Kraj

Czy nauczyciele zastrajkują we wrześniu? Rozmowa ze Sławomirem Broniarzem

strajk-nauczycieli-pikieta-7

Nie zaprzestaniemy walki, bo naszym celem jest poprawa polskiej szkoły, naszego miejsca pracy i miejsca nauki naszych dzieci. Jeżeli ta postawa zwycięży, to jedyną organizacją, która jest w stanie ten strajk zorganizować, jesteśmy my − Związek Nauczycielstwa Polskiego.

Katarzyna Przyborska: Czy wierzył pan, że rząd ustąpi, przystanie na porozumienie, wyciągnie rękę do nauczycieli?

Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego: Taka wiara była przed strajkiem. Sądziłem, że negocjatorzy po stronie rządowej mają świadomość odpowiedzialności, jaką na siebie biorą, że są świadomi sytuacji, w jakiej znajdują się nauczyciele i pracownicy oświatowi, że rozumieją znaczenie oświaty. Wydawało się nam, że strona rządowa zachowa się – tylko i aż – odpowiedzialnie. Nie oczekiwałem, że rzucą się nam w ramiona i powiedzą: dobrze, zgadzamy się na wasze propozycje – ale też nie sądziłem, że spotkamy się z takim usztywnieniem, bezczelnością i w zasadzie odmową negocjacji.

Z czego pan czerpał tę wiarę? Sposób wprowadzania reformy edukacji od samego początku wskazywał na to, że jest chaotyczna, nieprzemyślana i nie za bardzo wiadomo, czy po drugiej stronie jest ktoś kompetentny, z kim można poważnie rozmawiać.

Ale przecież rząd miał informacje o fatalnych nastrojach, miał wyniki referendum strajkowego. Musiał wiedzieć, że po trzech latach wprowadzania reformy sytuacja jest zła jak nigdy dotąd.

Sadura: Można naprawiać mądrzej

czytaj także

Przez trzy lata wmawiał nam, że reforma jest dobrze przygotowana, policzona i nikt na niej nie ucierpi. Okazało się, że to nieprawda, na wdrażanie reformy brakuje pieniędzy, a wielu grup społecznych czuje się oszukanych i wkurzonych, bo płacą za błędy ministry Zalewskiej. Pojawiło się wyraźne żądanie wzrostu płac nauczycieli, bo dziś nauczyciel na starcie zarabia 1800 zł. Rodzice też oceniali tę reformę źle. Dlatego 10 stycznia podjęliśmy decyzję o wejściu w spór zbiorowy.

W wyniku trzyletniej reformy pracę straciło i straci kilkanaście tysięcy pracowników oświaty, w tym wielu zmuszonych do przejścia na wcześniejszą emeryturę. Mieliśmy świadomość, że sytuacja naprawdę jest bardzo trudna i jeśli nie chcemy popaść w totalną degrengoladę, trzeba głośno zaprotestować.

Sadura: Zerwijmy z tradycją zaczynania każdej reformy edukacji od zaorania tego, co zbudowali poprzednicy

Jeśli za granicą mówiło się o naszym kraju coś pozytywnego, to właśnie o jakości edukacji, a ta reforma ją niszczy. Mieliśmy nadzieję, że coś z debaty publicznej o skutkach reformy dociera do rządzących, że w PiS będzie jakaś refleksja.

Okazało się jednak, że deklaracje są puste, że reforma jest przeprowadzana w sposób dyletancki, i tak ma właśnie być. Czy nie lepiej było zatem zamknąć ten strajk w jednym tygodniu?

Jeśli za granicą mówiło się o naszym kraju coś pozytywnego, to właśnie o jakości edukacji, a ta reforma ją niszczy.

Przez pierwszy tydzień strajku byliśmy na fali wznoszącej. Zakończenie protestu w tym momencie byłoby całkowicie niezrozumiałe dla tych setek tysięcy strajkujących. Poza tym strajk zmusił rząd do rozmowy, więc pojawiła się nadzieja, że w końcu dojdzie do porozumienia.

Tak na marginesie − już po zakończeniu strajku pani wicepremier Szydło stwierdziła, że nie mówiło się nic o dzieciach. Że myśmy strajkowali, bagatelizując sprawę dzieci. Nic podobnego! My przez cały czas strajku podkreślaliśmy, że nie jest realizowany obowiązek szkolny, nie są realizowane podstawy programowe. To strona rządowa całkowicie pomijała fakt, że przez trzy tygodnie dzieci nie chodziły do szkoły i przedszkola, uznając, być może na podstawie sondaży, że strajk nie ma poparcia opinii publicznej.

Dziękuję wam za strajk [list do nauczycielek]

Po pierwszym tygodniu strajku mieliśmy przekonanie, że możemy wywalczyć więcej niż tylko wycofanie się z wydłużenia okresu awansu zawodowego czy nowego systemu oceniania pracy.

Czyli rezygnację ze zmian w Karcie Nauczyciela.

Tak. Sądziliśmy, że jeżeli pani premier Szydło zależy na edukacji, na nauczycielach i na szkole, to położy na stole propozycję, która będzie warta rozmowy. W końcu propozycja została złożona, tyle że to nie była propozycja dla nas. Propozycja rzekomego wzrostu wynagrodzenia do 8 100 złotych padła w mediach, została sprzedana przez telewizję. To było tylko na pokaz, informacja pozorna dla społeczeństwa. Bo z góry było wiadomo, że wszystkie związki zawodowe propozycję odrzucą. Nie tylko ZNP i Forum, ale także Solidarność. A to dlatego, że za tą propozycją szło relatywne obniżenie naszych wynagrodzeń – bo przy tej kwocie w przeliczeniu na jednostkę lekcyjną zarabialibyśmy o złotówkę mniej niż dotychczas.

Podwyżka miała być związana ze zwiększeniem pensum − liczby godzin lekcyjnych.

Tak. I to zostało skrzętnie wykorzystane przez Telewizję Polską. Powiedziano: zwiększamy nauczycielom pensum do 24 godzin, a średnie wynagrodzenie podnosimy o ponad trzy tysiące złotych. Pokazano społeczeństwu, że „ci nauczyciele” nie chcą pracować – my im dajemy trzy tysiące podwyżki, a oni odmawiają!

Strajki muszą być uciążliwe, inaczej nie będą skuteczne [rozmowa]

Ile osób liczy ZNP?

Około 240 tysięcy.

W ilu powiatach ma przedstawicieli?

W każdym powiecie.

No to po stronie rządowej jest telewizja, a po stronie związków zawodowych nauczyciele, którzy spotykają się z dziećmi, z rodzicami, funkcjonują w lokalnych społecznościach, są ambasadorami sprawy.

Tak by się nam wydawało tu, w Warszawie. Ale  jest spora część kraju, która żyje tylko przekazem TVP. Przykład z poprzedniej soboty z konferencji w Kujawach: podchodzi do mnie nauczycielka i dziękuje, że wspomniałem w wystąpieniu o małych miasteczkach i wsiach − jak wielkim heroizmem było organizowanie tam strajków. To prawda. Czym innym było zorganizowanie strajku w hucie czy w stoczni w 1980 roku, gdzie jest kilka tysięcy mężczyzn, a czym innym w przedszkolu, gdzie jest dziesięć nauczycielek i dwie sprzątaczki, a cała wieś chce je zlinczować. Powiedziała też, że strajk był słabo nagłośniony, że prawie wcale nie było mnie w mediach, nie było w telewizji. Poza tym nie wszyscy rodzice byli z nami, wielu z nich było na „nie”.

Czyli opinia podawana w mediach jest silniejsza niż lokalny głos nauczyciela. Ludzie nie wierzą nauczycielom własnych dzieci, a wierzą telewizji.

Przekaz rządowy był dla nas niekorzystny, pokazywał nauczycieli, członków związku i mnie osobiście w bardzo czarnych barwach. Z drugiej strony cały czas poparcie społeczne dla strajku utrzymywało się poniżej 50%.

Z czego wynika ten brak lokalnej więzi między rodzicami i nauczycielami? Przecież to są osoby, które spotykają się regularnie, mają wspólne interesy − wspólne, można rzec, dzieci.

To jest pewien problem. Rodzice są blisko szkoły, ale czy są blisko nauczycieli, czy podzielają nasze obawy o przyszłość edukacji? Inaczej to wygląda w dużych miastach, a zupełnie inaczej na wsiach i w miasteczkach. Był na przykład taki incydent w rejonie koszalińskim, kiedy rodzice wtargnęli do przedszkola i trzeba było wezwać policję, a policja miała więcej pretensji do nauczycielek niż do rodziców. Z jednej strony rodzice nie wiedzieli, co zrobić z dziećmi, a to jednak przedszkole. Z drugiej strony dwa i pół tysiąca złotych w Warszawie nie jest zadowalającą pensją, ale w małej miejscowości te same pieniądze uważa się za nadzwyczaj dobrą sytuację. Na to nakładają się niedobre relacje z wieloma władzami samorządowymi. Miejscowi radni, notable samorządowi, a w wielu wypadkach nawet działacze Solidarności próbowali zdezawuować strajk w mediach, pokazując: PiS z nami rozmawia, a wy protestujecie. Ostracyzm był duży. Jedna z nauczycielek mówiła do mnie: proszę pana, ja się boję wyjść na ulicę.

Czy we wrześniu uda się wznowić strajk? Czy propozycja ministra Dariusza Piontkowskiego, by cofnąć zmiany w Karcie Nauczyciela, uspokoi nastroje? Albo czy nauczyciele uznają, że powinni się cieszyć z 15-procentowej podwyżki?

To dla nas bardzo istotny problem. Być może fundamentalny w obecnej sytuacji i rozmawiamy o tym z nauczycielami, pytamy ich o zdanie. Część nauczycieli mówi, że ponieśliśmy straszne ofiary, a ponad trzydzieści tysięcy wniosków o zapomogi z funduszu społecznego, plus te z funduszu związkowego, pokazuje, że rzeczywiście ofiar było dużo.

Strajk nauczycieli to wojna o cywilizację

Ta część mówi, żeby się nad tym jeszcze raz zastanowić, że nie możemy wznowić strajku od 2 września, bo będziemy w fazie reorganizacji szkolnictwa. Do szkół ponadpodstawowych przyjdzie podwójny rocznik, będziemy się borykali z problemami samorządowymi i rodzicielskimi naraz. Są też głosy, że przeżyliśmy taką traumę lokalnego ostracyzmu, że chyba długo się nie zdobędziemy na kolejny strajk.

Jednak wcale niemało osób, może nawet większość, mówi coś innego: dużo straciliśmy, ale strajk nas zintegrował, wzmocnił świadomość tej grupy zawodowej, dał nam dodatkową odwagę, gotowość powiedzenia, że jesteśmy profesjonalistami w swojej dziedzinie i bardzo poważnie rozważamy tę formę protestu w połowie września czy później. Pamiętajmy jednak, że w każdym przypadku musimy zrobić referendum.

Wielu nauczycieli mówi: dużo straciliśmy, ale strajk nas zintegrował, wzmocnił świadomość grupy zawodowej, dał nam dodatkową odwagę.

Potrzebne jest referendum? Strajk został zawieszony, nie zakończony.

Ale zdaniem prawników, z którym ja się zgadzam, przed wznowieniem akcji strajkowej trzeba zrobić referendum – choćby z ostrożności procesowej, żeby nikt nam nie zarzucił, że narażamy uczestników strajku na odpowiedzialność dyscyplinarną z tytułu naruszenia prawa pracy. Ale oczywiście nie przechodzimy całego procesu: mediacji, rokowań, negocjacji − zostaje samo referendum.

Na razie minister Piontkowski dostał zadanie opanowania sytuacji do wyborów, czyli na trzy, cztery miesiące.

To jest pani optymistką.

Nauczyciele, opowiedzmy naszą historię!

Tak zadeklarował. Wy musicie mieć strategię na najbliższe miesiące i na różne ewentualności po wyborach.

Rozmawiamy o tym non stop, rozważając różne scenariusze: krótko- i długookresowe. Bardzo ważne będzie to, co zrobią nauczyciele 2 września. Będzie podwyżka wynikająca z przepisów ustawy o Karcie Nauczyciela, będzie być może 300 złotych dodatku dla wychowawców. A rządowa telewizja będzie pytać: jaki macie teraz powód do strajku?

Z drugiej strony problemem, którego minister Piontkowski nie jest w stanie rozwiązać, jest kwestia jakości edukacji. Nie mówi on nic o tym, że dzieci są przemęczone przeładowaną podstawą programową, ani razu nie wypowiedział się o możliwości zmiany podstawy programowej, jej odchudzenia. Z przestrzeni publicznej znikł temat autonomii szkoły i nauczyciela, na czym nam bardzo zależy. Tymczasem PiS raczej planuje likwidację jakichkolwiek swobód.

Z lekcji na lekcję: 5 minut przerwy na przejechanie 4 kilometrów [rozmowa z nauczycielem]

Dariusz Piontkowski chce wprowadzić nowy system kontroli i oceny nauczycieli.

Jeżeli zmiana w ocenie pracy nauczyciela ma polegać na tym, że zlikwidujemy te absurdalne pomysły Anny Zalewskiej w postaci prawie 26 tysięcy regulaminów − bo w każdej szkole miał być inny regulamin − to jest to zasługa strajku. Natomiast nie wiem, co pan minister ma na myśli, kiedy mówi o nowym modelu. Bo jeśli podstawowym kryterium pracy nauczyciela będzie jego postawa ideologiczna, etyczno-moralna, stosunek do praw LGBT czy…

A jeśli podstawowym kryterium pracy nauczyciela będzie jego postawa ideologiczna, etyczno-moralna czy stosunek do praw LGBT?

…posłuszeństwo urzędnicze.

No właśnie – to czarno to widzę. Pytanie, jak na to zareagujemy. Społeczeństwo już raz protestowało – przeciwko zmianom w sądach – i niczego to nie zmieniło. Możemy protestować przeciw dokręcaniu śruby nauczycielom, ale to pewnie nie będzie argument przekonujący dla większości. Więc w tej bliskiej perspektywie działania od 2 do 16 września pokażą bardzo wiele.

Zgodnie z prawem podstawą do strajku mogą być jedynie roszczenia finansowe. Nie ma formuły strajku o autonomię szkolnictwa.

Reguluje to ściśle ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Podstawą strajku mogą być tylko sprawy pracownicze: płace i warunki pracy.

Zapytam o plany wakacyjne. Mamy dwa stoły: okrągły prezesa Morawieckiego, do którego pan nie zasiadł, i kwadratowy organizowany przez Marka Wójcika ze Związku Miast Polskich. Przy tym stole pan zasiada?

Okrągły stół zorganizowany przez premiera Morawieckiego nas nie przekonuje, żaden związek nie bierze w nim udziału, nawet Solidarność się wycofała.

Marek Wójcik zapraszał nas do stołu samorządowego. Obiecał, że przyśle materiały dotyczące założeń tego przedsięwzięcia, ale na razie żadnych szczegółów nie znamy. Podobnie jak szczegółów trzeciej inicjatywy, czyli okrągłego stołu firmowanego przez Radę Dialogu Społecznego, która zaproponowała, żeby zwołać takie spotkanie w formule: rząd, pracodawcy, pracobiorcy, plus doproszone osoby i organizacje. Ma to być rzeczywiste forum debaty o edukacji i prawdopodobnie to wrzesień będzie momentem, kiedy ten okrągły stół będzie mógł się zmaterializować.

Dopiero we wrześniu?

To zależy od Rady Dialogu Społecznego. Natomiast ZNP wspólnie z Komitetem Nauk Pedagogicznych przygotowuje na 31 sierpnia duże spotkanie o polityce edukacyjnej i wyzwaniach przyszłości. Zaproszenie do udziału w tym spotkaniu przyjął Andreas Schleicher odpowiedzialny za badania PISA.

ZNP przygotowuje na 31 sierpnia duże spotkanie o polityce edukacyjnej i wyzwaniach przyszłości.

Na bazie badań, które robimy we współpracy z Komitetem Nauk Pedagogicznych i Fundacją Kaleckiego, chcemy zobaczyć, jaka jest ocena obecnej polityki edukacyjnej, a jednocześnie rozmawiać o tym z organizacjami trzeciego sektora.

Mówi pan o organizatorach Narad Obywatelskich o Edukacji?

Między innymi. Rozmawialiśmy z Pracownią Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”, która zainicjowała te narady, i z innymi organizacjami. To będzie dobry moment: chcemy zobaczyć, w ilu programach wyborczych edukacja pojawia się nie na zasadzie kwiatka do kożucha, ale jako poważny pomysł. Kto chce nam dokręcić śrubę, a kto chce inwestować w edukację.

Narada Obywatelska o Edukacji – demokratyczna odpowiedź na kryzys szkoły

Wydaje się, że samorządy powinny być zainteresowane rozmową o edukacji.  Podwyżka, którą zaproponował minister Piontkowski…

Piontkowski nie proponuje podwyżki o 9,6%. To jest konsekwencja strajku. W wyniku strajku ustalono, że podwyżka, która miała być w styczniu 2020 roku, będzie przeniesiona na wrzesień, a jednocześnie powiększona o 4,6%, czyli pieniądze, które rząd zaoszczędził na wycofaniu się ze zmian w regulaminie oceny pracy nauczyciela. Tylko że w budżecie państwa nie ma zagwarantowanych pieniędzy na ten cel. Stąd nasze obawy.

Czy to oznacza, że ten koszt byłby po stronie samorządów?

Wszystko wskazuje na to, że ta podwyżka obciąży jednostki samorządu terytorialnego. Samorządy ponoszą także koszty pensji nauczycielek edukacji przedszkolnej, a z projektu Karty Nauczyciela, który został przyjęty przez parlament, wynika, że nauczycielkom w przedszkolach nie będzie przysługiwał dodatek za wychowawstwo, tak jakby one nie pełniły funkcji wychowawczyń!

To kolejna próba podzielenia nauczycieli i samorządów? Przy okazji tej reformy i strajku, inaczej niż dotychczas, przynajmniej część nauczycieli i samorządów znalazła się po tej samej stronie.

Tak, ale tylko do momentu, w którym padło pytanie: kto nauczycielom zrekompensuje koszty. Rozpoczynając strajk, wiedzieliśmy, że pociąga on koszty. To zresztą spuścizna po Jacku Kuroniu, który wpadł na myśl, że jak ktoś uczestniczy w strajku, to nie powinien mieć płacone. Samorządy często wspierały strajkujących, dopóki nie padło pytanie, czy starosta czy burmistrz nie chciałby nam choć części z tych strat zrekompensować.

Nauczyciele już zwyciężyli, pokazali swoją siłę [rozmowa]

Duże miasta, w tym Warszawa i Wrocław, zobowiązały się wypłacić rekompensaty w postaci dodatków motywacyjnych.

Tak. Ale też wiele samorządów powiedziało, że nie widzi powodu do rekompensowania tych strat. Dla części miast jest to okazja do tego, żeby zakumulować środki na wrześniową podwyżkę. Te pieniądze jakoś rzutują na kondycję gminy. Minister Piontkowski dzieli samorządy i nauczycieli tak samo, jak robiła to ministra Zalewska. Opowieści, że samorządy mają nadwyżkę budżetową na poziomie 7–8 miliardów bądź dostają w skali roku 16 miliardów na 500+, nijak się mają do rzeczywistości. 500 + trzeba natychmiast wypłacić, więc samorządy nie dysponują tymi pieniędzmi, a nadwyżka to średnia statystyczna.

ZNP nie ma wystarczających środków, żeby wesprzeć we wrześniu strajkujących nauczycieli?

Żadna organizacja nie ma takich środków. Nawet jakbyśmy policzyli 200 tysięcy strajkujących nauczycieli przez 18 dni po 100 zł za dzień, to wychodzi 360 mln złotych. To jest budżet zarządu głównego na 60 lat.

Czy w takim razie jest sens planować strajk na wrzesień? Wiedząc, że rząd się nie cofnie?

Gdybyśmy rozpatrywali to tylko w takich kategoriach, że nauczyciele nie otrzymają pieniędzy za zaległy strajk i to ich sparaliżuje, to rzeczywiście trzeba by się nad tym głęboko zastanowić. Ale nadal ogromna grupa nauczycieli mówi: straciliśmy, ale nie zaprzestaniemy walki, bo naszym celem jest poprawa polskiej szkoły, naszego miejsca pracy i miejsca nauki naszych dzieci. Jeżeli ta postawa zwycięży, to jedyną organizacją, która jest w stanie ten strajk zorganizować, jesteśmy my − Związek Nauczycielstwa Polskiego. Jeżeli taka będzie wola, to my się tego zadania podejmiemy.

Dlaczego strajkujemy? Odpowiadają nauczycielki z Władysławowa, Sokółki i Konina

Strajk może wpłynąć na poprawę edukacji, równolegle z rozmowami z samorządem?

Dla nas samorząd odgrywa rolę kluczową. Bez samorządu edukacja już dawno by padła, ale my chcemy powiedzieć, chociaż to brzmi jak komunał, że to jest najważniejsza dziedzina życia społecznego. Bez stoczni i kopalń sobie poradzimy, bez edukacji nie. Jeśli kraj ma się rozwijać, to poprzez edukację – zdobywanie wiedzy ekologicznej, wiedzy o konstytucji, o obywatelstwie i tak dalej.

Ekologia, konstytucja, obywatelskość − to brzmi jak deklaracja polityczna.

Szkoła musi reagować, odpowiadać na aktualne potrzeby i wyzwania. Inaczej stanie się anachroniczna i nieciekawa. To tak jak z kanonem lektur, który musi nadążać za tym, co się nowego pojawia w literaturze.

Czyli we wrześniu chcecie pokazać jedność i jeszcze raz zwrócić uwagę opinii publicznej na istotność edukacji, zdając sobie sprawę, że realnej poprawy strajk nie przyniesie. A może warto porozumieć się z innymi grupami zawodowymi niezadowolonymi z sytuacji i strajkować w tym samym terminie, a nie tak jak ostatnio: najpierw nauczyciele, potem fizjoterapeuci, potem pracownicy administracji sądowej…

Tak, chcemy to robić.

Chciałby pan, żebyśmy mieli tu fińską szkołę?

Nie ulega wątpliwości, że polskiej szkole potrzeba więcej autonomii, swobody, oddechu i stabilizacji. Ale tego nie da się zrobić przy takiej polityce edukacyjnej, jaką mamy nie tylko teraz, ale i jaką mieliśmy w poprzednich kadencjach.

Czy polska szkoła może być tak fajna jak fińska? [rozmowa z Martą Zahorską]

Pytam dlatego, że strajkowało 600 tysięcy nauczycieli. Gdyby było tak, jak jest w Finlandii, to telewizja publiczna nie miałaby łatwego dojścia do serc rodziców, bo nauczyciel byłby dobrze osadzony w lokalnej społeczności, blisko rodziców, blisko dzieci.

Ale tymi rodzicami są dzisiaj nasi wychowankowie, więc może gdzieś popełniliśmy błąd. Ubolewam nad tym, że często resentymenty i stereotypy decydują o ocenie pracy nauczycieli.

Spotykam się ze zdaniem, że szkołę trzeba przejść.

Jak odrę?

Jakoś przetrwać. Rodzic przeżył, to i dziecko przeżyje, bo tak musi być. Czy przyjdzie moment, może to moment strajku, kiedy ta więź się zadzierzgnie?

Dobry czas dla edukacji był po 1989 roku. Kiedy byłem dyrektorem zespołu szkół w Skierniewicach, w okresie przebudowy, bez problemu mogłem zadzwonić do szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Jacka Ambroziaka i zapytać, co mogę zrobić, żeby zmienić kierunki nauczania w moim liceum ekonomicznym. Dzisiaj nie mogę wejść do Ministerstwa Edukacji Narodowej, bo tam stoją bramki, bariery, a to jest pewna symbolika odcięcia się zarządzających od szkoły.

Dzisiaj nie mogę wejść do Ministerstwa Edukacji Narodowej, bo tam stoją bramki, bariery, a to jest pewna symbolika odcięcia się zarządzających od szkoły.

Kiedyś chciano współpracować z nauczycielami, dzisiaj mamy być tylko realizatorami pomysłów różnej wartości, a często i tych bezwartościowych lub nawet szkodliwych. Do szkoły branżowej nie mogę zatrudnić fachowca, bo inżynier mnie wyśmieje, jak mu zaproponuję dwa i pół tysiąca złotych brutto. Odebrano nam część autonomii.

To nie tylko efekt ostatniej reformy.

Poprzednie rządy też mają wiele na sumieniu. Dlaczego nie jesteśmy w stanie zmienić pozycji dyrektora szkoły? Bo nikomu na tym nie zależy. Ministra Krystyna Szumilas mówiła, że samorząd utrzymuje szkoły, więc musi mieć wpływ na dyrektora szkoły.

Jest 2018 rok. Czego uczy polska szkoła?

Na początku rozmowy mówił pan, że wierzyliście, że po stronie rządu znajdzie się ktoś kompetentny. Może powodem tych kolejnych edukacyjnych problemów po 1989 roku była zbytnia ufność w kompetencje ministrów edukacji i zbyt ufne poddawanie się kolejnym reformom?

Rządzący niestety nie są w stanie „ogarnąć” edukacji i całej jej złożoności: sieci szkół, programów, podstaw, a przede wszystkim relacji. Jednymi z niewielu osób, które miały jakąś wizję, były sekretarz stanu Irena Dzierzgowska i pani minister Anna Radziwiłł. One chciały szkołę budować.

Może o edukacji nie powinni rozmawiać tylko politycy, ale jakiś ponadpartyjny zespół ekspertów. Czy okrągły stół przy Radzie Dialogu Społecznego mógłby wybrać takie grono?

Oczywiście, dlatego właśnie organizujemy dużą debatę różnych środowisk, samorządów, ekspertów i rodziców pod koniec sierpnia pod hasłem „Szkoła na szóstkę”. Razem chcemy wypracować zmiany.

Suchecka: Wreszcie edukacja stała się ważnym tematem medialnym

Bio

Katarzyna Przyborska

| Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.