Kraj

Matyja: A co by było, gdyby zmienić kalendarz wyborów samorządowych?

W polityce kalendarz ma znaczenie. Wyobraźmy sobie, jaką korektą życia politycznego byłoby przeprowadzanie w rytmie kwartalnym czy półrocznym wyborów gminnych w poszczególnych województwach. Wyborów niepołączonych z upartyjnionymi z natury rzeczy wyborami sejmikowymi. Wtedy wybory warszawskie „nie przykrywałyby” tych w Lublinie, Toruniu czy Olsztynie.

Jak można zdecentralizować polską politykę bez wielkich reform ustrojowych? Jeden ze sposobów podpowiedziało nam ostatnio życie za sprawą rezygnacji Tadeusza Ferenca z urzędu prezydenta Rzeszowa. Przez kilka tygodni miasto to było w centrum politycznej uwagi – nie tylko jako polityczny łup, ale przede wszystkim jako barometr. Porażka PiS nie tylko potwierdziła zmianę trendów poparcia, ale pokazała także niewielką atrakcyjność haseł Polskiego Ładu. Dała też opozycji ważny argument na rzecz jedności. Ale sprawiła również, że przez te kilka tygodni debata musiała brać pod uwagę jedno z mniejszych miast wojewódzkich.

Matyja: Rzeszów trzech klęsk

Gdyby taką korektę wprowadzić do krajowej gry politycznej na stałe, mielibyśmy do czynienia z inną grą niż obecnie. Należałoby tylko inaczej pomyśleć o terminach wyborów samorządowych, przynajmniej tych gminnych. W polityce kalendarz ma niejednokrotnie kluczowe znaczenie.

Wynik wyborów 2015 roku mógłby być inny, gdyby wybory prezydenckie – jak w roku 2005 – odbyły się po parlamentarnych. Nieznacznie słabszy wynik PiS, który nie miałby za sobą wygranej prezydentury, czy nieznacznie lepszy wynik lewicy, która nie miałaby za sobą kampanii Magdaleny Ogórek – wpłynęłyby istotnie na bieg spraw politycznych. Już dziś wielu strategicznie myślących polityków zastanawia się nad tym, jak pogodzić fakt, że jesienią 2023 roku mogą odbywać się wybory samorządowe i parlamentarne.

Matyja: Rok po wyborach, albo czego sztaby nie doczytały

Wyobraźmy sobie, jaką korektą życia politycznego byłoby przeprowadzanie w rytmie kwartalnym czy półrocznym wyborów gminnych w poszczególnych województwach. Niepołączonych z upartyjnionymi z natury rzeczy wyborami sejmikowymi. Prowadzonymi w taki sposób, by wybory warszawskie „nie przykrywały” tych w Lublinie, Toruniu czy Olsztynie. Tak by można było zajrzeć z telewizyjną kamerą do miast liczących 50 tys. mieszkańców, relacjonując tamtejszą politykę nie jako opowieść o prowincjonalnym grajdołku, ale nieco innych wymiarach rywalizacji o władzę.

Atrakcyjność wyborów prezydenckich

Mamy dziś 107 miast, na których czele stoją prezydenci i prezydentki. Część z nich jest słabo znana nawet mieszkańcom. Ale jeżeli mamy mieć jakąś linię wskazującą na to, które wybory powinny odbywać się według nowych reguł – to sens ma tylko prowadzenie ich albo w miastach prezydenckich, albo we wszystkich gminach danego województwa. Za tym drugim scenariuszem przemawia fakt, że nie istnieje żadna oparta na logicznym kryterium granica, która oddziela małe miasta prezydenckie od większych rządzonych przez burmistrzów. Burmistrza mają dziś 60-tysięczne Tarnowskie Góry, a prezydenta – mający poniżej 40 tysięcy mieszkańców nieodległy Knurów. Burmistrz rządzi blisko 50-tysięczną Rumią, a prezydent o 15 tysięcy mniejszym Sopotem.

Tak czy inaczej rozsądne byłoby wprowadzenie zasady, że wybory te odbywają się w całym województwie. Co nam to da? Na tym regionie skupi się na kilka tygodni uwaga komentatorów w całym kraju. Pojawi się moment, by poznać nie tylko kandydatów na prezydenta Wrocławia, ale także bardzo ciekawych od lat liderów z Bolesławca i Lubina. I tych, którzy odważą się stawić im czoła. W tym województwie mamy do czynienia z ośmioma miastami prezydenckimi, w których ważne rzeczy nie dzieją się wyłącznie na styku z wielką polityką. I oprócz prezydenta Wrocławia w regionie jest co najmniej kilka nietuzinkowych postaci, takich jak lewicowa prezydentka Świdnicy Beata Moskal-Słaniewska, a zarazem jedna z twarzy projektu „Wspólna Polska”, czy trudny do prostego sklasyfikowania Robert Raczyński. Ten drugi został po raz pierwszy prezydentem Lubina w roku 1990, jako 28-letni polityk związany później z Partią Chrześcijańskich Demokratów. W polityce krajowej zaistniał jako jeden ze współtwórców sukcesu Pawła Kukiza w wyborach prezydenckich 2015 roku.

Zabetonowana Świdnica? Prezydentka miasta zabiera głos

Ciekawymi gośćmi telewizyjnych studiów mógłby być też inny centroprawicowy, ale trzymający dystans od PiS wieloletni prezydent Bolesławca Piotr Roman czy związany z PO Roman Szełemej z Wałbrzycha. Gdyby wyborom na prezydentów towarzyszyła silniejsza uwaga mediów, być może pojawiliby się w nich ciekawi konkurenci, liczący na możliwość „zaistnienia” w polityce.

Oczywiście wybory prezydenckie to tylko wierzchołek góry lodowej. Ale znając logikę mediów – zapewne ostatni poziom, który budziłby ich duże i zgodne zainteresowanie. W skrajnym przypadku – województwa śląskiego – obejmowałyby one aż 19 miast prezydenckich. I pewnie gdyby organizować w nich wybory jednego dnia, to uwaga skupiłaby się na 6–7 największych w rodzaju Katowic, Gliwic czy Częstochowy. Jednak jest i druga skrajność – województwo opolskie z dwoma miastami oraz lubuskie, podlaskie i warmińsko-mazurskie z trzema miastami prezydenckimi. Tu sensowne byłoby może ich połączenie i organizowanie wyborów w mniejszych regionach równocześnie.

Spór o politykę miejską

Tak czy inaczej, polska polityka zaczęłaby uważniej obserwować to, co dzieje się poza Warszawą, zaczęła bardziej serio traktować problemy choćby większych miast. No i zyskałaby nowy rytm. Ale są też inne – nie mniej poważne zyski.

Taka zmiana prowadziłaby do pewnego upolitycznienia sporu o sposób kierowania miastem. Sporu, którego brakuje. I który nie sprowadza się do różnic partyjnych. To, co stało się w wyborach roku 2018 – a co było spowodowane eskalacją konfliktu politycznego między PiS a opozycją – należy uznać za pewną anomalię. Na wybory prezydentów patrzono zawsze z perspektywy politycznej, ale rozumiejąc, że podziały partyjne nie przekładają się tu jeden do jednego.

Zwłaszcza że od wielu lat polityka miejska jest w dużej mierze napędzana przez projekty centroprawicowe i neoliberalne, mające swój wyraz w obowiązującym od lat modelu „nowego zarządzania publicznego” (New Public Management), strategicznym sojuszu z hierarchią kościelną, ale też przez ideę „konkurencji” między miastami o inwestycje zagraniczne, korzystny przebieg autostrad czy rozmaite symboliczne przewagi. Korektę tego modelu wprowadziły ruchy miejskie, ale w wielu ośrodkach ich postulaty zostały po prostu przejęte przez wielokadencyjnych prezydentów. To one skłoniły do powolnego przechodzenia do stylu zarządzania włączającego rozwiązania partycypacyjne, do uruchomienia polityki rowerowej, większej wrażliwości na postulaty ekologów.

Problemem jest fakt, że nie udało się na poziomie miast sformułować wyrazistej socjaldemokratycznej alternatywy. Nie w wymiarze światopoglądowym – ale szerszym, obejmującym i postulaty części ruchów miejskich, i idee nowej polityki mieszkaniowej, która stworzy perspektywę wyjścia poza ramy określane przez finansowanie zakupu mieszkań z kredytów hipotecznych, otworzy dyskusję o warunkach dostępności usług publicznych i możliwościach wyrównywania ukrytych przywilejów i wykluczeń. Brak medialnej widzialności czyni z wyborów prezydentów miast spektakl toczący się wokół zagadnienia reelekcji i ewentualnego poszukiwania alternatywnego kandydata do podobnej polityki.

Mała lub duża korekta

W wielu krajach europejskich wybory regionalne odbywają się w innym terminie niż municypalne. W Polsce dodatkowym argumentem za takim rozdzieleniem jest fakt, że te pierwsze są silnie upartyjnione. Do sejmików trafia coraz mniej radnych spoza kilku największych ugrupowań. Wybory miejskie zostawiają nieco więcej przestrzeni dla kandydatów spoza klucza partyjnego. Zmiana kalendarza wyborczego przyniosłaby więc osłabienie wpływu partyjnych central na struktury samorządu. Pójdźmy jeszcze o krok dalej.

Tym krokiem jest rozwiązanie wzmacniające realnie ustrojową pozycję rad miast i gmin, a zatem odwracające częściowo złe skutki bezpośrednich wyborów jednoosobowych organów wykonawczych. Polega ono na tym, by rady powiatów były wybierane pośrednio: przez radnych wchodzących w ich skład gmin, a sejmiki – przez rady powiatów i miast na prawach powiatów. Ten mechanizm pozwalałby osłabić czynnik partyjny, dominujący na szczeblu wojewódzkim, a zarazem wiązał struktury mające słabe zakorzenienie społeczne z tymi, które są najbliższe lokalnym środowiskom.

Matyja: Rząd, którego ambicją są lepsze szpitale i szkoły, to nośna alternatywa dla obecnego

Te wszystkie propozycje brzmią oczywiście jak hasło „antypartyjnej rewolucji”, za którą w obecnym Sejmie większość raczej nie zechce głosować. Ale moment, w którym pojawia się szansa na zmiany, zwykle bywa krótki. Wtedy liczą się pomysły, dopracowane projekty, dobrze powiązane koalicje rzeczników reform.

Zmiana rytmu to czasami bardzo dużo. Zwłaszcza w kraju, który ma dobrze ugruntowane tradycje centralizmu, którym od lat rządzą ludzie nieprzepadający za samorządami, traktujący je jako klucz do partyjnego układu sił. Model, w którym na scenie politycznej jest więcej niż dwóch bohaterów i ich rozległe armie, warto pożegnać nie poprzez dodanie trzeciego i czwartego, ale przez próbę osłabienia odgórnej logiki w polskiej polityce.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Rafał Matyja
Rafał Matyja
Historyk, politolog
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, historyk, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek, m.in.: „Konserwatyzm po komunizmie” (2009), „Rywalizacja polityczna w Polsce” (2013), „Wyjście awaryjne” (2018), „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością” (2021).
Zamknij