Kraj

Matyja: Rzeszów trzech klęsk

Namaszczanie następców nie działa, szyld partyjny nie daje zwycięstwa, ale też zmieniają się same miasta. Może w 2023 roku poznamy ciekawych liderów wykorzystujących kres „wielokadencyjności” miejskich przywódców?

Wymyślone przez Tadeusza Ferenca wybory miały się skończyć potrójnym zwycięstwem: Ferenca, Zjednoczonej Prawicy i jednego z liderów Solidarnej Polski – Marcina Warchoła. Ten ostatni miał gwarantować dwóm starszym panom: Ferencowi i Kaczyńskiemu to, że Rzeszów nie wpadnie w ręce wrogów. Wielką karierę prezydenta Ferenca wieńczy wyborcza klęska jego kandydata. Grę PiS o Rzeszów – wynik gorszy od tego, jaki uzyskał kandydat tej partii, walcząc trzy lata temu z Ferencem. Wreszcie kończy się na naszych oczach model paternalistycznej prezydentury, która nie tylko podporządkowuje sobie miejską egzekutywę, ale jest w stanie układać po swojej myśli lokalną scenę polityczną i skutecznie wskazywać następców.

Majmurek o wyborach w Rzeszowie: Tym razem to opozycja wygrywa przez nokaut

O tym, kto wygrał te wybory, przekonamy się za dwa lata. Konrad Fijołek musi bowiem obronić swoje zwycięstwo w roku 2023. I walcząc o nie, będzie rozważał wielokrotnie – w jakim stopniu powinien związać się z partiami, które poparły go tym razem. Będzie musiał potwierdzić czynami, że jest kandydatem nie gorszym od Ferenca. Ale zarazem rozstrzygnąć problem tego, czy zawrze z jego ludźmi w ratuszu układ uznający personalne status quo, czy też spróbuje dokonać zmian po swojemu.

Opozycja musi się nastawić na szybką wizerunkową konsumpcję tego zwycięstwa. Uczynić z niego nie tylko symbol klęski PiS, ale też coś, co pokaże jej skuteczność. Zdolność do zgodnego przejęcia władzy.

Fot. Jakub Szafrański

Klęska namaszczenia

Klęski są bardziej oczywiste. Tadeusz Ferenc mógł sądzić, że poparcie, jakiego udzieli Marcinowi Warchołowi, będzie znacznie bardziej skuteczne. Da mu zwycięstwo lub przynajmniej wynik pozwalający na układanie się ze zwycięzcą. Uznał najwyraźniej Rzeszów za miasto, w którym to prawica rozdaje karty, a jego „przypadek” jako prezydenta o innym rodowodzie był wyjątkowy i oparty na osobistych talentach. Cała ta kalkulacja wzięła w łeb. Rzeszów może wygrać w pierwszej turze ze znakomitym wynikiem także ktoś, kto nie wywodzi się z prawicy, nie nazywa się Ferenc – ba, walczy z kandydatem wspieranym przez tegoż Ferenca.

Dzień po wygranej Fijołek wykazał się dużą wyobraźnią, zapowiadając wypicie z Ferencem kawy. Gorzkiej dla tracącego władzę prezydenta. Nawet jeżeli uda mu się uzyskać jakieś ważne zapewnienia ze strony następcy – może będą to gwarancje personalne, a może merytoryczna obietnica kontynuacji jakichś projektów – to nie wyjdzie z tego bez szwanku. Co więcej, nie spełni się też pewna kalkulacja obliczona na koegzystencję między nowymi władzami Rzeszowa a obozem rządzącym. Na to, że Warchoł, który był w stanie pomóc Ferencowi w załatwianiu różnych istotnych dla miasta spraw, po prostu będzie robił to samo jako prezydent, a zarazem nie będzie w prosty sposób zależny od Kaczyńskiego. Że nie wpuści PiS do ratusza, ale nie będzie przez tę partię traktowany jako wróg.

Klęska Kaczyńskiego jest równie oczywista, choć wydaje się mniej spektakularna. Niespełna 24-procentowe poparcie dla kandydatki PiS w mieście, które uchodzi za stolicę „polskiej Bawarii”, to katastrofa. W tym całym opowiadaniu o Bawarii nie chodzi bowiem o sukces ekonomiczny i zamożność, ani nawet o religijny konserwatyzm mieszkańców, ale o bycie bastionem twardszej odmiany niemieckiej chadecji, jaką jest CSU. I o nic więcej. To jedyny region, w którym PiS nie ma z kim przegrać. I gdyby nie dawne – sprzed 19 laty – zwycięstwo ówczesnego kandydata SLD w walce o fotel prezydenta Rzeszowa, rządziłby także jego stolicą.

Rezygnacja Ferenca tworzyła szansę na przejęcie miasta. Oczywiście ruch ze wsparciem Warchoła był jakimś utrudnieniem – ale i tak mniejszym, niż gdyby Ferenc poparł kogoś związanego wprost z opozycją. Bo – jak się wydaje – Kaczyński myślał o Rzeszowie tak jak jego były prezydent. Układ opozycja plus poparcie Ferenca jest minimalnie zwycięski. Opozycja bez poparcia Ferenca w Rzeszowie nie ma szans. Byleby tylko wejść do drugiej tury. Scenariusz, w którym Fijołek ma 45-procentowe poparcie, popierana przez PiS Ewa Leniart – 35, Warchoł 13, a Grzegorz Braun – 7 proc., wydawał się całkiem realny. Ale się nie spełnił. I to nie dlatego, że świetnie poszło Warchołowi czy Braunowi. Fatalnie wypadła kandydatka partii władzy. Zdobyła mniej niż połowę głosów, które padły na zwycięzcę.

Fot. Jakub Szafrański

Klęska partyjnego szyldu

Oczywiście fakt, że PiS nie zwiększy swojego stanu posiadania w samorządzie, bardzo Kaczyńskiego nie zmartwi. Ale zmartwi go to, co o wyniku wyborów myślą od niedzieli działacze jego partii. Nikt, kto rozumie politykę lokalną – a to akurat rozumieją wszyscy działacze – nie będzie miał wątpliwości. To jest klęska partyjnego szyldu. Nawet mimo licznych obietnic i fantów, mimo spektakularnych obietnic Polskiego Ładu i ogromnego wysiłku ogólnopolskich struktur: nie udało się wykrzesać z tego zwycięstwa. Lub choćby niekompromitującej porażki.

Najgorszym scenariuszem dla Kaczyńskiego jest utrata w partii nimbu „zwycięskiej nieomylności”. „Jak tam idzie, tak idzie – ale na końcu zawsze geniusz prezesa rozstrzyga o wyborczym zwycięstwie” – takie myślenie aktywu gwarantuje w partii spokój i posłuszeństwo. Pozwala urywać sojusznikom co bardziej interesownych posłów i radnych, kusić planktonową część Sejmu, straszyć oportunistów i karierowiczów. Bez tego nimbu nic prezesowi nie wyjdzie.

Trzy klęski prezesa

Pierwszym ważnym sygnałem nieskuteczności Kaczyńskiego była porażka wyborów pocztowych. Przegrał je z opozycją, ale przegrał za sprawą jednego z koalicjantów – Jarosława Gowina. Co więcej, nie mógł sobie pozwolić na skuteczny odwet i w końcu musiał uznać powrót Gowina w roli wicepremiera i szefa znacznie silniejszego niż pierwotnie resortu.

Drugim sposób, w jaki prezes PiS – i już wówczas wicepremier ds. bezpieczeństwa – zareagował na jesienne manifestacje. Jego przemówienie na Facebooku pokazywało, że jest gorszym politykiem niż Mateusz Morawiecki, Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin, że nie rozumie społecznych emocji, także emocji własnego zaplecza, że się całkowicie pogubił. Trzecią klęskę poniósł Kaczyński w Rzeszowie.

Konrad Fijołek: W Rzeszowie teraz czas postawić na człowieka

Teraz jest pod pewnymi względami jeszcze gorzej. To pierwsza spektakularna porażka PiS w perspektywie następnego cyklu wyborczego. Dobrze skorelowana ze słabnącymi wynikami sondażowymi tej partii i poczuciem wyczerpania się jej nośnej narracji. Poczuciem, którego nie osłabiła prezentacja haseł składających się na Polski Ład, zapowiedź napływu do Polski nowych środków unijnych czy nawet poprawa sytuacji pandemicznej w kraju. Prawo i Sprawiedliwość swoją propagandą znieczuliło nawet swoich wyborców – nie wiedzą oni już, co jest realną zapowiedzią, a co myśleniem życzeniowym. Uwierzą tylko transferom na konto. To ostatnia skuteczna wyborcza broń PiS. Ale można jej użyć raz, na krótko przed wyborami.

Rząd PiS dba, żeby jego ludzie mieli wstęgi do przecinania

Trzecia klęska jest najmniej spektakularna. Ale dla tych, którzy śledzili niezwykłą karierę kilku prezydentów, widoczna gołym okiem. W 2002 roku wygrali pierwsze powszechne wybory. Dwóch z nich należało do SLD, trzeci miał w swoim życiu epizod rządzenia miastem w czasach PRL. Wszyscy byli urodzeni w latach 40. Najstarszy Tadeusz Ferenc skończył w tym roku 81 lat, młodszy Jacek Krywult, który w 2018 zrezygnował z ubiegania się o fotel prezydenta Bielska-Białej, ale nadal jest radnym miasta, skończy latem osiemdziesiątkę, a najmłodszy z nich – Jacek Majchrowski – ma dziś zaledwie 74 lata. Te prezydentury były podobne, paternalistyczne, wyniosłe, do pewnego stopnia niezainteresowane poszukiwaniem następców. Z ducha zachowawcze, nieufne wobec nowych lewicowo-liberalnych trendów, w sumie – centroprawicowe. Następna generacja – wybrana w ostatnich latach – już tak się nie zachowuje.

Fot. Jakub Szafrański

Klęska wzorów z dawnej epoki

Wszystkie trzy klęski są w jakimś stopniu porażką projektów przenoszących wzory i nawyki myślowe XX wieku w realia następnego stulecia. To, że przydarzyły się w Rzeszowie, jest nie tylko chichotem historii, ale też znakiem tego, że tamta epoka kończy się na dobre. Pierwszą jaskółką był – też niemający opinii postępowej, liberalnej metropolii – Słupsk, z jego decyzją o powierzeniu prezydentury Robertowi Biedroniowi. Siedem lat, jakie dzielą zwycięstwo Biedronia od sukcesu Fijołka, to okres ważnej transformacji miejskich elektoratów, ale także powolnej zmiany stylu samorządowej władzy. Odeszli nie tylko wspomniani wyżej patriarchowie, ale także znacznie bardziej nowocześni liderzy – by wspomnieć choćby Piotra Uszoka czy Rafała Dutkiewicza. To, czy ich następcy zdołają ukształtować inny, bardziej partnerski styl, jest sprawą otwartą. Być może będziemy mieli do czynienia z jakąś długą epoką przejściową, a nowe wzory upowszechnią się wraz z pojawieniem się jeszcze młodszych prezydentów. Już dziś widzimy ich w miastach poniżej 100 tys. mieszkańców, ale może w 2023 poznamy ciekawych liderów wykorzystujących kres „wielokadencyjności” miejskich przywódców.

Fot. Jakub Szafrański

Jest w tej rozgrywce jeszcze jedna ciekawa wskazówka. Przez kwartał Rzeszów był w czołówkach krajowych serwisów informacyjnych. O mieście sporo się mówiło, w mediach ogólnopolskich pojawiły się ciekawe debaty kandydatów.

A gdyby tak przyjąć częściowo model niemiecki i prezydentów 107 miast wybierać nie razem z upartyjnionymi wyborami do sejmików i rad, ale osobno? I w różnych terminach. Wówczas co kwartał mielibyśmy porcję ciekawej lokalnej polityki – z Białegostoku i Wrocławia, z miast metropolii górnośląsko-zagłębiowskiej czy z Trójmiasta. To wydaje się sprzeczne z pewnym schematyzmem myślenia o wyborach, ale być może zmieniłoby polskie życie polityczne i polską wyobraźnię miejską nie do poznania.

**

ZEIT-Stiftung Ebelin und Gerd BuceriusMateriał powstał dzięki wsparciu ZEIT-Stiftung Ebelin und Gerd Bucerius.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Rafał Matyja
Rafał Matyja
Historyk, politolog
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, historyk, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Autor książek, m.in.: „Konserwatyzm po komunizmie” (2009), „Rywalizacja polityczna w Polsce” (2013), „Wyjście awaryjne” (2018), „Miejski grunt. 250 lat polskiej gry z nowoczesnością” (2021).
Zamknij