Kraj

Matyja: Rok po wyborach, albo czego sztaby nie doczytały

Fot. Monika Bryk

Trzaskowski wymyślił ideę własnego ruchu społecznego, abstrahując od realnego układu sił w opozycji. Miał szansę zbudować się jako lider wyrastający ponad Platformę, mający szansę tworzenia korzystnej dla tej partii, ale niezdominowanej przez nią wizji wspólnej opozycyjnej przyszłości.

Obecna sytuacja polityczna nie wynika z drobnych i dużych ruchów personalnych w obozie rządowym i opozycji, ale z trzech względnie trwałych elementów: kompozycji parlamentu po wyborach 2019 roku, korekty wynikającej z wyborów prezydenckich latem 2020 oraz protestów Strajku Kobiet z jesieni. Te ostatnie przyczyniły się do załamania niewzruszonej przewagi PiS nad opozycją. Zanim jednak do nich doszło – mieliśmy do czynienia z rozstrzygnięciem, o którym zbyt łatwo zapominamy. Równo rok temu poznaliśmy wyniki wyborów prezydenckich.

Drzwi do systemu

Wielu politologów uważa wybory prezydenckie za okazję do rekonfiguracji systemu partyjnego. Tu – w odróżnieniu od wyborów parlamentarnych – wystarczy mieć jednego dobrego kandydata lub kandydatkę, nie trzeba uwzględniać sprzecznych interesów kierownictwa i aktywistów partyjnych, a środki, których trzeba użyć, są nieporównywalne z innymi kampaniami. Dobry wynik w 1995 roku stworzył szansę ugrupowaniu Jana Olszewskiego (Ruch Odbudowy Polski), które w szczytowym okresie popularności odnotowywało nawet kilkunastoprocentowe poparcie sondażowe. Pięć lat później drugie miejsce Andrzeja Olechowskiego stworzyło okazję do zbudowania Platformy Obywatelskiej. W 2015 roku podobny kapitał zbudował Paweł Kukiz, a pięć lat później – Szymon Hołownia.

Co więcej, przypadki partii, które nie wystawiały – z różnych powodów – własnych kandydatów, są równie poważnym argumentem za tą „partyjną” funkcją wyborów prezydenckich. W 1990 roku nie zaistniało w nich Stronnictwo Demokratyczne i w odróżnieniu od ZSL-PSL zniknęło rok później z Sejmu, w 2000 kandydata nie wystawiła Unia Wolności, a przeprowadzone w 2001 roku wybory sejmowe pozbawiły ją na trwałe reprezentacji parlamentarnej. Wiele wskazuje na to, że słaby wynik lewicy w wyborach 2015 roku był w jakimś stopniu pochodną wystawienia kandydatury Magdaleny Ogórek.

Atmosfera pogromowa. Level: wybory prezydenckie w Polsce

A co istotnego dla sceny partyjnej wydarzyło się rok temu? Po pierwsze, utrzymała się dominacja PiS, która mogła już wtedy doznać uszczerbku. Bo wynik 51 do 49 tyle właśnie oznacza. Po drugie, do gry weszli dwaj nowi aktorzy: Szymon Hołownia i Rafał Trzaskowski. Ten pierwszy wokół sukcesu w pierwszej turze (13,87 proc.) zbudował nowe ugrupowanie polityczne. Ten drugi – znacznie lepszego wyniku (30,46, a w drugiej turze 48,97 proc.) nie potrafił przez rok zdyskontować. To pokazuje, że dobry wynik w wyborach prezydenckich nie przenosi się automatycznie na sukces w perspektywie najbliższych lat.

Pewną szansę dostała też prawica spod znaku Konfederacji, której kandydat dostał sporo powyżej miliona głosów, powtarzając wynik tej formacji sprzed roku. To dużo, bo taki na przykład kandydat ludowców dostał zaledwie 1/3 poparcia dla PSL (2,36 proc.), a kandydat lewicy – mniej niż 1/5 wyniku sejmowego tej formacji (2,22 proc.). Możemy zatem powiedzieć, że wynik wyborów prezydenckich zablokował możliwość budowania się lewicy i ludowców. Ta pierwsza odzyskała szanse po manifestacjach Strajku Kobiet. Ludowcy nie wyszli jednak poza sferę gier gabinetowych, nie przeczytali słabych wyników Kosiniaka-Kamysza jako wotum nieufności wobec strategii. A przecież formacje parlamentarne, których kandydaci uzyskali po 2 proc., powinny potraktować taki wynik jako ostrzeżenie.

Już żadnej z nas nie zawstydzicie! Reportaż z polskich ulic

Nadciągająca wojna PiS z Konfederacją

W jakimś stopniu wyniki przeczytano za to na Nowogrodzkiej i podjęto próbę dotarcia do młodszej i wielkomiejskiej publiczności – temu służyć miała niepopularna wśród własnych zwolenników idea „piątki dla zwierząt”. PiS również upewnił się w tym, że największe przyrosty zawdzięcza własnym programom socjalnym, które działają lepiej niż wzmożenie światopoglądowe elektoratu tradycjonalistycznego.

Zrozumiał też, że za bardziej prawdopodobne należy uznać przepływy części własnych wyborców pod skrzydła Konfederacji niż odwrotnie – pozyskiwanie wyborców tej formacji dla siebie. Umacnianie tradycjonalistycznego skrzydła to zatem raczej metoda powstrzymywania odpływu wyborców niż ich poszukiwania. Oraz funkcja powstrzymywania emancypacji Zbigniewa Ziobry i jego współpracowników. Dlatego właśnie słabnący PiS nie będzie miał wyłącznie kłopotów z opozycją jako taką, ale także ze swoją prawą (zewnętrzną i wewnętrzną) konkurencją.

Dodajmy zarazem, że swoje najlepsze wyniki kandydat Konfederacji Krzysztof Bosak odnotował na Podkarpaciu, w okolicach Lublina, a nieco słabsze na Podlasiu, w mniej zurbanizowanych powiatach województwa małopolskiego i mazowieckiego. To ten obszar będzie zatem miejscem przyszłej konfrontacji światopoglądowej między dwoma odłamami polskiej prawicy. Konfrontacji zainaugurowanej już zresztą podczas wyborów prezydenckich w Rzeszowie przez Grzegorza Brauna.

Matyja: Rzeszów trzech klęsk

Kto nie doczytał wyników

Nie doczytano natomiast wyników w otoczeniu Rafała Trzaskowskiego. I to mimo faktu, że jego kampania była znakomitą korektą wysiłków sztabu Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Lekcja, którą odrobiono wiosną 2020, poszła jednak na marne. Trzaskowski wymyślił ideę własnego ruchu społecznego, abstrahując od realnego układu sił w opozycji. Miał szansę zbudować się jako lider wyrastający ponad Platformę, mający szansę tworzenia korzystnej dla tej partii, ale niezdominowanej przez nią wizji wspólnej opozycyjnej przyszłości. Trzaskowski dostał w drugiej turze 10 milionów głosów, ale zachowywał się tak, jak gdyby nie wiedział, skąd one pochodzą, jak gdyby była to prosta funkcja jego osobistej popularności.

Na jego obronę można powiedzieć, że kluczowe dla jego nowej misji wyniki drugiej tury są trudniejsze do interpretacji, a to ze względu na trwający już wówczas początek wakacji. Trzaskowski odnotowuje bowiem ponad dwukrotnie wyższe wyniki niż Komorowski w drugiej turze wyborów 2015 roku w miejscowościach nadmorskich czy w części powiatów podgórskich. Na tym nie koniec. Musimy sobie bowiem wyobrazić, że krótko po ustaniu covidowych restrykcji wielu mieszkańców dużych miast pojechało także do mniej atrakcyjnych miejscowości letniskowych.

A jednak sporo z analizy wynika. Na przykład bardzo niewielkie wzrosty (kilka punktów procentowych) popularności w słabiej zurbanizowanych powiatach województwa kujawsko-pomorskiego i Wielkopolski, i to nie tej wschodniej, należącej w XIX wieku do zaboru rosyjskiego, tylko tej długo pozostającej pod panowaniem pruskim, a potem niemieckim. Dokonało się to w warunkach wysokiego wzrostu frekwencji i przejęcia owej nadwyżki niemal w całości przez Andrzeja Dudę. To zatem kolejna, obok ziem zachodnich przestrzeń, w której PiS zdobywał tereny wcześniej dla niego niedostępne.

Zestawiając tę wiedzę z analizą sukcesów wyborczych Hołowni, a wcześniej także świetnych wyników sondażowych Kosiniaka-Kamysza nietrudno było wpaść na pomysł, że droga do zwycięstwa prowadzi przez sformułowanie oferty do niepisowskich wyborców ze wsi i małych oraz średnich miast. A to dlatego, że Hołownia zbudował swój elektorat nie na wielkich miastach, lecz właśnie na powiatach o przeciętnym poziomie urbanizacji: powyżej 20 proc. w województwie lubuskim i na Opolszczyźnie oraz w powiatach o przeciętnym poziomie urbanizacji, bliskie 20 proc. w Wielkopolsce i na Śląsku. Spekulacje mówiące, iż jest to kandydat typowo wielkomiejski i właściwie klon Ryszarda Petru – wzięły w łeb, podobnie jak wiele innych teorii budowanych zgodnie z metodą data free. To poparcie na wsi, czy szerzej na prowincji – widoczne było już wiosną, gdy plakaty i bannery Hołowni pojawiały się obok Dudy częściej niż jakiekolwiek inne. Wielkie miasta pozostały za to nieprzekonane i głosowały na Hołownię tylko nieznacznie powyżej średniej krajowej – jedynie w rodzinnym Białymstoku Hołownia przekroczył poziom 20 proc. poparcia.

Agenda Hołowni musiałaby zostać przez opozycję uzupełniona tam, gdzie i jemu poszło słabiej. Wyniki powiatowe poniżej 10 proc. miał w tradycyjnie najbardziej sympatyzujących z PiS powiatach województwa lubelskiego, w południowej i wschodniej Małopolsce, na Podkarpaciu i Kielecczyźnie, w peryferyjnych powiatach woj. mazowieckiego i w dawnym województwie łomżyńskim. To z kolei obszary, gdzie rywalem PiS może być tylko PSL. I to PSL idący do wyborów samodzielnie, a nie w koalicji z jakimś wielkomiejskim szyldem. Wybory prezydenckie to nie „kolejna lekcja jedności”, ale przeciwnie – świetny dowód na ułomność takiego podejścia.

Żeby być drugim Tuskiem, Trzaskowski musiałby przejść do Hołowni

O ile Hołownia może być znakomitym kandydatem „nowego elektoratu prowincjonalnego” – jeżeli przez prowincję rozumiemy świat poza rogatkami Warszawy – o tyle nie przekona do siebie tradycyjnie myślącego, nieufnego wobec miasta elektoratu socjalnego PiS, który w momencie kryzysu tej formacji może zostać w domu lub co najwyżej głosować na PSL. Podobnie jak skrajnie tradycjonalistyczny elektorat partii Kaczyńskiego będzie miał do wyboru absencję wyborczą lub poparcie Konfederacji.

Wyniki wyborów zignorowano też w sztabach lewicy i ludowców. Zapewne ze względu na słabe rezultaty kandydatów zdecydowano się szybko zapomnieć o porażce i przejść do ofensywy. Ofensywy w znacznej mierze prowadzące na manowce. W przypadku lewicy problem był nawet podwójny. Po pierwsze, dotyczył samego kandydata, bo poparcie 3,8 proc. wyborców dla Biedronia w Słupsku pokazuje, że stracił on coś więcej, niż powszechnie sądzono. Przestał być mianowicie symbolem, z którym identyfikuje się szersza grupa niż żelazny elektorat tego ugrupowania. Druga kwestia to podkreślanie przez lewicę swojej odrębności, wyjątkowości, a niekiedy wręcz skrajności. W tej formacji nie ma nikogo, kto mówiłby jak niegdyś Aleksander Kwaśniewski – jestem taki jak wy, podobny do wszystkich. Kwaśniewskiemu nie przyszłoby do głowy mówienie, że jest jedynym progresywnym kandydatem wśród samych prawicowych. Nawet gdyby tak było, raczej by ten fakt ukrywał, niż eksponował.

Nieco inaczej sprawa ma się z Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, któremu poszło gorzej, niż myślał, ale znacznie lepiej niż jego peeselowskim poprzednikom. Kandydat z 2015 Adam Jarubas dobrze poradził sobie tylko w świętokrzyskim, gdzie był marszałkiem województwa i zdobywał powiatowe poparcie między 7,5, a nawet 23,2 proc. Kosiniak o takich wynikach mógł tylko pomarzyć. Wyniki powyżej 5 proc. zdobywał tylko w powiatach, które od zawsze były bastionami PSL – proszowickim, kazimierskim, miechowskim, grójeckim czy płockim. Za to na plus może policzyć sobie kilka miast na prawach powiatu z wynikiem powyżej 2 proc. (Tarnów – 4,1; Kraków – 2,7). A dlaczego to jest ważne? Bo właśnie taki niewielki skok poparcia przypisywano w 2015 roku wpływowi koalicji z „miejskim” podobno ruchem Kukiz’15. Teraz wiadomo, że tę sprawę załatwia w znacznej mierze „miejski” wizerunek samego lidera.

Zmarginalizowana prezydentura

Czytanie sondaży zastąpiło niestety znacznie bardziej pouczające czytanie wyników. A od momentu, w którym na scenie pojawił się Donald Tusk – czytanie sondaży stało się dość specyficznym zajęciem, mającym służyć za argument tuskoentuzjastom lub tuskosceptykom. Szczytem szaleństwa było opublikowanie sondażu prezydenckiego, w którym Tuska zestawiono – chyba tylko po to, żeby uzyskać mocny wydźwięk – z Jarosławem Kaczyńskim. Taka para kandydatów jest dziś z wielu powodów niemożliwa – a jednym z nich jest fakt znaczącej marginalizacji prezydentury.

Flis: Trzaskowski nie ma się co frustrować brakiem władzy, bo ma jej realnie więcej niż Tusk

I choć zwykle z podsumowaniami pierwszego roku kadencji czeka się nie do rocznicy wyborów, ale do rocznicy zaprzysiężenia, to tym razem warto obie rocznice połączyć. Trudno bowiem wyobrazić sobie po tym pierwszym roku drugiej kadencji Andrzeja Dudy podsumowanie w postaci artykułu normalnej wielkości. Poświęćmy mu zatem akapit.

Po słabej kadencji Bronisława Komorowskiego doszło do poważnego osłabienia roli tego urzędu w pierwszej kadencji Andrzeja Dudy. I gdy niektórzy komentatorzy zaczęli spekulować na temat tego, że druga kadencja będzie aktywniejsza i bardziej niezależna, no bo chyba trudno sobie wyobrazić bardziej pasywną, Andrzej Duda postanowił ich zawstydzić. Całkiem nieźle mu się to udało: marginalizacja Dużego Pałacu postępuje.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Rafał Matyja
Rafał Matyja
Historyk, politolog
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, historyk, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek, m.in.: „Konserwatyzm po komunizmie” (2009), „Rywalizacja polityczna w Polsce” (2013), „Wyjście awaryjne” (2018), „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością” (2021).
Zamknij