Świat

Superliga: 22 mężczyzn biega za piłką, a na końcu i tak wygrywają najbogatsi

Utworzenie futbolowej Superligi, elitarnej rozgrywki najbogatszych klubów świata, przedstawiane jest jako wydarzenie rewolucyjne, o przełomowym znaczeniu dla piłki nożnej. Tymczasem to tylko logiczna i spodziewana ewolucja – futbolowego turbokapitalizmu w superturbokapitalizm.

Informacja o tym, że kontynentalni krezusi (Arsenal, Chelsea, Liverpool, Manchester City, Manchester United, Tottenham, Atletico Madryt, Real Madryt, FC Barcelona, AC Milan, Inter Mediolan i Juventus) wypowiedzieli posłuszeństwo europejskiej federacji piłkarskiej (UEFA) i ogłosili powstanie Superligi, zamkniętych, elitarnych rozgrywek tylko dla wybranych, wzbudziła wielkie emocje na całym świecie.

Dominują głosy krytyczne, wskazujące, że biznesowa logika zwyciężyła nad duchem sportu, a futbol już nie będzie odtąd taki jak kiedyś.

Sęk w tym, że piłka nożna „nie jest taka jak kiedyś” od dobrych kilkudziesięciu lat, a wizja elitarnych rozgrywek jedynie dla najbogatszych krążyła nad stadionami od czasu powstania Ligi Mistrzów w 1992 roku. I było tylko kwestią czasu, kiedy się zmaterializuje.

Peryferie na aucie

Współczesny futbol doskonale odzwierciedla podział na kapitalistyczne centrum i peryferie. Europejskie rozgrywki są od ponad dwóch dekad zdominowane przez tzw. wielką piątkę, czyli ligi z Anglii, Niemiec, Hiszpanii, Francji i Włoch. Drużyny z tych krajów całkowicie przytłoczyły kontynentalne rozgrywki i osiągają największe zyski ze sprzedaży praw telewizyjnych do transmisji. Dzięki liberalizacji przepisów transferowych to zawsze one ściągają najlepszych graczy z całego świata.

Kraje półperyferyjne bezskutecznie próbują podjąć rywalizację z elitą. Już tylko starsi kibice pamiętają czasy, gdy po europejskie trofea sięgały kluby z Europy Wschodniej, jak Crvena zvezda Belgrad i Steaua Bukareszt, czy nawet Ajax Amsterdam albo Anderlecht Bruksela.

Przekształcenie rozgrywek pucharowych (Puchar Europy Mistrzów Krajowych, Puchar Zdobywców Pucharów, Puchar UEFA) w Ligę Mistrzów i w Ligę Europy było sposobem na umocnienie pozycji piłkarskiego centrum kosztem peryferii. Utworzenie Superligi to po prostu kolejny krok w tym kierunku.

Krytycy nowej Superligi z oburzeniem wskazują przede wszystkim na to, że zaprojektowane przez bogaczy rozgrywki mają charakter zamknięty, bez awansów i spadków wynikających ze sportowej rywalizacji. I, oczywiście, mają w swym uniesieniu rację.

Ten wzorowany na amerykańskich ligach zawodowych (m.in. koszykarskiej NBA) model ma niewiele wspólnego z duchem sportu. Znów jednak jest jedynie logicznym rozwinięciem obowiązującego regulaminu Ligi Mistrzów, w której nie grają wszak tylko czempioni rozgrywek krajowych. Najsilniejsze i najbogatsze piłkarsko kraje mają więcej zagwarantowanych miejsc dla swych drużyn i krótszą drogę w eliminacjach do fazy grupowej niż maluczcy.

Zresztą dla tych ostatnich zaprojektowano właśnie Ligę Europy, uboższą siostrę Ligi Mistrzów, rozgrywki pocieszenia dla futbolowych peryferii.

I tak wygrają bogaci

Oczywiście, tę koncentrację piłkarskich trofeów i wynikających z nich benefitów finansowych w rękach kilku najzamożniejszych klubów UEFA uzasadniała troską o rozwój dyscypliny na całym kontynencie. Podobnej retoryki używają teraz pomysłodawcy Superligi.

Andrea Agnelli z Juventusu zadeklarował: „Chcemy zwiększyć solidarność i dostarczyć zawodowcom, amatorom i kibicom najwyższej jakości rozgrywkę, która podsyca pasję do futbolu”. Z kolei Joel Glazer z Manchesteru United powiedział: „Zapewnimy światowej klasy konkurencję, obiekty, a co za tym idzie – zwiększone wsparcie dla podstaw piłkarskiej piramidy”.

Turbokapitalistyczny model futbolu oraz jego najnowsze wcielenie w wersji „super” uzasadniane są zatem argumentem doskonale nam znanym z arsenału neoliberalizmu, czyli teorią o skapywaniu bogactwa (trickle-down). Bogacenie się najbogatszych ma rzekomo służyć również tym biedniejszym, bo od czasu do czasu ze stołu (czyt. z boiska) spadnie też coś dla tych, którzy elitarnych rozgrywek mogą jedynie doświadczyć za pośrednictwem ekranu telewizora.

Najbogatsi dalej bogacą się waszym kosztem

Utworzenie Superligi ma jedną rewolucyjną cechę. Jest wypowiedzeniem posłuszeństwa wobec FIFA i UEFA, czyli instytucji, których mandat do organizowania zawodów futbolowych nie był dotąd podważany. Przypomina to w dużej mierze turbokapitalistyczny problem globalnej gospodarki z wymykaniem się wielkich korporacji spod kontroli państw i międzynarodowych instytucji.

Trudno dziś przewidzieć, kto odniesie zwycięstwo w tej konfrontacji. Zapewne po okresie przeciągania liny, straszenia konsekwencjami, a nawet po wprowadzeniu przez UEFA jakichś sankcji wobec klubów stojących za projektem Superligi, dojdzie do kompromisu, którego efektem i tak będzie jeszcze większe uprzywilejowanie najbogatszych. Tylko takie ustępstwa będą mogły uchronić europejską federację od utraty monopolu na organizację rozgrywek.

Przeciwko futbolowi nowoczesnemu

Czy jest możliwy opór wobec turbokapitalistycznej kolonizacji futbolu? Na razie sukcesy piłkarskich „alterglobalistów” spod znaku „against modern football” są ograniczone.

Kibice przywiązani do społecznych korzeni sportu, wspólnotowej roli klubów w środowiskach lokalnych i otwartości stadionowych trybun dla wszystkich, niezależnie od zasobności portfela, odnoszą jedynie drobne zwycięstwa. Przejmują istniejące drużyny, demokratyzując procesy ich zarządzania, lub tworzą nowe, od podstaw projektowane z myślą o upowszechnieniu alternatywnego wobec biznesowego modelu działania. Vide: np. warszawski AKS Zły.

Zły czyni dobro w polskim futbolu

Są to jednak tylko próby znalezienia luk w systemie, a nie zmiany systemowe. Te wymagają okiełznania wielkich, międzynarodowych interesów, co bez odpowiedniej siły politycznej jest niemożliwe. Próby takie podejmowane są przez Parlament Europejski, który poprzez swoje raporty, wystąpienia czy interwencje posłów domaga się usankcjonowania europejskiego modelu piłki nożnej.

Unijne postulowane cechy futbolowego porządku to: struktura piramidy opartej na piłce amatorskiej i zwieńczonej rozgrywkami profesjonalistów; system awansów i spadków, a nie kupowania miejsc w lidze, jak ma to miejsce w USA; zapobieganie tworzeniu się przepaści między najbogatszymi klubami a całą resztą; zachowanie społecznego charakteru futbolu i zapobieganie przekształcaniu się klubów w korporacje oderwane od lokalnych społeczności.

Spisane w Brukseli i Strasburgu zasady stoją więc w sprzeczności z tymi, na jakich opierać się ma Superliga. Czy wywoła to polityczną reakcję? I czy polityka może mieć wpływ na kształt współczesnej piłki, która stała się rozrywką kontrolowaną przez wielki biznes?

Być może większy od decyzji politycznej czy samoorganizacji kibiców wpływ na futbolowe trendy będzie miała… nuda. Tak, nuda. Bo czy nie ma nic nudniejszego niż oglądanie od dwudziestu lat zmagań wciąż tych samych drużyn milionerów? Wszak o magii piłki nożnej decyduje m.in. fakt, że w jak chyba żadnej innej dyscyplinie nie ma tak dużego prawdopodobieństwa, że Dawid może wygrać z Goliatem. To właśnie sensacyjne, niespodziewane wyniki stanowią historię futbolu przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Występ węgierskiego Videotonu Székesfehérvár w finale Pucharu UEFA w 1985 roku to o wiele bardziej ekscytujący epizod w dziejach niż kolejny triumf Barcelony, Juventusu czy Manchesteru.

Liga Mistrzów i Superliga to produkty komercyjne, skrojone pod telewizję i jej odbiorców. Tymczasem nic nie zastąpi prawdziwych emocji przeżywanych na stadionie. A te mogą zapewnić jedynie lokalne drużyny.

Odpowiedzią na telewizyjno-turbokapitalistyczną globalizację futbolu może być powrót do lokalności. Zwłaszcza że rozwój mediów społecznościowych i technologii wideo pozwala na bezproblemowe śledzenie niższych lig krajowych, również w Polsce. Czasy czekania na poniedziałkową gazetę, by sprawdzić wynik meczu wyjazdowego czwartoligowej drużyny z rodzimego miasta, już dawno minęły. Dziś można z takiego pojedynku obejrzeć internetową relację na żywo. A (kiedy już uporamy się z koronawirusem) w kolejny weekend wybrać się na miejscowy stadion, by spotkać znajomych lub poznać nowych. Polecam!

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Syska
Michał Syska
dyrektor Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a
Dyrektor Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle’a we Wrocławiu. Prawnik, doradca polityczny, publicysta (publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku", "Trybunie", "Krytyce Politycznej", "Przeglądzie", "Le Monde Diplomatique").
Zamknij