Film

W samotnym miejscu [o serialu „Dare Me”]

Dare Me Netflix recenzja

W pewnym sensie „Dare Me” wydaje się dosłownym spełnieniem obietnicy kryjącej się w nazwie gatunku: „thriller psychologiczny”. Zajrzyj, widzu, do cudzej głowy – i zadrżyj!

Nie czytałam powieści Megan Abbott, na podstawie której powstało Dare Me – psychologiczny dreszczowiec o nastoletnich cheerleaderkach, najnowszy serial stacji USA (tej od Mr. Robota) od marca dostępny w Polsce na Netfliksie. (Dziesięć odcinków w staroświeckim 45-minutowym formacie – czy was też tak męczą seriale krojone w przeciągnięte, godzinne kolubryny?). Co więcej, bardzo długo byłam przekonana, że autorka – debiutująca teraz na fotelu telewizyjnej showrunnerki – jest tą samą osobą, która stworzyła Pamiętnik księżniczki. Perwersja tego zestawienia bawiła mnie bardzo, miałam nawet na ten temat roboczą teorię, póki nie wyszło na jaw, że Megan Abbott i Meg Cabot bynajmniej nie są tą samą osobą, i tych dwóch pisarek nie łączy raczej nic poza pokoleniem i dorastaniem w sąsiadujących ze sobą stanach Midwestu. No, ale też Midwest jest tutaj kluczowy.

Co to się odTRUMPowuje?

Dare Me dzieje się w niewielkim mieście w Ohio – „miasteczko” byłoby tu niewłaściwym słowem, sugerującym nawet jeśli niechcianą, to jednak bliskość, więzi społeczne, tymczasem mamy tutaj do czynienia z opustoszałym miastem, skąd i w którym wszędzie jest daleko. Akcję przerywają miękkie, niemal deliryczne pasaże po bardzo pustych i bardzo szerokich ulicach, postindustrialnych ruinach i oczywiście po typowych amerykańskich suburbiach, po których nie sposób poruszać się na piechotę. Te płaskie, niemal wyludnione krajobrazy pasa rdzy znajdują kontrapunkt w poetyce dużych zbliżeń na ciała nastoletnich bohaterek – w trakcie maksymalnego wysiłku fizycznego podczas wyczerpujących treningów, jak również malowania twarzy, picia, omdlewania. W końcu – wspominania.

Kamera nie przykleja się do postaci w celu zarejestrowania bliskości, lecz jej rozpadu. To opowieść o schyłku pewnej przyjaźni i nowym, emocjonalnie toksycznym zauroczeniu w świecie, w którym nie wydarza się nic poza erozją (architektury, społeczności, miłości), a jedynymi biletami dokądkolwiek są wojsko (dla chłopców) i stypendia sportowe (dla dziewczynek).

Beth (Marlo Kelly) i Addy (Herizen F. Guardiola) są cheerleaderkami. I przyjaciółkami przez całe życie: kiedy Beth rządziła drużyną jako Charyzmatyczna Kapitanka, Addy była jej prawą ręką, jej Porucznikiem. Ale teraz Addy się emancypuje – tak jakby. Na czele drużyny staje nowa trenerka, Colette French (tak właśnie, proszę się śmiać do woli; w tej roli aktorka Willa Fitzgerald, twarz z porcelany, spojrzenie ostre jak żyletka, kandydatka na czarny charakter tego sezonu telewizyjnego, postać emocjonalnie przerażająca). Addy wpada jak śliwka w kompot w rolę drużynowej ulubienicy, właściwie asystentki. Nie musi być już na każde skinienie i rozkaz najlepszej przyjaciółki, wychodzi z jej cienia. Trenerka French pozwala uwierzyć jej w szanse na stypendium, na wyrwanie się z tego pustego, smutnego miasta.


Amerykańska emisja Dare Me nałożyła się w styczniu z premierą netfliksowego dokumentu w sześciu częściach pt. Cheer o mistrzach kraju w cheerleadingu z prowincjonalnego teksańskiego college’u; dwa seriale były często recenzowane razem. Trochę na zasadzie przeciwieństw (formatu i estetyki, tu fabularny dreszczowiec, tam dokument itd.), które łączy temat i kierunek: rozgrzebanie cheerleadingu jako figury amerykańskiej wyobraźni.

Z polskiej – czy pewnie w ogóle nieamerykańskiej – perspektywy jest to dłubanie w popkulturowej, znaturalizowanej kliszy, ideale genderowym, który jest też ideałem hierarchii szkolnej (a co za tym idzie, społecznej). Cheer i Dare Me rymują się w dwóch kwestiach: potraktowaniu cheerleadingu przede wszystkim jako sportu, to raz, i dwa, relacji z męskością. Drużyna Cheer jest koedukacyjna, młodzi mężczyźni są po prostu częścią drużyny; w Dare Me zaś nastoletni chłopcy są obecni jedynie epizodycznie. Cheerleading zostaje zupełnie wycięty ze stereotypowej mapy szkolnych zależności, w których drużyna dziewczyn jest czymś pomiędzy analogicznym odpowiednikiem a „przystawką” drużyny futbolowej. Tu futbol pojawia się w kontekście inwestycji w budowę wielkiego stadionu, ale nie relacji z rówieśnikami. Drużyna trenuje na swój własny rachunek. Reszta szkolnej społeczności na dobrą sprawę mogłaby nie istnieć.

Joanny Jędrusik lista lektur na czas pandemii

Oczywiście cheerleading jest sportem, który maskuje wysiłek; im jest on mniej widoczny, tym lepiej. Ciała mają się unosić sprężyście, lekko. Jest w tym coś z baletu, mordercza praca mięśni za pięknem choreografii, która przeciążenie przemienia w latanie. Przywodzi to trochę na myśl Lilie wodne, debiut Céline Sciammy sprzed trzynastu lat, ostatnio, za sprawą Portretu kobiety w ogniu, na nowo oglądany: tam dziewczęca psychodrama kręciła się wokół basenu, w którym trenuje drużyna pływania synchronicznego, też sportu uprawianego prawie wyłącznie przez kobiety i dziewczęta, tańca w wodzie w brokatowym makijażu i z farbą na włosach.

Ale w cheerleadingu synchronizacja nie jest punktem dojścia, tylko morderczym warunkiem, zero-jedynkowym zakładem. Gdy w drużynie siatkarskiej jedna osoba popełni błąd, można stracić punkt; jeśli komuś za mocno zadrży nadgarstek lub kolano w piramidzie cheerleaderek – traci się zęby. W najbardziej chyba makabrycznym odcinku Dare Me jedna z dziewcząt wyłamuje się na moment z przećwiczonego rytmu – chwilę później zęby koleżanki lecą na matę w chluście krwi. (Pierwsza myśl – Carrie!). Ze szczęki zostaje krwawa miazga.

Pożegnanie z peruką [o serialu „Unorthodox”]

Przy całym zbliżeniu na konkret sportowego trudu wszystkie te diabelsko trudne atletyczne układy pracują także jako metafora – nie tylko jako przepustka do lepszego świata, ale obraz bolesnych relacji pomiędzy nastoletnimi dziewczynami, przyjaźni poplątanych jak przepocone rzemyki na ich nadgarstkach, przyjaźni większych niż życie, o temperaturze melodramatu.

Przy całym zbliżeniu na konkret sportowego trudu wszystkie te diabelsko trudne atletyczne układy pracują także jako metafora.

Wspólna, wieloletnia historia i maksymalna bliskość pomiędzy głównymi bohaterkami nie są tu oparciem, ale ciężarem: obserwujemy je w momencie kryzysu, kiedy każdy nieodebrany telefon i brak odpowiedzi na SMS-a nabrzmiewa od znaczeń. Jedna strona nadal chciałaby spędzać całe dnie z drugą, którą niesie gdzie indziej; na horyzoncie majaczy rozstanie. Rozstanie w najbardziej dramatyczno-intymnym znaczeniu, najlepsze przyjaciółki są przecież miłościami swojego życia: byłoby tak nawet bez pulsującej pod spodem erotycznej magmy, która nigdy nie zostaje ujęta w słowa. To tego rodzaju przyjaźń, która stanowi trzon tożsamości – samo przeczucie jej rozpadu wywołuje paniczne reakcje, rozpaczliwe przeciwdziałanie mu przypomina zaś żmudną i mało efektywną fizyczną harówkę, pozostawanie w ciągłym napięciu i paranoi, gdzie każdy nieprzewidziany ruch prowadzi do, no właśnie, krwawej miazgi z serca.

Genialna przyjaciółka, pojedynczo

Jednocześnie Dare Me nie sentymentalizuje przeszłości tej relacji: pokazuje nawarstwienie trudnych doświadczeń, nierówności, potencjał psychologicznej manipulacji, to, jak i w przyjaźni możliwa jest hierarchia i władza. Poza tym, wiadomo: niedobrze, kiedy dzieci nawzajem sobie matkują. Zażyłość jednej z dziewczyn z nową trenerką ma smak zdrady, ale jest też odtworzeniem jakiegoś wzorca zależności.

W pewnym sensie Dare Me wydaje się dosłownym spełnieniem obietnicy kryjącej się w nazwie gatunku: „thriller psychologiczny”. Zajrzyj, widzu, do cudzej głowy – i zadrżyj! Oczywiście, jak przystało na kryminał, mamy tu również i trupa, ale jest to trup, który nie wiem, czy zasługuje na choćby etykietkę McGuffina. Wrażliwość Megan Abbott dość dobrze prezentuje jej wybór ulubionych filmów z prestiżowej (i otaczanej przez co niektórych kultem) kolekcji Criteriona: Pustka Nicholasa Raya, Trzy kobiety Altmana, Noc myśliwego Charlesa Laughtona. W pewnym sensie Dare Me jest rozpisaną na dziesięć odcinków medytacją nad rozpadem relacji i psychologiczną przemocą – trenerka może i śmiesznie się nazywa, ale jest zimnokrwistą co najmniej socjopatką, przerażającym dorosłym nadużywającym emocjonalnie swoje podopieczne. Serial śledzi cierpliwie każdy jej gest, każdy niby-przypadkowy dotyk.

Nie dzieje się tu za dużo – umiem sobie wyobrazić, że w wymiarze fabularnym Dare Me mogłoby być opowieścią zamkniętą w dwóch godzinach filmu. Ale na tym polega siła tego serialu i jego formalna samoświadomość (nie mylić, co się czasami krytykom filmowym zdarza, z telewizyjnym rozwleczeniem).

Ania Shirley kontra Emily Dickinson

czytaj także

Stwierdzenia typu „opowieść trafiła w swój czas” pobrzmiewają banałem, ale co zrobić. Dare Me traktuje o dramatycznej zmianie, która przeniknęła przez ciała i najważniejsze relacje i odwróciła życie do góry nogami, ale nie została jeszcze do końca zarejestrowana, zaakceptowana, ujęta w słowa. To jeszcze ten moment, w którym trudno wyobrazić sobie kolejny dzień; tak naprawdę trudno wyobrazić sobie kolejnego SMS-a. Dare Me wydarza się w niewydarzaniu, niespełnieniu, oczekiwaniu na krwawy wybuch jako potwierdzenie nieodwracalnej i traumatycznej zmiany. I w tym sensie jest pasjonującym antykryminałem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Klara Cykorz
Klara Cykorz
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa
Kulturoznawczyni, krytyczka filmowa. Laureatka Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2018). Na łamach „Dwutygodnika” prowadzi autorski cykl „Gadanie” poświęcony serialom telewizyjnym.
Zamknij