Świat

W cholerę z igrzyskami, zlikwidować ten absurd? To nie takie proste

Łatwo dojść do wniosku, że igrzyska to całkowicie sztuczny, na wskroś komercyjny twór, który od dawna nie ma żadnej wartości. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana.

Ostatnie miesiące w sportowym światku to ciąg niepokojących wydarzeń. Zaczęło się od pomysłu futbolowej Superligi. Gdy kluby piłkarskie na całym świecie zmagały się ze skutkami pandemii, kilka najbogatszych postanowiło powiedzieć „nara!” i powołać zamknięte rozgrywki dla wybranych. Ligę, z której nie mogłyby spaść i która gwarantowałaby im bajeczne zarobki bez względu na wyniki. Pomysł – na razie! – zablokowano.

Superliga: 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają najbogatsi

Potem przyszło piłkarskie Euro. Nie brakowało na nich pasjonujących starć, to prawda. Tylko dlaczego musiały się one rozgrywać na stadionach rozrzuconych po całym kontynencie? Ten pomysł był głupi jeszcze przed pandemią, bo latanie po Europie w dobie kryzysu klimatycznego jest modelowym przykładem środowiskowego marnotrawstwa.

Euro to pole ideowej wojny między liberalnym Zachodem i autorytarnym Wschodem

Na koniec otrzymaliśmy pandemiczne Igrzyska Olimpijskie w Tokio. Absurdalność tej imprezy podsumowali trafnie na łamach „Krytyki Politycznej” Wojciech Woźniak oraz Joanna Wiśniowska. Igrzyska zorganizowano mimo sprzeciwu mieszkańców Tokio, w trakcie przygotowań do nich przymusowo wysiedlono część osób, a impreza odbyła się mimo wciąż dużego zagrożenia ze strony COVID-19.

Igrzyska w Tokio. Komu potrzebny jest objazdowy cyrk przemysłu sportowego?

Tak wyglądają olimpijskie realia, gdy wyjrzy się poza piękne hasełka o duchu sportu, globalnej przyjaźni i współpracy. Ten rodzaj hipokryzji to niestety norma, jeśli chodzi o igrzyska. Niektóre przypominają filmowe czy powieściowe dystopie, gdzie przepych i nowoczesność sąsiadują z nędzą i brutalnością nierównych społeczeństw.

„Nigdy nie zapomnę, gdy relacjonowałem igrzyska z kosztownych, świeżo wybudowanych aren w Rio 2016, a następnie udałem się do pobliskich faweli – zubożałych społeczności rozsianych po całym mieście portowym” – wspomina Kurt Streeter na łamach „New York Timesa”.

Kiedy się to wszystko czyta, człowiek ma ochotę zawołać za Jonnym Colemanem i Gia Lappą: w cholerę z igrzyskami, pora zlikwidować ten absurd.

„W ciągu ostatnich 16 miesięcy Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) porzucił wszelkie pozory troski o sportowców, kraj goszczący czy globalne zdrowie publiczne, a większa część świata poznała prawdziwy smak tego, czym zawsze były igrzyska olimpijskie: imprezą sprzeczną z zasadami przyzwoitego świata, który próbujemy stworzyć” – piszą Coleman i Lappe na łamach „Jacobina”.

Wszystko to prawda, ale likwidacja igrzysk nie jest taką prostą sprawą. Nie tylko w tym banalnym sensie, że taki pomysł spotkałby się z potężnym sprzeciwem ludzi zarabiających duże pieniądze na olimpijskim biznesie. Problem jest głębszy.

Czemu ludzie się tym ekscytują?

Pozwólcie na garść wspominek z dzieciństwa.

Odkąd pamiętam, byłem fanem sportu. W dużej mierze dlatego, że na wsi – a tam się wychowałem – to była zawsze jedna z największych atrakcji. Nie mieliśmy kin, teatrów, wydarzeń literackich, mieliśmy za to drużynę piłkarską i przede wszystkim mnóstwo miejsca na podwórkach i łąkach do biegów, kopania piłki czy gry w kosza. Ojciec z wujem stworzyli nam (nam, czyli mi, rodzeństwu i dzieciakom z sąsiedztwa) prowizoryczną arenę do skoków wzwyż – lądowało się na sianie, za poprzeczkę robiła deska ze stodoły.

Igrzyska, podobnie jak piłkarskie mistrzostwa świata i Europy, to było dla nas małe święto. Częściowo dlatego, że dało się je oglądać w telewizji publicznej. Początki lat dziewięćdziesiątych to były czasy, gdy najsmakowitsze kąski lądowały głównie na kodowanych platformach, za drogich na kieszeń rodziców – np. najsilniejsze piłkarskie ligi świata czy bardzo popularne w Polsce rozgrywki żużlowe. Igrzyska zaś były dostępne dla wszystkich.

Żeby było jasne, nie przywołuję tych obrazów w celu powiedzenia, że nie chcę likwidacji igrzysk olimpijskich, bo mam dobre wspomnienia z nimi związane. Nostalgia to dobry punkt wyjścia do pisania dzieł literackich, ale marny z niej argument polityczny. Fajnie, że mały Tomek uwielbiał oglądać igrzyska, ale to nie wystarczy, żeby przymknąć oko na dewastacyjne skutki tego rodzaju imprez.

Rzecz w czym innym. Stykając się ze – słuszną! – krytyką olimpijskich absurdów, łatwo dojść do wniosku, że igrzyska to całkowicie sztuczny, na wskroś komercyjny twór, który od dawna nie ma żadnej wartości. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana.

Mnóstwo osób nadal podchodzi do igrzysk równie emocjonalnie, z równie szczerym entuzjazmem, co ja i moi znajomi w dzieciństwie. Tak ukształtowaliśmy nasze społeczeństwa, że sport nadal należy do najłatwiej dostępnych rozrywek. Gdyby rzeczywiście zlikwidować tę imprezę, to tacy ludzie nie zareagowaliby poczuciem ulgi („Uff, wreszcie koniec z tym absurdem”), lecz wściekłością („Co? Nawet igrzyska chcą nam zabrać!?”). Uznaliby to nie za uderzenie w niedorzeczność igrzysk, ale w nich samych.

To jest szerszy problem, który pojawia się za każdym razem, kiedy mówimy o kwestiach bardziej lub mniej związanych z dewastacją środowiska i kryzysem klimatycznym. Jak przekonywać do zmian, żeby zwykli ludzie nie mieli poczucia, że to oni płacą cenę za ekscesy elit? Jak nie robić powtórki z „żółtych kamizelek”, gdy wściekli Francuzi uważali, że są karani za błędy innych?

„Jeśli mieszkasz na wsi, to potrzebujesz samochodu, aby dostać się do pracy, tak więc kiedy rosną ceny paliw, dotyka cię to bezpośrednio. Gdy wzrastają rachunki za prąd, za gaz, opłaty i podatki, trudno to znieść. Mamy poczucie, że obrano nas za cel zamiast linii lotniczych i żeglarskich, zamiast firm, które zanieczyszczają więcej, a nie płacą podatków” – tłumaczyła w trakcie protestów Marie Lemoine, sześćdziesięciodwuletnia nauczycielka.

Ludzie raczej nie wyjdą na ulicę z powodu odwołania igrzysk, zgoda. Ostatnio zresztą częściej protestują na wieść, że igrzyska miałyby się odbyć w ich mieście. Ale nie miejmy złudzeń – to jest wciąż niezwykle popularna impreza. Widać to choćby po danych z amerykańskiej telewizji. Choć igrzyska w Tokio są mniej popularne niż poprzednie wydarzenia tego typu, to nadal mają wysoką oglądalność – ze średnią 16,8 mln widzów igrzyska należą do najchętniej oglądanych programów w USA. Jak podsumowuje Jay Busbee z „Yahoo! Sports”, nie ma co liczyć na to, że igrzyska zostaną anulowane niczym niegdyś popularny serial telewizyjny, który stracił nawet najbardziej oddanych fanów.

Wina złych działaczy?

Jak zatem poradzić sobie z następującym dylematem: pozbyć się fatalnych olimpijskich praktyk bez wywoływania wrażenia, że uderza się w fanów sportu i samych sportowców?

Wydaje się, że istnieje wygodne rozwiązanie – pozbycie się chciwych działaczy, którzy stoją na czele MKOl. Bo to przecież wszystko ich wina, prawda? Kasa uderzyła im do głowy i przesłoniła wszystko inne: względy zdrowotne, środowiskowe i społeczne.

Podobnie próbowano tłumaczyć zamieszanie wokół piłkarskiej Superligi. Odpowiedzialność zrzucono na szefów największych klubów, przede wszystkim na Florentino Péreza, prezesa Realu Madryt, który na własne życzenie stał się twarzą pomysłu. Ci ludzie nie rozumieją istoty piłki nożnej – grzmieli kibice i dziennikarze w całej Europie.

Warufakis: Gdzie jest granica kapitalizmu? Właśnie się przekonaliśmy

Tylko czy to nie jest zbyt wygodne? Czy nie jest próbą wyminięcia niewygodnej prawdy, że problem ma charakter systemowy, a nie osobowy?

Zostając jeszcze na chwile przy przykładzie Superligi, nie od wczoraj wiadomo, że największe kluby piłkarskie to wielkie przedsiębiorstwa, które skupiają się na budowaniu swoich marek i maksymalizowaniu zysków. Innymi słowy, Barcelona, Real czy Manchester United są typowymi uczestnikami kapitalistycznej rywalizacji. A współczesny kapitalizm, o czym piszą choćby Jonathan Tepper i Denise Hearn w znakomitej książce The Myth of Capitalism, wcale nie promuje konkurencyjności. Wprost przeciwnie, największe pieniądze robi się dzięki monopolizacji rynku i wycinaniu konkurencji. Próba stworzenia ekskluzywnego grona superligowych klubów, które zgarną najlepszych piłkarzy i największe zyski ze sprzedaży praw telewizyjnych, była po prostu logiczną konsekwencją tego, czym są dzisiejsze zawodowe kluby piłkarskie. Nie ma znaczenia, kto stoi na czele tych klubów – dopóki działają one jak wielkie korporacje, dopóty na ludziach nimi zarządzających będzie istniała ogromna presja, by podporządkować się regułom współczesnego kapitalizmu.

Miliarderom demokracja nie przeszkadza

Podobnie należy patrzeć na MKOl. Nawet gdybyśmy wymienili tam wszystkich działaczy co do jednego, to i tak nowa ekipa szybko znalazłaby się pod presją maksymalizowania zysków. Igrzyska olimpijskie to kolejny produkt w rynkowym obiegu, poddany typowo rynkowym wymogom. To oznacza, że priorytetem stają się prawa telewizyjne i kontrakty sponsorskie, a nie dbanie o lokalne społeczności, środowisko czy zdrowie zawodników.

Co robić? Politykę!

Co możemy w takim razie zrobić? Ponownie przydatna jest analogia do walki o klimat. Poza najbardziej twardogłowymi wolnorynkowcami nikt nie ma dziś wątpliwości, że nie możemy zdawać się w tej kwestii na dobrą wolę szefów największych korporacji. Nie wystarczy też wymiana „złych” szefów firm paliwowych na „dobrych”. Poszczególne rządy i organizacje międzynarodowe muszą narzucić na te firmy ścisłe regulacje i poczynić niezbędne inwestycje, żebyśmy mieli jakąkolwiek szansę uniknąć katastrofy.

Podobnie powinno być z igrzyskami olimpijskimi. Unia Europejska, USA i inne demokratyczne państwa mogłyby przynajmniej spróbować wymóc na MKOl potrzebne zmiany, grożąc, że w przeciwnym razie wycofają się z imprezy. Ewentualny brak zawodników z USA i Europy oznaczałby zaś dramatyczny spadek atrakcyjności produktu zwanego igrzyskami.

Nie chodzi o bojkot na ostatnią chwilę. Takie groźby zazwyczaj są puste i uginają się pod argumentami, że najbardziej tracą na tym sportowcy przygotowujący się latami do startu na igrzyskach. Chodziłoby raczej o wytyczenie z góry zbioru reguł, które musiałyby być respektowane przez kolejnych gospodarzy igrzysk, aby poszczególne kraje zgodziły się wziąć udział w imprezie. Brak wysiedlania mieszkańców czy ścisłe regulacje nałożone na budowanie olimpijskich obiektów (najlepiej nakaz rozgrywania zawodów na już istniejących arenach) powinny być na czele takiej listy.

Czy scenariusz, w którym największe polityczne potęgi mobilizują się, by wymusić zmiany w rozgrywkach olimpijskich, nie jest nazbyt utopijny? Rządy na pewno nic nie zrobią same z siebie. Jak zawsze, potrzebna jest presja społeczna. Ludziom udaje się już wymuszać, by igrzyska nie były organizowane w ich miastach, dlaczego więc nie mielibyśmy pójść krok dalej? Mimo wszystko jest to realniejszy scenariusz niż marzenia o tym, że igrzyska odwołają się same z siebie.

Jasne, każde działanie tego typu spotkałoby się z zarzutem o mieszanie polityki do sportu. Ale nie powinniśmy dać się szantażować tym bzdurnym argumentem. Woźniak ma rację – igrzyska od zawsze są imprezą na wskroś polityczną. Ostatnio pełnią funkcję kosztownego PR-u dla państw takich jak Chiny czy Rosja. Pytanie nie brzmi więc, czy igrzyska będą upolitycznione, bo są takie od zawsze. Pytanie brzmi: jak będzie to upolitycznienie wyglądać?

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Tomasz S. Markiewka
Tomasz S. Markiewka
Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książek „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017), „Gniew” (2020) i „Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat” (2021). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.
Zamknij