Kraj

Sadura: Możemy zmarnować epidemię, tak jak zmarnowaliśmy strajk nauczycieli

Przemysław Sadura Fot. Jakub Szafrański

Efektem edukacji zdalnej jest nasilenie i tak głębokich nierówności. Z całą mocą ujawnił się też sztywny, hierarchiczny, narzucający rozwiązania system zarządzania publicznego. Nie ma w tym ładu, nie ma konsekwencji, nie ma planowania. W dodatku na początku epidemii wprowadzono de facto areszt domowy dla młodzieży. Całkowicie niesłuszny i niesprawiedliwy. I wszyscy temu przyklasnęli, nikt nie stanął w obronie ich praw. Rozmowa z Przemysławem Sadurą.


Katarzyna Przyborska: Zastanówmy się, czy pandemia zmieni coś w polskiej edukacji. W samej Warszawie szkoła nie ma kontaktu z ok. 600 dziećmi, w całej Polsce to może być nawet 20 tysięcy. Na co wskazują te liczby?

Przemysław Sadura: Po pierwszych doniesieniach, z których wynikało, że właściwie w każdej klasie jest jakiś uczeń, z którym nie ma kontaktu, spodziewałem się, że będzie znacznie gorzej. Natomiast trzeba postawić pytanie, co to znaczy, że „jest kontakt”. Czy wtedy, kiedy nauczyciel w końcu, po kilku tygodniach dodzwonił się do rodzica, a uczeń raz czy drugi wysłał jakąś pracę domową? Jeśli tak, to wiemy, że dziecko żyje. I tyle. Takich uczniów, którzy się zgubili i faktycznie wypadli z systemu, jest prawdopodobnie znacznie więcej.

Czyli trudno już w tej chwili wyciągnąć wnioski na temat ogólnej sytuacji?

Te obliczenia na pewno nie są ostateczne. Jeszcze minie trochę czasu, zanim połączymy w całość dane z różnych źródeł. Centrum Cyfrowe przeprowadziło badanie nauczycieli, a Librus ankietę z udziałem 20 tysięcy rodziców. Raporty z ankiet, które mamy, nie zawsze są oparte na reprezentatywnych próbach. A obrazy zdalnego nauczania, które wyłaniają się z tych badań, są różne. Trzeba nałożyć je na siebie i szukać części wspólnych. Mamy też dane zbierane przez kuratoria, szkoły, samorządy, ale trzeba je skrzyżować z danymi, które dostaniemy od providerów usług komunikacyjnych. Potrzebujemy więcej informacji.

Minister Piontkowski mówi o tych dzieciach: „uczniowie, którzy już wcześniej niezbyt gorliwie wywiązywali się z obowiązków szkolnych”. Czy można powiedzieć, jak pandemia wpłynęła na nierówności?

Pogłębiła je, a problem dotyczy nie tylko tych całkowicie wykluczonych. Oprócz nich są kolejne grupy uczniów, które z sytuacją pracy zdalnej różnie sobie radzą. Mamy problem wykluczenia cyfrowego: są tacy, którzy nie mogą wziąć udziału w żadnej formie zajęć, tacy, którzy komputerem muszą się dzielić, wreszcie tacy, którym brakuje szybkiego łącza. Podobnie jest po stronie nauczycieli. To obszar problemów, z którego dotychczas nie zdawaliśmy sobie sprawy. Do tego dochodzą kompetencje i nauczycieli, i rodziców. Bo trzeba sprzęt umieć obsłużyć, ale też wesprzeć dziecko, szczególnie to w nauczaniu początkowym.

Co jeszcze dzięki wirusowi widzimy wyraźniej?

Kryzys edukacyjny związany z koronawirusem wzmógł czy uwypuklił tendencje, które zauważaliśmy wcześniej. Na przykład to, że polska szkoła w dużym stopniu wymusza koprodukcję usług edukacyjnych. Dobre wyniki polskich uczniów, potwierdzane międzynarodowymi testami, np. PISA, są osiągane w dużym stopniu dzięki wymuszonemu zaangażowaniu rodziców.

W polskiej szkole ogromne znaczenie ma przecież zadawanie prac domowych. A są systemy edukacyjne, w których narzędzia pracy domowej w ogóle nie ma…

I o takim systemie wciąż marzymy… Przynajmniej niektórzy z nas.

W Polsce prac domowych jest bardzo dużo, a to znaczy, że znaczna część odpowiedzialności jest przeniesiona na dom i rodziców… A przez to rosną nierówności, bo przecież nie każdy rodzic ma wystarczające kompetencje, żeby wesprzeć dziecko, czas lub środki finansowe, żeby wykupić odpowiednie usługi na rynku. Bo prywatne wydatki edukacyjne, czyli korepetycje czy kursy, to też jest element tej koprodukcji.

W uczeniu zdalnym jest tak samo?

W momencie kiedy przeszliśmy do zdalnej edukacji, okazało się, że jeszcze więcej tych zadań zostało przerzuconych na rodziców. Zwłaszcza w początkowym okresie raportowali, że są po prostu przytłoczeni ilością prac. W badaniach Centrum Cyfrowego 20 proc. rodziców mówiło, że na robienie lekcji z dziećmi poświęca pięć godzin dziennie, kolejne 20 proc. o czterech godzinach, a następne 20 proc. o trzech godzinach. To by znaczyło, że 2/3 rodziców spędzało więcej niż trzy godziny dziennie, odrabiając z dziećmi prace domowe zadane przez szkołę! Nie mówię już o zagadnieniach uzupełniających.

Czy polska szkoła może być tak fajna jak fińska? [rozmowa z Martą Zahorską]

To już niemal edukacja domowa.

Tak. Skoro szkoły radzą sobie różnie z przejściem na edukację online, wielu rodziców uruchomiło nauczanie domowe. Widząc, że materiał z części przedmiotów jest przerabiany porządnie, z innych po łebkach − sami biorą się za jego omawianie z dziećmi. Ale to dotyczy przede wszystkim rodziców z wysokim kapitałem kulturowym i ekonomicznym. Wcale bym się nie zdziwił, jeśli wyjdą z tego doświadczenia z przekonaniem, że rzeczywiście są w stanie przygotować dziecko w 1/3 czasu, który na lekcje poświęca szkoła. A dodatkowo mogą obudować dziecko jeszcze innymi kompetencjami.

Wielu rodziców zabrało swoje dzieci z systemu już przy okazji reformy minister Zalewskiej. Teraz możemy mieć do czynienia z drugą falą?

Obawiam się, że tak. Ale to jeszcze nie wszystkie problemy z nierównościami. Bo im zamożniejsi rodzice, w im większym mieszkają mieście, tym częściej dziecko ma też kontakt z jakimiś formami edukacji niepublicznej: szkołami językowymi, kursami, zajęciami czy korepetycjami. Wielu rodziców, których dzieci chodziły do szkoły publicznej, a jednocześnie miały wykupione lekcje prywatne, widziało też różnice między lekcjami prywatnymi a publicznymi w czasie epidemii. Szkoła przez pierwsze dwa tygodnie zamarła, nauczyciele postanowili to przeczekać…

Tu pojawia się raczej pytanie, czy MEN dobrze zarządzał kryzysem, bo przecież wysyłał sprzeczne komunikaty. Według jednych szkoły miały być zamknięte…

A potem padł sygnał, że jednak będzie zdalne nauczanie. Było to jednak pospolite ruszenie: brak jasnych wytycznych, dyrektorzy pilnują, żeby w papierach wszystko się zgadzało, nauczyciele w związku z tym też są zawaleni dokumentacją.

Wreszcie zaczynają podejmować próby kontaktu, inni od razu wysyłają kosmiczne ilości zadań. Jedni rodzice w panice próbują dzieciom pomóc te zadania wypełnić, inni mówią, że nie, to nie ma sensu. Na tym tle widać, że np. prywatne szkoły językowe ogarnęły się szybciej i standardem, który proponowały wszystkie prywatne instytucje, było właśnie przejście na lekcje online.

Nauczyciele nie mieli żadnych gotowców, których mogliby użyć od razu. Sami tworzyli sobie bazę pomocy.

Mogło być trochę tak, że ci, którzy wcześniej mieli jakikolwiek kontakt ze zdalnym prowadzeniem lekcji, jak znali jakiś program, to się go trzymali. Nie każda szkoła zdecydowała, żeby zebrać się, wyłonić jakiegoś lidera, kogoś bardziej doświadczonego, kto przeszkoli innych, zarekomenduje konkretne programy. Mieliśmy tragikomiczne sytuacje z rachunkami, które rodzice płacili tam, gdzie młodzież łączyła się przez telefon. W Google Meet jest opcja, że dzwonisz przez… Stany Zjednoczone, więc w jednym z warszawskich liceów rodzice dostali nagle rachunki na półtora tysiąca złotych.

Edukacja w czasie koronawirusa. Idźcie i sobie radźcie

To już tyle co czesne w szkole prywatnej.

Porównanie z systemem prywatnym wypadło na niekorzyść systemu publicznego. I wielu rodziców stwierdzi teraz: jeśli chcesz mieć dobrze wykształcone dziecko, to musisz za to zapłacić. I to kolejny krok w demontażu publicznej edukacji. Nie tylko zwiększa nierówności, ale też przekonanie, że to edukacja prywatna, nie publiczna, jest lepsza.

I to będzie skłaniało zamożnych rodziców do szukania alternatyw?

Szkoły prywatne są najczęściej mniejsze, mają lepszą infrastrukturę, są lepiej doinwestowane, uczniowie mają większe wsparcie, jeśli chodzi o kapitał kulturowy i ekonomiczny rodziców. Trochę jest tak, że nie ma czego porównywać. To jak zestawianie ze sobą prywatnej i publicznej służby zdrowia, bo i tu, i tam następuje selekcja klientów, a poza tym system publiczny pozostaje w odwodzie. Prywatne zgarniają śmietankę.

Pytanie, co na to system publiczny, co na to MEN, co na to państwo polskie.

Szkoła, w której głos dzieci się liczy

Mam wrażenie, że przez dłuższy czas MEN prowadziło politykę tymczasowości i rozchwiania: może będą egzaminy, może nie będzie, może będą ustne, może nie, może otworzymy szkoły i przedszkola razem, a może osobno, może za tydzień, a może za dwa. Średnio co dwa dni przez portale nauczycielskie przebiegają kolejne komunikaty ministra Piontkowskiego, które wiele nie wyjaśniają.

Tak było od pierwszych dni pandemii. Rano przyszła informacja, żeby następnego dnia dzieci nie przysyłać. Nagła sprawa, jasne. Uniwersytety też w ten sposób decydowały, ale od razu założyły, że potrwa to ponad miesiąc, a potem przełożyły o kolejny miesiąc. To daje inną perspektywę niż półtora tygodnia, potem dwa. MEN nie potrafił podjąć żadnych decyzji.

Albo że dobre zarządzanie systemem edukacji nie jest jego pierwszoplanowym zadaniem. Że występuje jako ramię rządu, który zajęty jest przeprowadzaniem wyborów.

Nie wiemy, jak bardzo ministrowie w tym rządzie są decyzyjni, nie wiemy nawet, czy premier jest decyzyjny. Ośrodek władzy jest gdzie indziej. W czasie pandemii zajęty jest tym, co zrobić z wyborami.

Nie wiadomo więc, czy uczniowie nie są zakładnikami kalendarza wyborczego?

W takiej atmosferze nie możesz mieć pewności, czy szkoły albo przedszkola nie są otwierane po to, żeby pokazać, że nie ma zagrożenia. Mimo wszystko jedni sobie radzą lepiej, inni gorzej. Do tego jeszcze minister Piontkowski znany jest z dziwnych opowieści: na konferencji prasowej mówił, że sobie radzimy, że w święta nie zobaczy się z mamą. Tymczasem wszyscy czekali na konkretne decyzje dotyczące szkół.

Teraz już wiadomo, że do końca roku szkolnego dzieci będą uczyć się zdalnie. Minister Piontkowski obiecuje, że we wrześniu nauka będzie się już odbywała w szkołach. Czy ta szkoła będzie wyglądała tak samo?

Kryzys jest z jednej strony zagrożeniem, z drugiej szansą. Pytanie, czy w Polsce jakkolwiek wykorzystujemy go jako szansę? Są kraje, które od razu zdecydowały, że skoro już przeszliśmy na nauczanie online, to po pandemii zostawimy je jako element stały programu. Władze Singapuru zapowiedziały na przykład, że po pandemii przynajmniej jeden dzień w tygodniu pozostanie zdalny. Nawet jeśli nasze doświadczenie przejścia na system zdalny nie jest najlepsze…

Nauczyciele sami wiele się nauczyli ostatnio, poznali kanały edukacyjne, nabrali wprawy w obsłudze laptopów, kamer, mikrofonów, wysyłaniu linków. Dobrze by było to wykorzystać. Jednocześnie wielu nauczycieli odeszło z zawodu w ostatnich latach i gdyby we wrześniu okazało się, że pandemia nawraca i np. klasy powinny być mniej liczne − nie bardzo byłoby komu te klasy prowadzić. Może odpowiedzią mogłoby być pozostawienie części dzieci w nauczaniu zdalnym?

Można by zapowiedzieć, że od września jeden dzień w tygodniu albo jeden tydzień w miesiącu będzie prowadzony online. Dałoby się to pewnie zgrać z rynkiem pracy, wprowadzić przepisy, które to umożliwią. Jest przecież ryzyko, że pandemia powróci jesienią − można się więc do niej przygotować. Wykorzystać to przymusowe przejście na nauczanie zdalne jako impuls modernizacyjny.

Minister Piontkowski nie ma czasu na konsultacje. Dlaczego? Bo decyzje zapadają z godziny na godzinę

Bo te kompetencje, których nabyli nauczyciele, rodzice i uczniowie, ten sprzęt, który jakoś został zgromadzony – jeśli nie będą używane, to się zdezaktualizują. Mamy więc już na czym budować, tylko trzeba opracować strategię, przygotować program zdalnej edukacji.

Pojawiły się też głosy mówiące o tym, że pandemia pokazała, że podawczy sposób przekazywania wiedzy się nie sprawdza. Lekcje online nie trwają 45 minut, tylko 30, bo trudno jest utrzymać uwagę dwudziestu paru uczniów siedzących na Zoomie. Spotkania są uzupełniane o karty pracy, pracę własną, więcej jest prezentacji. To może być chyba jakaś odpowiedź na diagnozowaną już wielokrotnie szkolną nudę, brak przestrzeni na aktywność uczniów, którzy często stanowią dla nauczyciela po prostu publiczność.

Zdalne nauczanie, wprowadzone już na stałe w jakiejś formie jako uzupełnienie tego planu szkolnego, to byłaby też szansa, żeby czymś zastąpić wspomnianą już koprodukcję, czyli zaangażowanie rodziców czy korepetytorów. Nauczyciel mógłby zastąpić dotychczasową formę pracy domowej quizami, filmami. To szansa ucieczki do przodu, skoku rozwojowego.

W czasie lekcji dzieci się nudzą [rozmowa]

I tak już przecież wiedzieliśmy, że mimo coraz lepszych wyników w badaniach PISA stoimy przed zbliżającym się kryzysem dotychczasowego sposobu edukacji. Nasza szkoła jest dość anachroniczna, oparta na modelu podawczym, „bankowym” koncepcie przelewania wiedzy jak z jednego rachunku na drugi – czyli z głowy nauczyciela do głów uczniów. Do tego z dziewiętnastowiecznym podziałem na klasy, z dużą ilością materiału abstrakcyjnego, który trzeba opracować pamięciowo. Szkoła nie radzi sobie też z zastosowaniem nowych technologii.

Smartfony, zamiast być pomocami naukowymi, leżą zamknięte w szafkach w szatni.

A skoro nie mamy świetnie wyposażonych sal komputerowych, ale każde dziecko ma smartfon w kieszeni, albo chociaż jest smartfon na parę dzieci, to można by to wykorzystać. Dlaczego tego nie robimy? Resztką sił wyciskaliśmy dotąd wyniki ze starego systemu, zmuszając rodziców do katorżniczej pracy. Powstała nadzieja na jakąś nową jakość, niestety bez przemyślanego programu nie wyciągniemy z doświadczenia pandemii zbyt wiele dobrego.

Jest szansa na zmianę? Zapamiętamy to, co się udało?

Wydaje mi się jednak, że zapamiętamy to, co gorsze. Bo to przeświadczenie buduje nie tylko twoje własne doświadczenie, ale też to, o czym mówią media. Większość pokazuje przykłady raczej negatywne niż pozytywne. Zapamiętamy, że lekcje TVP były żenujące, i pewnie jeszcze przez lata będziemy się z nich śmiać. Zapamiętamy, że tych bezpośrednich spotkań uczniów z nauczycielami było niewiele, że nauczycielom się nie chciało, że trzeba było odrabiać durne prace domowe z wuefu, których sensowności nie da się obronić niczym innym niż koniecznością sprawozdawania. Niestety, możemy zmarnować epidemię, tak jak zmarnowaliśmy strajk nauczycieli.

Szkoła z TVP, czyli jak się kończy oszczędzanie na działaniach edukacyjnych

Publiczna szkoła, do której chodzą moje dzieci, po rzeczywiście trudnym pierwszym miesiącu teraz prowadzi lekcje online codziennie, nauczyciele są w kontakcie, uczniowie są aktywni, nauka przebiega coraz płynniej i lepiej. Myślę, że takich przypadków jest więcej. Czy nie będzie jednak tak, że oddzielimy poczynania szkół od poczynań MEN-u? Zobaczymy, że wielu nauczycieli, w ramach systemu, który jest trudny, choć ma przeciążoną podstawę programową i ograniczone możliwości pracy zdalnej, jednak się stara? Że to MEN organizacyjnie nie daje rady, nie wspiera nauczycieli, ale poprzestaje na oczekiwaniu niemożliwego i jeszcze szantażuje? Przecież te idiotyczne zadania z wuefu najlepiej świadczą o tym, w jakiej pułapce znaleźli się nauczyciele, zmuszani w tej chwili do udowodnienia własnej przydatności, szantażowani obcięciem pensji. A przecież zaledwie rok temu strajkowali.

Ale to jest fakt, że kiedy rok temu nauczyciele przegrali strajk, zostali spacyfikowani, przyniosło to spadek motywacji do pracy. A jeszcze potem przyszedł kryzys i wydaje mi się, że wielu nauczycielom się po prostu nie chciało…

Ale czy można mieć do nich pretensje? Skoro wymagania wobec nich rosną, a płace spadają?

Nie. Ale skoro nauczycielom nie chce się coraz bardziej, rodzice są coraz bardziej sfrustrowani, to niekorzystne tendencje osłabiania systemu publicznego rosną, a z tego kryzysu wychodzimy w jeszcze gorszą sytuację. Trzeba naprawdę zacząć się zastanawiać, jak z tego kryzysu − bo moim zdaniem to będzie już bardzo poważny kryzys systemu publicznego − wyjść.

Strajk! Czyli jak nas podzielą, będą rządzić

Ale po reformie ministry Zalewskiej odezwało się wiele głosów, że już trudno, niech tak zostanie, bo wszyscy mają już reform dosyć, są zmęczeni, niech więc już ten system jakoś okrzepnie. Skąd pomysł, że teraz będzie wola do kolejnej reformy?

System wcale nie okrzepł, tylko weszliśmy z jednego kryzysu w drugi. Więc może jednak byśmy raz tę reformę zrobili jak należy? Tu jest problem. Jak się spojrzy na badania dotyczące reform instytucji publicznych, zwłaszcza edukacyjnych, to większość badaczy jest bliska uznania, że systemu edukacyjnego zreformować się po prostu nie da.

Jak to?

W każdym razie, że jest to system bardzo niepodatny na zmiany. I że jest taka zależność, że im większe ambicje stoją za daną reformą, tym dla niej gorzej. Udają się te reformy, które są dobrze przemyślanymi, skonsultowanymi i przygotowanymi korektami. Nie ma natomiast sensu odwracanie całego systemu do góry nogami, albo − jak to się w Polsce robi − zaoranie i czekanie, aż nowe wyrośnie. Bo potem…

…tu urośnie, a tam nie.

Tu perz, tam skrzyp, a na środku nie wiadomo dlaczego palma. I jak to potem poskładać?

Czy samorządy mogą wyjść tu z jakąś inicjatywą?

Samorząd ma duże możliwości, ale problem mamy taki, że rząd centralny i samorząd nie zawsze ze sobą współpracują. Kiedy w socjologii polityki myślimy o państwie, to rząd i samorząd powinny być jak dwa płuca. A edukacja publiczna to właśnie taki obszar dostarczania dobra publicznego, który angażuje państwo i zakłada podział kompetencji między rząd centralny a samorząd. U nas dochodzi do zgrzytów.

Czy polska szkoła reprodukuje nierówności społeczne?

Dlaczego?

Najnowszy powód jest taki, że samorząd jest głównie w rękach opozycji, a rząd centralny w rękach partii rządzącej, która ma jakieś autorytarne zapędy i niekoniecznie jest przekonana do działania zgodnego z prawem. Pojawia się więc klincz. Nie dość, że systemowo mamy w wielu obszarach napięcie kompetencyjne, to rząd centralny chce przerzucić jak najwięcej odpowiedzialności na samorząd, jednocześnie odbierając mu środki, zaś samorząd chciałby jak najwięcej środków i mniej odpowiedzialności. Teraz dodatkowo temperatura politycznego sporu rośnie. Koordynacja działań rządu centralnego i samorządu jest zatem coraz trudniejsza, a potrzeba koordynacji coraz większa. Gdyby samorząd na własną rękę zaczął reformować szkolnictwo, to nierówności między szkołami w różnych gminach jeszcze by urosły.

Ale teraz nawet Warszawa tnie zajęcia dodatkowe, porady pedagogiczne. Nie tylko małym samorządom kurczą się zasoby. 

I dlatego samorząd nie wystarczy.

Szkolna rewolucja w cieniu pandemii

Mamy więc brak współpracy, brak planu i mamy uczniów, którzy doświadczają tego na własnej skórze. Nie wiedzą, co z ich egzaminami, długo nie wolno im było wychodzić z domów. Jaki to jest dla nich przekaz?

Mamy tu do czynienia z dwoma czynnikami. Zależy to od wieku, w jakim są dzieciaki. Myślę, że szczególnie sfrustrowana zakazem wyjścia była młodzież powyżej 13. roku życia. To było złe rozwiązanie, bo oznaczało tak naprawdę wprowadzenie aresztu domowego dla młodzieży. I nie tłumaczy tego sytuacja epidemii. Można było egzekwować zakaz spotykania się w grupach tak samo wobec młodzieży, jak dorosłych, to jasne.

Natomiast nie widzę powodu dla ograniczenia prawa do przemieszczania się w przypadku młodzieży. Małe dzieci tak czy inaczej raczej same się nie przemieszczają, natomiast młodzież jest samodzielna i nie rozumiem, dlaczego ten zakaz wprowadzono.

Spotkał się z poparciem.

Tego też nie rozumiem, choć faktycznie bardzo często broniony jest w dyskusjach publicznych. To dziwne, zwłaszcza w tym początkowym okresie, kiedy społeczeństwo się zaprezentowało od lepszej strony. Dużo samopomocy, dużo inicjatyw, w których i młodzież brała udział. Robili zakupy dla seniorów i nagle im podziękowano, odesłano ich do domów. A to sytuacja socjalizacyjna i to, że państwo w ten sposób postąpiło, a jego agendy egzekwowały ten zakaz i nikt się nie przeciwstawił − wyrabia w młodzieży bierność.

Za kilka lat ci ludzie pójdą na studia i będą wiedzieli, że zawsze mogą usłyszeć: ty nie. W tle mamy stopniowy demontaż podstaw demokracji. To doświadczenie może być formacyjne…

Że państwo może ludzi spacyfikować?

Pod byle pretekstem może ograniczyć podstawowe prawa. To jest moim zdaniem ogromny skandal i dobrze, że te przepisy zostały w końcu uchylone, niemniej to już się stało. Do tego motywacje decyzji MEN nadal są nieprzejrzyste. Dlaczego najpierw mają być otworzone żłobki? Lepiej byłoby zacząć od liceów, albo tych uczniów, którzy mają egzaminy.

Chodzi o to, żeby rodzicom pozwolić wrócić do pracy.

Czyli rozstrzygają powody ekonomiczne. To z jednej strony OK, bo chodzi o to, żeby nie zwiększać bezrobocia, ale też i o to, żeby nie płacić zasiłku opiekuńczego. W efekcie uczniowie dowiadują się, że przesłanki decydujące o ich losie są ekonomiczne, nie merytoryczne, w sensie: zdrowotne. Tymczasem żłobki są puste.

Jest różnie, są takie, gdzie jest 1/3 dzieci, i takie, które w ogóle nie zostały uruchomione.

Większość nie została. Plus jakieś zalecenia sanepidu, które wiadomo, że nie będą przestrzegane, np. że dziecka nie wolno przytulić. W Polsce – to jest oczywiście kwestia kulturowa – opieka nad dzieckiem tak małym w dużej mierze polega na bezpośrednim fizycznym kontakcie. Dlatego to nie zadziała: wprowadza się rekomendacje, o których wiadomo, że nie będą przestrzegane.

To, co również wyszło po raz kolejny przy okazji kryzysu, to sztywny, hierarchiczny, narzucający rozwiązania system zarządzania publicznego. Nie ma w tym ładu, nie ma konsekwencji, nie ma planowania. Nie ma w tym otwartości na inne głosy, na konsultacje, a decyzje są zmieniane co tydzień.

Czy myślisz, że jest taka obawa, że wyrośnie kolejne pokolenie, które będzie bierne politycznie? Nie będzie chciało brać udziału w wyborach, nawet jeśli będzie miało taką możliwość, będzie przekonane, że decyzje i tak są podejmowane gdzieś poza nimi, że nie mają na nic wpływu? Czy może odwrotnie, zbuntują się?

Nie jestem badaczem młodzieży, ale też nie mam zaufania do juwentologii jako dziedziny badań. Bo młodzież jest obiektem dosyć nieprzewidywalnym. W tym wieku postawy są nieskrystalizowane, stąd też zaskakujące postawy wyborcze, duże różnice genderowe.

Uczenie jako nieśmiertelność

Mamy bardzo sprzeczne sygnały: z jednej strony zaangażowanie młodzieży w MSK, w walkę o klimat, jakieś tam poparcie dla strajku nauczycieli, a wcześniej, kiedy trwały protesty w sprawie reformy sądownictwa, też widać było młodych ludzi, to budujące.

Z drugiej strony ten areszt domowy był mocnym sygnałem, że państwo może człowieka spacyfikować, a dorośli jeszcze temu przyklasnęli… Zobaczymy. Na pewno jest to niepokojące, bo przecież zaangażowanie obywatelskie zdaje się bardzo potrzebne. Nie wiadomo, kto miałby Prawu i Sprawiedliwości, ale i innym, którzy chcieliby pójść w ich ślady, stawić opór.

**
Przemysław Sadura – socjolog i publicysta. Wykłada w Instytucie Socjologii i na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Od 10 lat prowadzi badania społeczne dla organizacji pozarządowych i administracji publicznej. Zawodowo zwolennik aktywnych metod badawczych i pracy warsztatowej. Jest autorem m.in. podręcznika Konsultacje w społeczności lokalnej wydanego przez IS UW i współautorem książki Partycypacja. Przewodnik Krytyki Politycznej. Współzałożyciel fundacji Pole Dialogu, członek zespołu Krytyki Politycznej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Katarzyna Przyborska

| Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.