Czytaj dalej

Zbrodnia to niesłychana – może ten pan kochał pana?

„Słowacki. Wychodzenie z szafy” okładka

Wśród członków „dworu” Mickiewicza widzę tylko bliskość wynikającą z przynależenia do tej samej grupy, wspólne, dość rubaszne żarty dobrze znających się mężczyzn. Nie ma tego skoku w przepaść, rażenia gromem, o jakim piszą doświadczeni nimi Zygmunt i Juliusz. Z Martą Justyną Nowicką, autorką książki „Słowacki. Wychodzenie w szafy”, rozmawia Krzysztof Tomasik.

Krzysztof Tomasik: Jesteś autorką książki, w której proponujesz nowe spojrzenie na Juliusza Słowackiego, także pod kątem nienormatywności seksualnej. Zbieranie materiałów i pisanie zajęło zapewne ładnych kilka lat. Czy w tym okresie zdarzyła ci się taka sytuacja jak Jarosławowi Iwaszkiewiczowi, który pisał w Dzienniku o chłopaku zobaczonym w autobusie: „dość nikły, wątły, o olbrzymich oczach, położonych w niezwykle głębokich oczodołach, mówił szybko i wesoło. Miał czarne potargane włosy. Przypominał Słowackiego. Wyobraziłem sobie, że Julek także tak mówił (bo jakoś musiał mówić), że był taki młody i chyba czasami ożywiony”?

Marta Justyna Nowicka: Właściwie, żeby przypominał konkretnie Julka, to nie, nie zdarzyło mi się – niestety! On był niesamowicie niepowtarzalny. Osoba, która miałaby go przypominać, musiałaby mieć tę jakąś skazę, przekleństwo w oczach, niezgodę na bycie „gorszym sortem”, drugim po Mickiewiczu, nigdy pierwszym, i jednocześnie zgodę na własną inność, a wydaje mi się, że trudno taki zestaw burzliwych cech dostrzec przez chwilę we współpasażerze…

Za to zdarza mi się w podziwie zapatrzeć na osobę, niezależnie od płci, która ma XIX-wieczny styl, przemyślaną niedbałość, nonszalancki urok. Takim porażająco pięknym dandysem, całym jak wiatr – we włosach, w płaszczu – jest dla mnie na przykład Jacek Dehnel. Generalnie jeśli taka osoba jest mężczyzną, to moja pierwsza myśl jest zawsze taka sama: gdybym była chłopcem, podrywałabym go jak szalona… A tak, jako osobie mało atrakcyjnej seksualnie dla mężczyzn dumnych, wyniosłych, pięknych, posągowych, poetyckich i – przede wszystkim – zainteresowanych głównie innymi takimi mężczyznami – pozostaje mi ich tylko podziwiać. I z podziwem opisywać.

Myślę, że może odczuwając w ten sposób, przypominam trochę mojego bohatera. Słowacki ma w sobie zainteresowanie kobietami jako potencjalną możliwość. Tylko tyle i aż tyle. Często mówi: „byłbym się w tej pannie zakochał szalenie, ale…”. Zawsze ma jakieś „ale”.

Co sprawiło, że zajęłaś się Słowackim? Nie jest to twórca, który obecnie wywołuje szczególną ekscytację, większości z nas został dość skutecznie obrzydzony w szkole.

Chyba jego dziwność była głównym kryterium. I wyrazistość. To nie było tak, że nagle zapałałam miłością do Juliusza, choć on zawsze istniał w moim życiu i był związany z jakimiś drobnymi sukcesami – w podstawówce recytowałam jego wiersz w ramach konkursu, w liceum w ramach wypracowania Dalsze losy „Kordiana” umieściłam bohatera Słowackiego na chmurze haszyszu nad Mont Blanc, a na studiach to już było dużo zachwytów: Balladyna, do której stale wracam, Anhelli, Beatryks Cenci. A w nich – nie tylko XIX-wieczny styl, który mi odpowiada, ale też ogromne emocje, tragiczne wybory, feeria barw. Poza romantyzmem uwielbiam jeszcze antyk i współczesność – podobną krwistość bohaterów co w Beatryks Cenci znajduję choćby w dramatach Sarah Kane i prawdę mówiąc, marzę o tym, by za Słowackiego zabrał się Krzysztof Warlikowski…

Ale wracając do mojego zajmowania się Juliuszem – na doktorat poszłam z planem zajmowania się postacią podobną i różną, też dandysem – rozpoznawalnym nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Niestety, Marcel Proust nie mógł stać się przedmiotem mojego – jako filolożki polskiej – doktoratu; mógłby być nim ewentualnie przekład Boya-Żeleńskiego. Marcel, Tadeusz, Oscar (Wilde), Juliusz… Chyba zawsze interesowało mnie to szacowne grono i intuicyjnie czułam w tych czarujących panach jakiś wspólny mianownik.

Zafascynowana Balladyną zapoznałam się z pozostałymi tak zwanymi kobiecymi tragediami Słowackiego (Balladyna, Lilla Weneda, Beatryks Cenci) i… poczułam, że jestem w próżni, że kręcę się w kółko. Widziałam wspaniałe postaci, ale mogłabym pisać jedynie o aktorkach, które się wcielały w te role (swoją drogą to też wspaniały temat, ale moja specjalność to jednak literatura, a nie teatr). Poczułam, że może wskazówki w rozumieniu przedziwnych twórców można szukać w nich samych, a nie tylko w ich dziełach. Zaczęłam się zagłębiać w biografie, listy… To ostatnie przyszło mi szczególnie łatwo, bo lubię powieści korespondencyjne, lubię pisać i czytać listy, fascynuje mnie rozwój w dziedzinie komunikacji pośredniej, wszelkiego rodzaju zapiski dla drugiego człowieka.

Słowacki. Wychodzenie z szafy

czytaj także

Słowacki. Wychodzenie z szafy

Marta Justyna Nowicka

Świetnie, że doszliśmy do korespondencji, bo mam wrażenie, że w Słowackim. Wychodzeniu z szafy właśnie korespondencja jest najważniejsza! Z kolei pod koniec ubiegłego roku to listy stały się „dowodem” na homoseksualność Chopina. Jak zareagowałaś na tamtą debatę? Nie bałaś się, że kiedy ukaże się książka, także ciebie spotkają zarzuty, że nie umiesz czytać romantycznej konwencji i nadinterpretujesz listowną serdeczność? (śmiech)

Moją pracę zaczęłam pisać w 2013 roku, a jej pomysł kiełkował we mnie już pod koniec 2011 roku, więc bardzo mi przykro, ale naprawdę nie ściągałam od autorów tez na temat orientacji psychoseksualnej Chopina. (śmiech) Tamta debata mnie nie zdziwiła, po prostu postawiła kolejną osobę w szeregu mężczyzn, których biografie to nie heterobiografie. Choć przyznaję, wolę listy Słowackiego od tych fragmentów listów Chopina, które poznałam.

Moim zdaniem fragmenty listów Słowackiego cytowane przeze mnie w książce przekonają każdego, że jego styl „kolegowania się”, jego specyfika i intensywność relacji męsko-męskich mocno odbiegały chociażby od relacji między filomatami. Właśnie w korespondencji widać to doskonale! W książce obszernie cytuję różne listy romantyczne, wszystkie „w konwencji”, tego stylu nie da się pomylić ze stylem żadnej innej epoki, a jednak pokazujące mnogość odcieni tej serdeczności u różnych autorów i w różnych relacjach korespondencyjnych.

Wydaje mi się, że nie da się nie widzieć „subtelnej” różnicy między opisem „najczystszego pocałunku w czoło od samego Arcypromienistego”, jakim obdarzali się fizycznie i przesyłali sobie w listach członkowie Towarzystwa Przyjaciół Pożytecznej Zabawy, a opisem uczuć, jakie Słowacki i jego poezja budzą w Krasińskim, a budzą w nim, cytuję: „mieszaninę złożoną ze wstrętu i ponęty co każe razem twoim stopom cofać się od brzegu przepaści, a głowę twoją ku niej podaje i serce nachyla, aż ciebie całego rzuci w głąb!”. Albo, znów Zygmunt do Juliusza: „Dotknąłeś palcem […], położyłeś dłoń całą, jako szeroka, na duszy mojej, tak, że dusza odjękła: »Prawda!«”.

Wśród członków „dworu” Mickiewicza widzę tylko bliskość wynikającą z przynależenia do tej samej grupy, wspólne, dość rubaszne żarty dobrze znających się mężczyzn. Nie ma tego skoku w przepaść, rażenia gromem, o jakim piszą doświadczeni nimi Zygmunt i Juliusz. Ta różnica jest moim zdaniem tak znaczna i znacząca jak między „kocham cię” mówionym przez matkę do dziecka a zdaniem typu: „kochaliśmy się wczoraj i było nam cudownie”, które mówią do siebie kochankowie. Zupełnie, ale to zupełnie inny rodzaj fizyczności, miłości i serdeczności.

Żeby uświadomić sobie inność korespondencji Słowackiego i Krasińskiego, wystarczy je porównać na przykład z listami Mickiewicza czy Zana. Nie wiem, jakim cudem „tysiąc lat” przed swoim coming outem Maria Janion widziała w korespondencji Henry’ego Reeve’a i Zygmunta Krasińskiego typową (!) romantyczną przyjaźń, w której jeden przyjaciel o drugim marzył jak o narzeczonej (!). Z upływem lat jej osąd zaprezentowany w książce Zygmunt Krasiński: debiut i dojrzałość z 1962 roku na szczęście przestał być tak kategoryczny.

To podejście Janion wydaje mi się w jakimś sensie zrozumiałe, wszyscy jesteśmy dziećmi swoich czasów, gdyby ona w 1962 roku zaczęła rozbrajać heteromatrycę Krasińskiego, byłoby to trochę jak wystrzelenie się w kosmos. Te mity o ukochanych kobietach naszych wieszczów są właściwie jakimś dogmatem, jesteśmy tym przesiąknięci, to funkcjonuje od wieków nawet w kulturze popularnej. Jest taki przedwojenny przebój Miry Zimińskiej, który napisał dla niej Hemar: monolog Maryli Wereszczakówny opowiadającej, że dzięki temu, że poskąpiła swoich wdzięków Mickiewiczowi, a Ludwika Śniadecka – Słowackiemu, oni cierpieli i stworzyli wybitne dzieła, stali się wielcy, a Krasiński to „słabszy wieszcz” ze względu na Delfinę Potocką, która „mu nie odmawiała”.

Mam wrażenie, że słyszałam ten utwór i jest tak heteronormatywny i tłumaczący losy świata za pomocą jednego czynnika, że trudno bardziej. (śmiech)

Z twojej książki wyłania się historia niezwykłego romansu dwóch wieszczów, która skłania do pytania: czy to właśnie Krasiński był największą miłością Słowackiego?

Hm, mam wrażenie, że Słowacki kocha jeden typ postaci – jego początkiem jest Ludwik Spitznagel, potem pewne cechy ma Michał Rola Skibicki – a faktycznie najpełniej możemy obserwować ślady, które pozostawiło po sobie uczucie między nim a Zygmuntem. Chyba w ogóle wierzę, że nasza pierwsza fascynacja, często później nazywana przez biografów – jeśli takich mamy – pierwszą miłością, ma ogromny wpływ na nasze życie. Poczucie dowartościowania, dopełniania się z jakimś typem osoby, spełnienie, które osiągamy – lub nie.

Im dłużej o tym myślę, tym bardziej przemawia do mnie koncepcja Tomasza Kitlińskiego i Mateusza Skuchy, że pisanie Słowackiego to nieustanny zapis braku. Zabrakło pełnego rozwoju relacji między Ludwikiem, którego interpretuję jako Tego Pierwszego (przypomnę – Ludwik Spitznagel popełnił samobójstwo), jakichś wydarzeń, ich wspólnej historii. Słowacki potem żyje, nie mogąc otrząsnąć się z melancholii i wrażenia, że nikt nie jest wystarczająco dobry, interesujący, pociągający. Odrzuca dziesiątki kobiet, bo za głośno się śmieją albo robią coś podobnie – jego zdaniem – odrzucającego. Kiedy znajdują się wzajemnie z Krasińskim – są zachwyceni, zauroczeni, zachłyśnięci, toną w tym uczuciu, w podziwie, w szczęściu. Nie znalazłam żadnego opisu większego uczucia u Słowackiego.

My, lud queerowy

Potwierdzisz moją intuicję, że w relacji z Krasińskim to Słowacki był stroną mocniej zaangażowaną?

Potwierdzę. (śmiech) Myślę, że Krasiński jako człowiek będący w wielu relacjach jednocześnie, wręcz bardzo wielu (dziś może użylibyśmy określenia „poliamoryczny”, ale zdaniem teoretyczek poliamorii ta koncepcja zakłada uczciwość wobec osób, z którymi jest się w relacjach, a tą się niestety Zygmunt nie charakteryzował), tylko w niewielu z nich był stroną bardziej zaangażowaną. Joanna Bobrowa w relację z nim wręcz się przeangażowała – do końca życia nie mogła się uporać z tym, że poeta przestał się z nią spotykać, a zaczął intensywniejszy romans z Delfiną Potocką.

Z Juliuszem nie było aż tak źle, choć na pewno zmiana specyfiki jego relacji z Zygmuntem i ich coraz bardziej odmienne poglądy nie były dla niego łatwe do zaakceptowania. Przypomnę tylko: Juliusz to zwolennik idei uwłaszczenia chłopów, pragnący tak zwanej świętej anarchii, a Zygmunt to arystokrata, który po młodzieńczych buntach przeciwko Kościołowi coraz bardziej oddalał się od idei równości społecznej.

Życie Krasińskiego domaga się nowoczesnej biografii, ale przydałoby się, żeby ten romans dwóch wieszczów zaistniał też w podręcznikach szkolnych.

Nie wiem, czy to wymaga aż przepisania podręczników. Nie zawsze muza albo muz ma aż takie znaczenie. Ale na pewno warto wziąć poprawkę na możliwość istnienia męskich inspiracji dla mężczyzn.

„Hiacynt”: Kino zawstydzone

To przejdźmy do naprawdę najważniejszej relacji Słowackiego, czyli niezwykle mocnej więzi, jaka łączyła go z matką. Jego listy do niej to wręcz kopalnia tematów, ale najciekawsze jest oczywiście, w jaki sposób się w nich kreował, jak podkręcał na przykład swoje znajomości z kobietami. Wydaje mi się to niezwykłe, to jest schemat pozowania przed rodzicami na heteryka, przynajmniej w jakimś okresie życia, który bardzo dobrze zna większość współczesnych gejów.

Też to widzę w ten sposób. On tworzy taki wachlarz z kobiet, które faktycznie istnieją w jego życiu, ale ich znaczenie jest epizodyczne. Rozkłada go przed matką w ramach specyficznej gry pozorów, podtrzymywanej głównie dla niej. To taki teatr jednego aktora dla jednego widza.

Już Jan Zieliński nazwał sposób, w jaki Słowacki pisze o swoich relacjach z kobietami, „strategią balonową”. Na początku listu wypuszcza „próbny balon”, czyli podaje pozornie nieistotną – a w rzeczywistości najważniejszą – informację. Po wypuszczeniu balonu poeta nagle zmienia temat albo milknie. Informacje w listach do matki z lat 1833–1835 o ważnych dla niego w tym okresie mężczyznach, ilości i jakości spędzanego z nimi czasu Słowacki „przykrywa”, tuszuje, czy może raczej ukrywa pomiędzy oczekiwanymi przez matkę opowiastkami o kobietach.

Na przykład zamiast o Angliku, z którym faktycznie – jak wiemy z innych źródeł – się wtedy spotykał, matce pisze o… Angielce, obdarzając ją cechami Anglika. Czasem zwodzi matkę, używając liczby pojedynczej zamiast mnogiej, na przykład w przypadku Charles’a Guigona i ich wspólnego pobytu w górach. Stara się zataić faktyczną obecność przyjaciela, „manifestacyjne podkreślając swoją samotność”. Czy to nie brzmi znajomo?

A jednocześnie obok tej kreacji istnieje potrzeba – i to jest też bardzo uniwersalne – żeby tej matce, która naprawdę jest dla niego ważną osobą, się zwierzyć, naprowadzić ją na właściwy trop. Dlatego w jednym z listów oznajmia wprost, że nigdy się nie ożeni: „nie chciałbym niszczyć Twoich marzeń… a jednak zdaje mi się, że ja wiecznie na samotność skazany jestem, bo mojej żonie ciężarem być nie myślę”. Temu samemu chyba służy przyjmowanie przez niego w pewnym okresie żeńskiego imienia i pozowanie w listach na kolejną „córeczkę” pani Salomei.

Uderzające są momenty, w których Juliusz decyduje się powiedzieć coś, co nie będzie dla matki tak łatwe do przełknięcia jak bajki o jej cudownym synu, zdobywcy serc niewieścich, jakie tworzy specjalnie dla niej. Przyjmując imię „Zosia”, wiedział, że tym jej nie zrani. I zdecydowanie zgadzam się, że ma do niej mnóstwo szacunku, czułości, stara się wychodzić naprzeciw jej potrzebom.

Twoja książka jest na rynku krótko, a już doczekała się kilku recenzji, udzielasz kolejnych wywiadów, nawet „Super Express” napisał o skandalicznym romansie dwóch wieszczów. (śmiech) Wielu autorów marzy o takiej reklamie!

Moim zdaniem to nie książka spotkała się z zainteresowaniem, tylko teoria o „Słowackim geju”, traktowana niestety jako plotkarskie roztrząsanie „intymnych spraw”. Jakby to, kto nas wspiera finansowo, komu zapisujemy coś w testamencie, z kim chcemy umrzeć, z kim podróżujemy i zwiedzamy świat, było „sprawą prywatną” tylko wtedy, gdy nie dotyczy naszego hetero małżonka/małżonki.

Prawdę mówiąc, rozgłos w żaden sposób nie przekłada się na moje życie, wywiady angażują mnie emocjonalnie i czasowo, ale dalej pracuję na etat w branży i na stanowisku zupełnie niezwiązanym z romansami ani skandalami. (śmiech) Postanowiłam dbać o własne zdrowie psychiczne i nie czytać komentarzy na Onecie, zwłaszcza gdy i tak znajomi mnie informują, że według autorów tych komentarzy wpisałam się w modę – no cóż, homoerotyka interesowała mnie, zanim to było modne. A że uważam, że ludzie w XIX wieku też mogli kochać przedstawicieli tej samej płci albo i tych, i tych? No tak, to skandal.

Rozbroiła mnie też informacja, że ktoś „wie lepiej”, bo przeczytał biografię Słowackiego. Podkreślam literę „ę” w słowie „biografię”, bo pracując nad doktoratem, na którego podstawie powstała książka, zapoznałam się chyba ze 150 książkami o Słowackim… Czy w związku z tym twierdzę, że tylko ja wiem, „jak było naprawdę”? Absolutnie nie. Moja książka to hipotezy, pytania, fragmenty tekstów do interpretacji. I to mnie wkurza, że pytana jestem głównie o to, czy Słowacki był gejem. Wiem, że niebinarność czy nieheteronormatywność to trudniejsze słowa, ale naprawdę warto ich czasem użyć. Nigdy nie określiłabym Słowackiego w ostatnich latach życia jako geja. Widzę go w różnych trójkątnych relacjach. Widzę go poza normą. I chciałabym, żeby jako takiego widzieli go i akceptowali moi czytelnicy i czytelniczki.

Kowalska przeżyła z autorką „Nocy i dni” 22 lata i stworzyła z nią nierozerwalny związek

A co się zmieniło w ostatnich latach jego życia? Dlaczego teza o nienormatywności seksualnej wtedy jest mniej oczywista?

Po przełomie mistycznym dla poety sprawy ciała wyraźnie straciły na istotności. Zmienia się jego światopogląd, a co za tym idzie – aktywności, marzenia, styl pisania listów i styl tworzenia jako artysty. Słowacki mistyczny to zupełnie inna postać, również jak najbardziej czekająca na opisanie, ale ja chyba lepiej czuję się, skupiając się na osobach, dla których ciało jest istotne. Uduchowionych twórców szczodrze pozostawiam innym badaczom.

Jest w historii literatury polskiej jeszcze jakaś postać, którą chciałabyś się zająć i o niej napisać?

Tak naprawdę relacje każdego z wieszczów to materiał na równie „sensacyjny” reportaż co mój (oczywiście kpię, nadal uważam, że daleko mi do miana skandalistki). To nie było tak, że interesując się Słowackim, pozostałych naszych wielkich poetów profetów odrzuciłam jako nudziarzy z żonami. (śmiech) Po przeczytaniu prawie 1000-stronicowej biografii Mickiewicza autorstwa jednego z moich ulubionych biografów, Zbigniewa Sudolskiego, wiem, że życie i grono towarzyskie Mickiewicza jest równie fascynujące i jest w tej biografii milion kwestii, na które warto spojrzeć z różnych perspektyw, które kiedyś nie były uznawane za istotne. Każdy z wieszczów doświadczał ceny geniuszu w zupełnie inny sposób…

Będziemy mieli swoich bohaterów [Dunin rozmawia z Tomasikiem]

Miałam plan, może nie zabraknie mi życia, sił i chęci, by opisać artystów nomadów jako grupę bez miejsca i skupić się na ich niedopasowaniu – wynikającym z różnych przyczyn – a powodującym u nich pragnienie nieustannej zmiany i pozostawanie w trwałym poszukiwaniu – czego? Siebie? Miejsca? Doświadczeń? Zaczynałam od naszych XIX-wiecznych emigrantów, ale chciałam dojść w mojej historii również do reprezentantów świata dzisiejszego, nawet podróżników instagramowych.

Czy pójdę w tę stronę, czy też posłużę się „kanapową” inspiracją i obejrzę trzeci raz Hannibala, by podziwiać i analizować z każdej możliwej strony fascynującą relację Hannibala Lectera z Willem Grahamem… i może wreszcie coś o nich napisać (pierwowzór okładki do doktoratu był inspirowany fanartem z Hannibala właśnie) – jeszcze nie zdecydowałam, ale na pewno bez pisania nie wyobrażam sobie dalszego życia. I na pewno chcę pisać o ludziach i ich przedziwnych i wyjątkowych relacjach.

**
Marta Justyna Nowicka – doktora nauk humanistycznych Uniwersytetu Gdańskiego w zakresie literaturoznawstwa, specjalność: literatura polska. Jest autorką kilkunastu artykułów naukowych. Kocha polski język i stara się zarażać swoją pasją do pięknych, dziwnych i brzydkich słów oraz porywającej literatury. Brała udział w takich inicjatywach jak: Studia na Horyzoncie, Lekcje bez klucza, Trójmiejska Kawiarnia Naukowa czy Doktowykłady. Współtworzyła projekt Rebelatorium – warsztaty z tworzenia gier planszowych. Od 2012 roku prowadzi kursy i zajęcia z języka polskiego jako obcego. Ma kotkę, która uwielbia leżeć na jej tekstach o Słowackim. Jej książka Słowacki. Wychodzenie w szafy ukazała się w październiku 2021 roku nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Krzysztof Tomasik
Krzysztof Tomasik
Publicysta, biografista
Publicysta i biografista, działacz LGBT, członek zespołu Krytyki Politycznej. Autor książek "Homobiografie. Pisarki i pisarze polscy XIX i XX wieku" (2008), "Gejerel. Mniejszości seksualne w PRL-u" (2012), "Seksbomby PRL-u" (2014), "Demony seksu" (2015), "Grażyna Hase. Miłość, moda, sztuka (2016). Redaktor tomu "Mulat w pegeerze" (2011). Prowadził seminaria biograficzne na Uniwersytecie Krytycznym Krytyki Politycznej.
Zamknij