tej pory dyskryminowani. Mówił także, że demonstrujących przeciwko rządowi można rozpoznać po ubiorze, sugerując, że należą do konkretnej grupy religijnej. Premier lubi nosić rozmaite nakrycia głowy, ale odmawia założenia mycki, będącej oznaką szacunku na publicznej uroczystości zorganizowanej przez jedną z mniejszości. Rzecz jasna, nie można mu zarzucić otwartego podsycania wrogich nastrojów między społecznościami.

Ostatnie pięć lat zapamiętamy jako okres najbardziej wojowniczych manewrów politycznych. Władza miażdżyła opór w najokrutniejszy z możliwych sposobów, zresztą przy ochoczym współudziale instytucji państwowych. Zaczęto mówić o Republice Strachu. Samozwańcze grupy dyscyplinują obywateli, mówiąc im, co mają jeść i jak się ubierać.

Polityczni gracze zawłaszczyli hinduizm, z chwalebnej przeszłości tej tradycji czyniąc broń. W Indiach rośnie nietolerancja, życie społeczne jest coraz bardziej zatrute, a intelektualiści, osoby wyrażające sprzeciw, krytycy, niezależni dziennikarze i przeciwnicy partii rządzącej są atakowani. Długotrwała kampania przeciwko sekularyzmowi doprowadziła do tego, że wielu wyborców zaczęło postrzegać Narendrę Modiego jako „cesarza serc hinduistów”. Kłamliwa religijność i udawany nacjonalizm kroczą ręka w rękę. Hinduistom dano do zrozumienia, że mają prawo czuć się osaczeni, a każda wypowiedź muzułmańskiego ekstremisty była wykorzystywana, aby ostrzec ludzi przed narastającą „hindusofobią”.

Rozum, religia i przemoc

Przez te wszystkie lata nieubłaganie rosły wpływy hinduistycznej partii narodowościowej, która dąży do zmiany idei, na której opiera się indyjska konstytucja i która przyświecała bojownikom o niepodległość Indii. Populistyczny przywódca wraz ze wspierającą go armią wyszkolonych ochotników i cybernetycznych osiłków zamienili słowo „świecki” w obelgę i doprowadzili do podstawienia w masowej świadomości religijnego nacjonalizmu za obywatelski patriotyzm.

Spowalniający wzrost gospodarczy i rosnące bezrobocie sprawiły, że ostatnia dekada kończy się na grobową nutę. Pojawiły się pytania o bezstronność i zakres kompetencji organów administracyjnych, kwestionuje się mechanizmy stosowania prawa i porządku oraz obiektywizm niektórych organów wymiaru sprawiedliwości.

Antydemokratyczne działania rządu zniszczyły międzynarodową reputację Indii, które przestały być postrzegane jako modelowa demokracja. Kraj utracił w ten sposób swoją miękką siłę, jako że zagraniczne media opublikowały wystarczająco dużo materiałów, aby zniszczyć jego wizerunek. Ideowa bitwa z Pakistanem została przegrana. Te wydarzenia wpłynęły negatywnie na wizerunek samego premiera Modiego w liczących się krajach, które wcześniej przymykały oko na przemoc, do jakiej doszło w rządzonym przez niego Gudźaracie.

Indyjska prawica pozostaje u władzy

Nawet stosunki z najbardziej przyjacielsko nastawionym sąsiadem Indii, Bangladeszem, uległy pogorszeniu po wprowadzeniu przez Modiego ustawy o obywatelstwie. Ten kontrowersyjny akt prawny nastręczy trudności hinduistom z krajów ościennych, dając pożywkę ekstremistycznej propagandzie skierowanej przeciwko tym mniejszościom. To jednak nie wydaje się specjalnie obchodzić rządu Modiego.

Indyjski annus horribilis

Modi zapewnił już sobie poczesne miejsce w politycznej historii Indii. Gdy dzieje jego rządów zostaną spisane, miniona dekada będzie okryta złą sławą, jako okres, w którym kraj zszedł na złą drogę.

Kłamliwa religijność i udawany nacjonalizm kroczą ręka w rękę.

Ktoś odwiedzający dziś Indie zobaczy kraj zamieszkany przez dwa wielkie plemiona: nacjonalistów i zdrajców. Ci pierwsi to stronnicy rządzącej hinduistycznej partii narodowościowej. Do tych drugich, jak powie każdy działacz BJP, należą krytycy rządu, intelektualiści, lewicowi liberałowie, dysydenci, demonstranci domagający się zmian, rozpolitykowani studenci i ludzie wywodzący się z mniejszości. Na wiecu wyborczym wielokrotnie padały nawoływania do wystrzelania tych ostatnich. Wielu uczestników pokojowych demonstracji padło ofiarą policyjnych represji, a przemoc stosowana przez samozwańczy tłum wobec tych, którzy krytykują rząd, zamiatana jest pod dywan.

Autorzy dzieł o właśnie zakończonej dekadzie będą się zastanawiać, dlaczego w tym okresie w mediach społecznościowych zaczęły krążyć filmy i wizerunki Hitlera i dlaczego na ulicach można było zobaczyć plakaty nawołujące do przeciwstawienia się faszyzmowi. W opiniotwórczym artykule zatytułowanym Niewolni w Indiach dziennik „The Telegraph” skomentował, że rok 2019 był przysłowiowym annus horribilis dla indyjskiej demokracji. Ta wpływowa indyjska gazeta odnotowała, że Indie spadły o dziesięć miejsc w corocznym rankingu wskaźnika demokracji, co jest najniższym wynikiem tego kraju od czasu pierwszych notowań ogłoszonych w 2006 roku.

Włożyła rękę do pojemnika z pieczywem. Słowo „kurwa” padło wtedy wiele razy

Czy tak podzielony naród będzie w stanie zwalczyć wypuszczonego z butelki dżina nienawiści? Czy też najwyższy przywódca i jego uzbrojone w ideologię oddziały szturmowe jeszcze bardziej ukrócą swobody obywatelskie i do szczętu zniszczą demokrację? A może protestujący studenci zmuszą rząd do wykonania skromnych korekt polityki, tymczasowo powstrzymując eskalację przemocy? Przyszli historycy ocenią, jak wybory w 2014 roku zmieniły ustrój i społeczeństwo Indii. Zobaczą, że ta obfitująca w wydarzenia złowróżbna dekada zapisała przyszłe karty historii Indii.

 

**
L.K. Sharma jest dziennikarzem, byłym londyńskim korespondentem gazety „The Times of India” i autorem kilku książek, w tym The Twain i A Parliamentary Affair.

Artykuł ukazał się w serwisie openDemoracy na licencji CC BY-NC 4.0. Z angielskiego przełożyła Katarzyna Byłów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać