Kraj

Grupa Granica: To nie jest kryzys migracyjny, ale humanitarny

Grupa Granica opublikowała raport porządkujący i analizujący sytuację na granicy polsko-białoruskiej. Przesłała też list przewodniczącej KE Ursuli von der Leyen, krytykujący propozycje zmian prawnych. Rozmawiamy z jednym z autorów, Maciejem Mandeltem, ekspertem ds. integracji kulturowej ze Stowarzyszenia Nomada.

Grupa Granica powstała w odpowiedzi na kryzys humanitarny, który wyniknął z potrzasku, w jakim znaleźli się migranci zamknięci przy granicy z jednej strony przez służby białoruskie, z drugiej przez polskie. Grupa Granica to 14 organizacji pozarządowych oraz wolontariusze, aktywistki i aktywiści, badacze i badaczki, a także mieszkańcy pogranicza. Od sierpnia wszyscy oni niosą pomoc humanitarną, ratując życie osobom zmuszonym do trwania w nieludzkich warunkach, przy coraz gorszych warunkach atmosferycznych, czasem przez wiele tygodni. Zostali poproszeni o pomoc przez przynajmniej 5000 osób pochodzących z Iraku, Syrii, Afganistanu, Jemenu, Somalii, Iranu, Konga.

Grupa Granica obok pracy aktywistycznej prowadzi też działania informacyjne, rzecznicze, a przy okazji analizuje sytuację na granicy, działania służb. Efektem jest opublikowany przez nią raport. Apelują o otwarty dostęp do terenów przygranicznych dla organizacji humanitarnych oraz przywrócenie przewidzianych prawem procedur identyfikacji osób przekraczających granicę, jak również zapewnienia im możliwości ubiegania się ochronę międzynarodową.

We wtorek opublikowali też list otwarty do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen, w którym krytykują zaproponowane 1 grudnia rozwiązania prawne i ponownie apelują o respektowanie konwencji genewskiej i zapisanych w niej praw człowieka. Piszą: „W naszej ocenie projekt ten wprowadza rozwiązania, które umocnią stan bezprawia i łamania praw człowieka. Legalizuje on bowiem wykrętnie praktyki stosowane przez polski rząd. Proponowane przez Komisję Europejską przepisy znacznie obniżają i tak niskie standardy ochrony gwarantowane osobom ubiegającym się o ochronę międzynarodową. Wpisane w te przepisy zapewnienia gwarancji proceduralnych są, w naszym przekonaniu, fikcyjne i nie będą w praktyce zastosowane”.

O sytuacji na granicy rozmawiamy z jednym z twórców raportu, Maciejem Mandeltem, ekspertem ds. integracji kulturowej ze Stowarzyszenia Nomada.

Katarzyna Przyborska: Kalendarium raportu kończy się jeszcze przed kulminacją w Kuźnicy, kiedy strony i polska, i białoruska usiłowały fałszywie przekonywać, że mamy do czynienia z agresją ze strony migrantów. Rozumiem, że będzie kolejny.

Maciej Mandelt: Nie wykluczamy kolejnych publikacji. Czy to będzie raport, to się okaże, ale na pewno będziemy dokumentować to, co się dzieje i będzie się działo.

Skąd decyzja, żeby taki raport zebrać i złożyć?

Nikt inny tego nie robił. A naszym celem jest informowanie społeczeństwa o tym, co się dzieje. Raport nie jest pełny, mógłby być znacznie rzetelniejszy, gdybyśmy mieli dostęp do strefy objętej stanem nadzwyczajnym. Gdyby byli tam medycy, dziennikarze, obserwatorzy − wtedy dane byłyby pełniejsze. Choćby te dotyczące liczby przekroczeń granicy. Trudno ufać danym podawanym przez straż graniczną, bo wiemy, że zdarza im się manipulować faktami.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

I jeden z rozdziałów raportu jest właśnie temu poświęcony. Aktywiści mieszkający na terenie objętym stanem wyjątkowym też współpracują z Grupą Granica, jest to zatem jakiś rzut okiem na tereny niedostępne.

Tak, i wyobrażam sobie, że część kolejnego raportu będzie dotyczyć właśnie mieszkańców i mieszkanek strefy. Teraz możemy sobie tylko wyobrażać, co przeżywają, z czym się zmagają na co dzień. To, co się stało ze społecznością na pograniczu, i okropne doświadczenia, które są ich udziałem, będzie tematem nieraz jeszcze podejmowanym.

Chcecie z tym raportem dotrzeć jak najszerzej, jak rozumiem. Ale w rejonie przygranicznym była trzy tygodnie temu komisarz Rady Europy ds. praw człowieka Dunja Mijatović i to chyba na razie nie przełożyło się na zmianę sytuacji. Raczej wydaje się, że Europa wysyła informacje, że wspiera działania Polski, Litwy i Łotwy.

Tę ostatnią propozycję Rady Europy poddajemy krytyce. Przerażający jest fakt, że pod projektem łamiącym prawa człowieka mogłyby podpisać się instytucje Unii Europejskiej. Propozycje RE naruszają przepisy konwencji genewskiej dotyczącej statusu uchodźcy. Ale wciąż odwołujemy się do władz Polski i Unii Europejskiej. Niedługo ukaże się też wersja międzynarodowa raportu, która stanie się narzędziem do rzecznictwa.

Uzyskanie jakiegoś wpływu na sytuację jest jednak niezwykle trudne. Z władzami polskimi nie ma żadnego dialogu, są zamknięte, okopane na swoich pozycjach, pracujemy zatem na innych polach: w Europie, ONZ-cie, którego obserwatorzy byli na pograniczu, UNHCR-em, innymi międzynarodowymi organizacjami humanitarnymi. Jesteśmy z nimi w stałym kontakcie, dzielą się z nami swoim doświadczeniem, ekspertyzą, pomagają. Na początku tego kryzysu mieliśmy nadzieję, że wejdą do strefy, że uda się taką rzeczywistą pomoc humanitarną wprowadzić na granicę, niestety rząd im odmówił. Wspierają tych, którzy są na granicy i wykonują pracę humanitarną. To są mieszkańcy pogranicza, aktywiści, aktywistki. Wolontariusze.

Nikt nie dba o życie. Ważne, by śmierć nastąpiła po drugiej stronie granicy

Dzięki wam możliwa jest też praca dziennikarzy.

Tak, ostatnio zdecydowaliśmy się pokazywać takie relacje na żywo, z migrantami w roli głównej i strażą graniczną, która po nich przyjeżdża. W ten sposób próbujemy uniknąć wywózek.

Czy to jest skuteczne, czy daje się w ten sposób wpłynąć na SG?

Te widowiskowe akcje przynoszą pozytywny efekt. Obecność mediów, Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, dziennikarzy pozwala na publiczne złożenie interim measures, czyli środka zabezpieczającego z Trybunału Praw Człowieka.

Czyli chodzi o to, żeby było jak najwięcej świadków? Żeby wyjść z tej gry, w której zadaniem służb jest udawanie, że tych ludzi nigdy tu nie było?

To z jednej strony cieszy, że dzięki nim ludzie mogą złożyć wnioski o ochronę międzynarodową i przynajmniej na czas procedury znaleźć się w ośrodku, w bezpiecznym i ciepłym miejscu, z jedzeniem i wodą. Natomiast to jednak skandal, że trzeba się imać aż takich środków, żeby podstawowe prawa ludzi były respektowane. Niestety nie zawsze i nie wszędzie da się taką akcję zrobić. Nie wiemy, ilu ludzi jest wywożonych i ilu umarło w strefie, a mamy od migrantów i migrantek informacje, że byli świadkami śmierci, o pozostawionych w lesie ciałach zmarłych. Co się z nimi stało, czy zostały pogrzebane − tego nie wiemy. Wiemy tylko o tych, którzy zostali oficjalnie pochowani albo których ciała były transportowane do krajów pochodzenia.

Rozumiem z tego, że jest robiona lista ewidencyjna, która może pomóc ludziom odnaleźć swoich bliskich?

Próbujemy zbierać informacje choćby właśnie w kontekście osób zaginionych. Tym też się zajmujemy, pomagamy rodzinom odnajdywać bliskich, a zgłoszeń o zaginionych jest sporo.

Po ludziach zostały rzeczy [reportaż z granicy]

czytaj także

Są na granicy różne służby: policja, SG, wojsko i WOT. Jak się z tymi poszczególnymi grupami układają relacje?

Różnie to bywa. W czasie niedawnej akcji strażnicy zachowywali się dość przyzwoicie, natomiast wiemy, że straż graniczna, strażnicy, strażniczki przepychają ludzi przez granicę, i to w sposób często bardzo brutalny. Choć, co też opisujemy w raporcie, były przykłady współczucia, kiedy przed wypchnięciem SG zaopatrywała migrantów w jedzenie i ciepłe, suche ubrania. W służbach też pracują ludzie. Możemy sobie wyobrazić, z jakimi borykają się dylematami te osoby, ale jednak wykonują rozkazy, które skutkują cierpieniem. Wzrasta też poziom przemocy, to jest znamienne.

Raport ma służyć temu, żeby pokazać, że to, z czym mamy do czynienia na granicy, to nie jest kryzys migracyjny, ale kryzys humanitarny, i że skala przemocy wobec migrantów i migrantek jest ogromna. A ostatnio coraz częściej dochodzi do szykanowania ludzi, którzy pomagają, do mieszkańców, aktywistów. Aktywiści Grupy Granica też byli atakowani. Ostatnio WOT terroryzował naszego tłumacza Jakuba Sypiańskiego. To pokazuje, że chyba wchodzimy w nowy etap nakręcania przemocy. Kryminalizacja migrantów była i jest, a teraz dochodzi kryminalizacja osób niosących pomoc humanitarną.

Zdarza się wam jednak czasem trafić na funkcjonariuszy bardziej ludzkich?

Koniec końców i tak musimy z tymi służbami współpracować, czy to na granicy, czy w ośrodkach strzeżonych. Musimy liczyć na to, że ktoś zachowa się przyzwoicie. Choć wystarczyłoby przestrzegać procedur, ale kiedy one nie działają, musimy liczyć na dobrą wolę, doby moment, lepszy dzień.

Ktoś wymyślił, że ceną za przekroczenie granicy może być śmierć z zimna i wycieńczenia

A jednocześnie wciąż nie ma uzasadnienia dla stosowania przemocy. Może zaprzeczysz, ale ja nie słyszałam dotychczas o przypadku napaści migrantów na jakąś pograniczną wioskę, na dom, na kogokolwiek?

Nie znamy takich przypadków. To, co jest też interesujące i co podkreślają aktywistki, które pracują w terenie − bo większość osób niosących pomoc to kobiety − nie spotkały się one jeszcze ani razu z przemocą, czy jakimkolwiek naruszeniem ich dóbr, ani razu nie czuły się zagrożone przez migrantów.

Przy okazji zakończenia stanu nadzwyczajnego i wprowadzenia stanu nadzwyczajnego na życzenie weszły też nowe przepisy pozwalające na użycie wobec migrantów na przykład plecakowych miotaczy gazu. A słyszałam też, że pojawiają się nowe militarne gadżety…

Potwierdzamy, funkcjonariusze są dozbrajani. Stan pseudowyjątkowy jest bardzo niebezpieczny, bo daje bardzo duże uprawnienia ministrowi spraw wewnętrznych, który, jeśli zechce, będzie mógł rozszerzyć go na jeszcze większy obszar, idąc w głąb kraju. W ogóle ta skala państwowej przemocy jest całkowicie nieadekwatna do sytuacji, bo samych żołnierzy jest około 10 tysięcy na granicy, podczas gdy uchodźców jest parę tysięcy i nie są oni uzbrojeni. Jest ich zresztą coraz mniej.

Te 10 tysięcy migrantów dostało się już do Niemiec, więc chyba liczba służb, samochodów, broni, nie działa, nie uszczelnia granic. Może ustawienie namiotów, więcej medyków i urzędników rozpatrujących wnioski poprawiłoby tę sytuację? O ile rzeczywiście rządzącym chodzi o sprawowanie rzetelnej kontroli.

Część osób jest w obozach w Białorusi, oczywiście nadal są wypychane na polską stronę i z polskiej strony znów są wywożone z powrotem. Ale też odbyło się już kilka lotów repatriacyjnych do krajów pochodzenia. Wydaje mi się, że ten kryzys można by zażegnać bardzo szybko, jeśli tylko byłaby po temu wola władz polskich.

12 rigczowych tez o „kryzysie uchodźczym”

Co jest teraz potrzebne?

Skala dobroci i pomocy społeczeństwa nas zaskoczyła, jest naprawdę bardzo duża. Najważniejsze teraz jest, żeby nie zapominać, że ten kryzys trwa, opierać się na rzetelnych i sprawdzonych informacjach i mówić jak najszerzej o tym, co się dzieje. Bo to nie jest tylko kwestia wpływowych osób, do których musimy dotrzeć, ale i społeczeństwa, żeby zmieniło postawę, zaczęło domagać się zmian. Bo nie oszukujmy się, według badań połowa społeczeństwa popiera działania rządu.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.
Zamknij