Gospodarka

Miliarderom demokracja nie przeszkadza

Problem z miliarderami nie polega na tym, że mogą sobie kupić odrzutowiec albo tropikalną wyspę. Polega na tym, że mogą sobie kupić ustawę.

Wielka masa zbiorowiska ludzkiego należy do wielbicieli i czcicieli bogactwa i wielkości, a co może wydawać się jeszcze dziwniejsze, są to najczęściej bezinteresowni wielbiciele i czciciele bogactwa i wielkości
(Adam Smith, Teoria uczuć moralnych)

Jest taka rzecz, co do której powinni zgodzić się liberałowie, lewica i prawica. Chodzi o ograniczenie wpływów wielkich korporacji oraz zarządzających nimi miliarderów. Ich władza urosła bowiem tak bardzo, że zagraża współczesnym demokracjom.

Wolny rynek nie robi się sam

Zazwyczaj dyskusja na temat korporacji i miliarderów krąży wokół tematu zasług oraz wynagrodzenia za pracę: czy Jeff Bezos zasługuje na to, żeby zarabiać tyle pieniędzy? Kto broni założyć firmę i samemu sobie zapracować? Jakie podatki są sprawiedliwe?

To są ważne dyskusje, nawet jeśli czasem ich punktem wyjścia są demagogiczne hasła o „okradaniu bogatych”. Sęk w tym, że w przypadku największych korporacji i najbogatszych obywateli, zanim zaczniemy w ogóle mówić o zasługach, powinniśmy zastanowić się nad podstawową rzeczą. Nad ich władzą.

Model kariery dla geniusza zła

Gdy rozmawiamy o politykach, którzy naszym zdaniem gromadzą nadmierną władzę, nie pytamy przecież o ich zasługi i pracowitość. Nie zastanawiamy się nad tym, czy Jarosław Kaczyński był czy nie był pracowity. Nie pytamy o to, czy harował od rana do wieczora na swoją pozycję czy nie. Nie dumamy nad tym, czy każdy, gdyby tylko się postarał, mógłby zdobyć tak mocną pozycję w państwie jak on.

Po co nam kolonie na Księżycu? A po co nam Jeff Bezos?

To wszystko jest nieważne, liczy się tylko jedno pytanie: czy jego władza, a zatem władza jego partii, nie są zbyt duże i czy nie naruszają w związku z tym podstaw państwa demokratycznego? Jeśli odpowiedź jest twierdząca, żadna pracowitość czy zasługi nie są w stanie tego przesłonić.

Kiedy jednak przechodzimy od polityków do biznesmenów, od przykładowego Kaczyńskiego do przykładowego Bezosa, to gdzieś po drodze gubimy tę demokratyczną intuicję. Gdybym doradzał jakiemuś geniuszowi zła, filmowemu łotrowi chcącemu objąć panowanie nad światem, to powiedziałbym bez wahania: jeśli przyszło ci działać w warunkach państwa demokratycznego, nie idź w politykę, rób karierę w biznesie.

Pierwsze 55 miliardów trzeba ukraść

czytaj także

Jasne, będąc autokratycznym przywódcą, który za nic ma demokrację, możesz zagarnąć sporo władzy, ale musisz się liczyć z konsekwencjami. Media będą protestowały, ludzie wyjdą na ulice, a liderzy innych państw będą cię zamęczali swoją krytyką, nawet jeśli formułowaną tylko na pokaz. W biznesie zaś na największych zwycięzców czeka równie duża (jeśli nie większa) władza, choć mniej bezpośrednia, a krytyka, z jaką muszą się liczyć, jest zdecydowanie mniej dotkliwa.

Gdybym doradzał jakiemuś geniuszowi zła chcącemu objąć panowanie nad światem, to powiedziałbym bez wahania: nie idź w politykę, rób karierę w biznesie.

Wielkim korporacjom i ich szefom nie tylko wiele rzeczy uchodzi na sucho. Mają wręcz rzeszę internetowych obrońców, którzy do ostatniego tchu będą bronili każdego centa miliarderów i każdego przywileju megakorporacji. Do tego grona należy zaliczyć także część dziennikarzy. Na przykład Witold Gadomski z „Gazety Wyborczej” i Sebastian Stodolak z „Dziennika Gazety Prawnej” mają na swoim koncie teksty, w których bronią rajów podatkowych.

„Bez rajów podatkowych państwo nie czułoby presji” – powiada Gadomski. Presji na co? Oczywiście na obniżanie podatków najbogatszym. To trochę tak, jakby powiedzieć, że piraci drogowi są pożyteczni, bo wywierają presję, aby jeszcze bardziej uprzywilejowywać kierowców kosztem pieszych. Nie chcą zwalniać przed pasami? Trzeba znieść ograniczenia prędkości.

Dlaczego lewica nie kocha Ubera?

Peany na temat najbogatszych i najsilniejszych, które dziwiły już Adama Smitha, można znaleźć nawet w najmniej spodziewanych miejscach. Czytasz sobie tekst na portalu piłkarskim, niby poświęcony lidze hiszpańskiej, aż tu nagle się okazuje, że jego autor wyśpiewuje pieśń pochwalną na temat założycieli Google’a. Krzysztof Stanowski, bo o nim mowa, tak bardzo nie mógł przeżyć, że Unia Europejska chce ograniczyć monopolistyczne zapędy internetowego giganta, iż postanowił wpleść ten wątek do opowieści o hiszpańskiej La Lidze.

Polityk w państwie demokratycznym rzadko cieszy się takim komfortem. Bo nawet jeśli ma obrońców – zazwyczaj nie bezinteresownych ­­– to musi się też liczyć z zawziętymi krytykami, szczególnie gdy jego władza niebezpiecznie rośnie.

Co może Zuckerberg, a co może Kowalski

Czy jednak miliarderzy i korporacje naprawdę mają aż taką władzę? Tak, i żeby się o tym przekonać, wcale nie trzeba przywoływać opinii lewicowych komentatorów. Wystarczą entuzjastyczni zwolennicy wolnego rynku. Wróćmy na chwilę do rajów podatkowych.

Ile płacimy za raje podatkowe?

Jeśli toczyliście kiedykolwiek dyskusję na temat opodatkowania miliarderów, to wiecie, że prędzej czy później – zazwyczaj prędzej – pojawi się ktoś z argumentem: oni i tak tego nie zapłacą. Uciekną do raju podatkowego, zoptymalizują sobie, mają od tego najlepszych specjalistów – tak czy inaczej podatki ich nie dosięgną, więc najlepiej nawet nie próbować. Co przyznaje osoba, która to mówi? Ano właśnie tyle, że najbogatsi mają większą władzę niż reszta z nas; że mogą sobie pozwolić na rzeczy, które dla innych są niedostępne – jak unikanie płacenia należnych podatków.

O swojej bezradności wobec najbogatszych mówią wprost nawet instytucje podatkowe. Internal Revenue Service, zajmujący się w USA ściąganiem podatków, przyznał ostatnio, że nie kontroluje najbogatszych, bo jest to zbyt trudne. Urzędnicy tłumaczą, że po obcięciu funduszy – dzieło Partii Republikańskiej – najzwyczajniej w świecie nie stać ich na opłacenie wystarczającej liczby pracowników, aby dokładnie weryfikować skomplikowane dane podatkowe bogaczy.

Niestety ludzie, którzy sami siebie uważają za liberałów czy wolnorynkowców, wyciągają z tego karkołomne wnioski, jak przywoływany Gadomski. Bogaci unikają płacenia podatków? No więc obniżmy je.

To nic innego jak całkowita kapitulacja przed władzą najzamożniejszej części obywateli, przed krezusami, których stać na zatrudnianie ludzi specjalizujących się w optymalizacji podatkowej. Oczywiście to jest droga donikąd. Niezależnie od tego, jak niskiie podatki byśmy wprowadzili, część bogatych i tak będzie kombinowała, żeby zapłacić jeszcze mniej.

Konkurencja jest dla frajerów

Jeszcze innym problemem jest ogromna władza rynkowa największych korporacji. Ponownie, nie musimy odwoływać się do lewicowych argumentów, aby zdać sobie sprawę ze skali problemu. Wystarczy przeczytać The Myth of Capitalism: Monopolies and the Death of Competition, książkę Jonathana Teppera i Denise Hearn.

Ameryka jest bezsilna wobec rynkowych gigantów

Oboje autorzy przedstawiają się jako wielcy entuzjaści wolnego rynku i liberalizmu gospodarczego. Tak wielcy, że gdy już wspominają w książce o Karolu Marksie, to czują się w obowiązku nie tylko przypomnieć o „zbrodniach socjalizmu”, ale także o tym, że Marks był utrzymywany przez Engelsa (choć przy omawianiu poglądów Adama Smitha nie podkreślają, że nawet jako dorosły mężczyzna korzystał z darmowej pracy swojej matki). Niechęć do Marksa czy socjalizmu nie przesłania im jednak ogromnego problemu, jaki mamy z nadmierną władzą korporacyjnych molochów.

Tepper i Hearn krytykują wielkie korporacje za monopolizację gospodarki, która prowadzi do zaniku konkurencji, osłabienia praw pracowniczych i ograniczania swobody konsumenckiej. Nawiązując do tytułu jednej z książek Miltona Friedmana, piszą: „Wolny wybór – brzmi świetnie. To śmiała teza i chwytliwy tytuł, ale Amerykanie nie mają wolnego wyboru. W coraz większej liczbie branż są skazani na lokalne monopole lub oligopole”.

Co najważniejsze, autorzy książki rozpoznają również problem nadmiernej władzy politycznej wielkich korporacji: „Im silniejsze stają się firmy, tym mocniej kontrolują regulatorów i ustawodawców za pośrednictwem procesu politycznego”. Firmy takie jak Google czy Apple nazywają wprost „dyktatorami”, a tworzony przez nie system – „oligarchią”.

Mimo swojego rynkowego entuzjazmu Tepper i Hearn zauważają rzecz, której nie chce dostrzec wielu polskich liberałów gospodarczych. To, co jest dobre dla danej firmy, niekoniecznie musi być dobre dla całej gospodarki, a tym bardziej dla społeczeństwa. Dlatego naiwna jest wiara, że im więcej swobody rynkowej dla korporacji, tym lepiej.

Ken Loach: Jeśli nie rozumiemy walki klas, nie rozumiemy zupełnie nic

Tepper i Hearn krytykują szkołę chicagowską za jej nonszalancki stosunek do monopoli i oligopoli. Popularność chicagowskiego podejścia doprowadziła do zaniedbania roli, jaką powinno odgrywać państwo lub instytucje międzynarodowe w kontrolowaniu największych firm. Unia Europejska, dążąca do rozbicia monopolistycznej władzy Google’a – wbrew temu, co wypisuje Stanowski – robi dobrze, bo chroni społeczeństwo przed niebezpieczeństwem dyktatury rynkowej. Niestety takie próby podejmowane są zbyt rzadko.

Czubek góry lodowej

Unikanie podatków i monopolizacja rynku to tylko dwa z wielu przykładów zagrożeń płynących ze strony korporacji i stojących na ich czele miliarderów. Nie dotknęliśmy nawet problemu lobbingu czy katastrofalnego wpływu biznesu na środowisko. Po ostatnich publikacjach „Guardiana” mamy jeszcze jaśniejszy obraz, jak niszczycielską rolę odgrywają w obu przypadkach korporacyjne molochy.

Osoba prawna ponad prawem

Co najmniej dwie firmy paliwowe, Shell i Exxon, wiedziały już w latach 80. XX wieku, że ich działalność prowadzi do ocieplania klimatu. Nie tylko postanowiły nie upubliczniać raportów na ten temat, nie tylko nie zmieniły swojej polityki, ale dodatkowo przeznaczały miliony dolarów na sponsorowanie organizacji negujących zagrożenie klimatyczne. Z doniesień „Guardiana” wynika, że Shell, Exxon i trzy pozostałe największe firmy paliwowe przeznaczają rocznie 200 mln dolarów na ten cel.

Tak naprawdę korporacje i sterujący nimi milionerzy ustawiają nam świat. Wszyscy ponosimy konsekwencje tego, że firmy paliwowe nie podjęły wystarczających kroków, aby ograniczyć swoje emisje, i skutecznie blokowały możliwość zmiany w pożądanym kierunku. Bez debaty, bez głosowania, bez pytania obywateli o zdanie.

List do miliarderów

Tepper i Hearn piszą, że przekonanie o potrzebie uregulowania działalności największych graczy na rynku nie jest lewicowe, liberalne czy prawicowe, lecz zdroworozsądkowe. To kwestia ocalenia gospodarki. Dodałbym do tego, że to jest również kwestia ocalenia naszej demokracji.

Dlaczego więc robimy tak mało? Najprostsza odpowiedzieć jest taka, że mamy do czynienia z osobami i organizacjami na tyle potężnymi, że mogą skutecznie utrudniać wszelkie próby ograniczenia ich władzy. Jeszcze innym problemem jest nasz naiwny podziw dla bogactwa. Smith miał rację: jesteśmy „czcicielami wielkości i bogactwa”.

Przekonanie o potrzebie uregulowania działalności największych graczy na rynku nie jest lewicowe, liberalne czy prawicowe, lecz zdroworozsądkowe.

To między innymi dlatego taką popularnością cieszą się książki o bogatych prezesach uczących, jak żyć. Peter Bloom i Carl Rhodes zauważają, że już dawno minęły czasy, gdy uważaliśmy szefów wielkich firm tylko za specjalistów od biznesu. „Obraz prezesa jako symbolu doskonałości tak bardzo się upowszechnił, że jest teraz metaforą sukcesu we wszystkich dziedzinach życia. Sposobem na schudnięcie jest «stanie się prezesem własnego ciała», na sukcesy towarzyskie – zapoznanie się z «tajemną wiedzą dyrektorów biznesowych na temat przywództwa, która zapewnia sukcesy zawodowe i pozazawodowe», a na dobre życie – stanie się «prezesem samego siebie»– piszą Bloom i Rhodes w Świecie według prezesów.  To nie są zmyślone przykłady, mówimy tu o faktycznie wydanych i kupowanych książkach.

Ekonomia to magia białego człowieka

Obrona przekrętów podatkowych, obrona monopoli i oligopoli, obrona przywilejów korporacyjnych uchodzą w naszym szalonym świecie za przejaw postawy wolnościowej i prorynkowej. Ludzie, którzy sami siebie nazywają liberałami, wygadują rzeczy, od których Smitha rozbolałaby głowa. Po prawej stronie nie jest lepiej. O tym, jak z korporacjami walczy nasza prawica, mogliśmy się przekonać choćby kilka miesięcy temu, gdy rząd PiS zwolniło z podatku cyfrowego Facebooka, Google’a i inne firmy internetowe. Jeśli nie przełamiemy tej tendencji do sprzyjania najsilniejszym, po demokracji zostanie tylko ładna nazwa i wspomnienia.

Bio

Tomasz S. Markiewka

| Filozof, tłumacz, publicysta
Filozof, absolwent Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, tłumacz, publicysta. Autor książki „Język neoliberalizmu. Filozofia, polityka i media” (2017). Przełożył na polski między innymi „Społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko” (2017) Roberta H. Franka i Philipa J. Cooka.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.