Film

„The Morning Show”, czyli koniec snu

The Morning Show Szmidt recenzja

Gdyby nagrody telewizyjne przyznawane były wyłącznie za talent, przełomową czy choćby najlepszą rolę, tegoroczny Złoty Glob za główną rolę żeńską w serialu dramatycznym należał się Jennifer Aniston. Nie tylko dlatego, że to kreacja perfekcyjna do ostatniej kropki.

„Jeśli spodziewacie się poważnego potraktowania tematu zależności między władzą i wykorzystywaniem seksualnym w mediach, The Morning Show was rozczaruje” – pisał na naszych łamach Krzysztof Juruś. Olga Szmidt widzi to inaczej.

#MeToo w telewizji śniadaniowej

*
Dziesięcioodcinkowy The Morning Show to serial nakręcony z wielkim rozmachem, bajońskim budżetem (15 milionów dolarów na każdy z odcinków) oraz zaskakującą, choć absolutnie gwiazdorską obsadą. Kasowość tego projektu nie musi nas szczególnie ekscytować, jest jednak dość istotna, jeżeli zastanowimy się nad stojącą za nim myślą. Jeśli trafnie odczytuję założenia twórców, ma to być serial, który stanie się epokowym dziełem czasów #metoo, najpełniejszą i pamiętną reprezentacją wydarzeń z ostatnich lat. Zdolną uchwycić historyczny moment, ale zarazem ściśle współczesną.

Choć nie jestem przekonana, czy rzeczywiście potrzebujemy jednego i tylko jednego dzieła, które podsumuje te – nareszcie – wielogłosowe historie, nie mam wątpliwości, że The Morning Show jest serialem nie do przegapienia.


Zarys fabuły zdaje się żywcem wyjęty z doniesień medialnych ostatnich lat, odnosi się też do bardzo konkretnego skandalu z udziałem Matta Lauera, byłego gospodarza The Today Show. Oto męską połowę duetu prowadzącego jeden z najpopularniejszych programów porannych (u nas powiedzielibyśmy: telewizji śniadaniowej) w Stanach Zjednoczonych oskarżono o molestowanie seksualne. Przy czym gospodarz serialowego The Morning Show nie przypomina Marcina Prokopa czy Marcina Mellera. W Europie moglibyśmy skojarzyć go raczej z Brytyjczykiem Piersem Morganem, który poza Partią Konserwatywną i zadawaniem „zdroworozsądkowych pytań” szczególnie upodobał sobie siebie samego.

Mitch Kessler (w tej roli Steve Carell) po ujawnieniu skandalu zostaje natychmiast zwolniony z programu, po piętnastu latach dzielenia ekranu z Alex Levy (Jennifer Aniston). Szybko się okazuje, że nie może być powrotu do reguł sprzed tego wydarzenia. Także praca w studiu i relacje pomiędzy współpracownikami na trwałe ulegają – wciąż nieoczywistej – zmianie.

To jeden z najciekawszych wątków serialu. Alex stara się za wszelką cenę po pierwsze zrozumieć to, co się wydarzyło, po drugie jednak – nieomal własnym ciałem i autorytetem powstrzymać to, co nieodwracalne. Mimo że molestowanie seksualne i niezdrowa atmosfera w pracy trwały od lat, ujawnienie sprawy jest szokiem, przede wszystkim dla współprowadzącej programu, kurczowo trzymającej się przekonania, że jej samej nic nie grozi.

Postać Alex jest tu absolutnie fascynująca, wykreowana z aktorską i psychologiczną precyzją najwyższej próby. To wielka gwiazda małego ekranu, wieloletnia ulubienica Ameryki, kochana i oglądana każdego dnia. Trudno nie odnieść wrażenia, że za tą złożoną kreacją stoi pozycja i świadomość samej Aniston – od lat kapitalizującej sukces Przyjaciół, obsadzanej przede wszystkim w kasowych komediach, jak dowodzi najnowszy serial – przegapionej przez reżyserów dramatów. I nade wszystko: Aniston, która już na zawsze ma pozostać Rachel Green.

Dlaczego to właśnie przemysł filmowy i telewizyjny znalazł się w centrum akcji #metoo?

Doświadczenia aktorki to jedno. Z drugiej strony mamy kwestię pokoleniową. W przeciwieństwie do młodej, buntowniczej dziennikarki o konserwatywnych poglądach (w tej roli Reese Witherspoon w fatalnej peruce) Alex nie potrafi pojąć, w jaki sposób ktokolwiek poza głównym oskarżonym może ponosić odpowiedzialność za molestowanie, toksyczną atmosferę czy też przyzwolenie na molestowanie na planie programu. Największym tematem The Morning Show staje się więc to, w jaki sposób w rezultacie #metoo zmienić musi się wszystko, nie tylko gwałciciel czy molestator.

Media i ich problem z #MeToo

czytaj także

Historia opowiedziana z perspektywy Alex jest złożona, ale też dwuznaczna. Gwiazda The Morning Show nie jest ofiarą Mitcha, a wręcz tęskni za jego obecnością, i ostatecznie to także ona ponosi konsekwencje jego działań. Trudno nie współczuć kobiecie, której ziemia usuwa się spod nóg, stacja postrzega ją jako prowadzącą do odstrzału, trudno też nie dostrzec, że jej pozycja została zbudowana m.in. na cierpliwym przymykaniu oka na działania przyjaciela, wynikającym z czaru celebryty, wsparcia medialnego giganta i lęku o własną pracę.

Największym tematem The Morning Show staje się to, w jaki sposób w rezultacie #metoo zmienić musi się wszystko, nie tylko gwałciciel czy molestator.

Choć Alex jest do pewnego momentu niemal nietykalna, pewna swojego statusu bez względu na mały koniec świata w telewizji śniadaniowej, ostatecznie nie wiadomo, czy czeka ją nowa rola, czy może w najlepszym razie zapomnienie. Tak jak inne kobiety, które dotąd nie reagowały, przymykały oko, uważały lepkość kolegi i „romanse w pracy” za lokalny folklor.

Niepokój Alex jest niczym w porównaniu z cierpieniem ofiar Mitcha, jednak to nie one zostały wykreowane na główne bohaterki The Morning Show. Można się zastanawiać, czy to słuszne rozwiązanie, ale serial wybrał inną drogę – daje nam wgląd w perspektywę wielu stron, które w różnym stopniu ucierpiały w wyniku wieloletniego ukrywania postępowania Mitcha.

Superbohaterki z Teatru Bagatela w Krakowie

Oczywiście to Bradley, w którą wciela się Witherspoon, jest tu inicjatorką i katalizatorem zmiany. Dzięki jej aktywności – początkowo wynikającej z cynicznej gry Alex – i perspektywie outsiderki może nastąpić seria ujawnień i niewygodnych pytań. Ale choć to przyzwoicie napisana postać, nie dostaniemy tu niczego ponad to, czego się spodziewamy. Istotna jest natomiast ilość czasu, jaką poświęcono historiom pokrzywdzonych kobiet – i dostajemy tu nie ogólniki, ale ich wypowiedzi, wspomnienia, kłótnie i zmagania ze sobą.

Ich historie nie sprowadzają się ani do jednego wyobrażenia o molestowaniu seksualnym, ani do nieprawdziwej symetrii spod znaku „każdy ma swoje spojrzenie na tę sytuację”. Twórcy dają odpór tego rodzaju szkodliwym banałom w jednej ze scen, podczas której aż zaschło mi w ustach z napięcia. Kiedy Mitch próbuje bratać się z przyjacielem, którego uważa za pokrzywdzonego przez #metoo, istotna wydaje się fałszywa świadomość, którą ujawnia: to nie oni są „prawdziwymi oprawcami”, których powinna spotkać kara. Są niezrozumiani, pokrzywdzeni, niewysłuchani. Moment, w którym następuje niechciany efekt lustra, jest jednym z najmocniejszych fragmentów całego serialu. Podziwiam odwagę twórców w podejmowaniu tego rodzaju ryzyka, graniu na granicy oburzenia widza, sprawnym odtwarzaniu zgnilizny przemysłu telewizyjnego i toksycznej męskości.

Gillette uczy, jak elegancko poderwać mamusię i być dobrym tatusiem

Sceny The Morning Show, w których zbliżamy się do kobiet oskarżających Mitcha o molestowanie seksualne czy wykorzystywanie pozycji władzy w stosunkach seksualnych, wbrew pozorom nie oferują żadnego rozwiązania, nie dają też nadziei na oczyszczenie. Obraz nie komplikuje się jednak w rezultacie wprowadzenia odmiennych perspektyw uczestników i uczestniczek tych wydarzeń, ale rozpoznania, w jak niewielkim stopniu zdajemy sobie sprawę z wszechobecności przyzwoleń, bierności i akceptacji. I jak bardzo korzystne w skali prestiżu, ekonomii i towarzyskiej popularności bywa to nie tylko dla oskarżonych mężczyzn, ale także ich „wyrozumiałych” koleżanek.

The Morning Show jest najbardziej istotnym i emocjonującym, przyklejającym do ekranu serialem w tych scenach, w których przyglądamy się postaciom, które próbują zapanować nad chaosem. Jedni – nad chaosem, który sami stworzyli. Inni – nad chaosem, który niszczy ich pracę i życie, mimo że nie podjęli w tej sprawie żadnej decyzji. Zajmujące jest śledzenie losów takich bohaterów jak Chip, producent programu, postać z jednej strony odstręczająca, cyniczna, wybuchowa i współodpowiedzialna za normalizację molestowania seksualnego. Z drugiej jednak to bohater, który staje się ludzką ruiną, przygniecioną stresem i rozpaczą, a jednocześnie fantazjującą o naprawieniu tego, co złe i powrocie do standardowego formatu.

Mężczyźni objaśniają mi świat

czytaj także

Na marginesie warto dodać, że małym majstersztykiem serialu jest ukazanie rozpadającej się rodziny Alex. Kłótnie kobiety z nastoletnią córką mogłyby stać się klasycznym wyrzutem – zajęta karierą zaniedbała swoją rolę matki. Twórcy wykonują jednak scenariuszowy piruet, pokazując emocjonalną manipulację dokonywaną przez córkę na matce. Wreszcie złość Alex, która znajduje ujście w zaskakująco spektakularnym zdaniu: „Fuck you, kid!”

The Morning Show pełny jest scenariuszowych detali, które składają się na bardzo precyzyjny, złożony efekt końcowy. Z niejakim zaskoczeniem stwierdzam, że jest to jedna z najbardziej emocjonujących produkcji, jakie oglądałam w ostatnich miesiącach. Pasjonująca, wciągająca i nieoczywista fabularnie. Oczywiście bez problemu możemy znaleźć kilka istotnych wad – od niektórych kreacji aktorskich, przez próbę stworzenia panoramy przypadków, po dwuznaczność dokonywania zmiany w ramach fabuły serialu bez postulowania fundamentalnej zmiany w przemyśle telewizyjnym i filmowym. W ostateczności okazuje się jednak, że wbrew nadziejom Alex pranie brudów we własnym domu przestało być już możliwą opcją.


Bio

Olga Szmidt

| Krytyczka literacka i telewizyjna, pisarka non-fiction
Olga Szmidt – krytyczka literacka i telewizyjna, pisarka non-fiction, doktor literaturoznawstwa. Autorka kilku książek: „Odkrywanie Ameryki”, „Kownacka. Ta od Plastusia”, „Autentyczność: stan krytyczny. Problem autentyczności w kulturze XXI wieku”. Redaktorka naczelna portalu Popmoderna, stale współpracuje z „Czasem Kultury”. Pracuje na Wydziale Polonistyki UJ, mieszka na krakowskim Kazimierzu.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.