Kraj

Po ludziach zostały rzeczy [reportaż z granicy]

Ślady uchodźców: wypalone ognisko, rozładowany powerbank i podarte na strzępy bilety lotnicze. Dresowe bluzy i spodnie, rozdeptane buty. Pieluchy i kartoniki po mleku, puszki z białoruskimi napisami, kurtka „Made in Syria”. Po mężczyźnie, którego spotkałem, zostaną tylko zwinięte w kłębek spodnie ciśnięte do rowu. Reportaż Bartosza Rumieńczyka.

Mężczyzna stoi przy drodze i nie bardzo wie, co ze sobą zrobić. Na dżinsy ma naciągnięte mokre dresy, które za chwile zdejmie i rzuci do rowu. Przez cały dzień będzie się chował, wyjedzie dopiero późnym wieczorem. Te zwinięte w kłębek dresy to jedyny ślad, jaki po nim zostanie. Takich śladów po ludziach jest tu więcej.

Napotkany przeze mnie mężczyzna nie kontaktował się z żadną fundacją ani organizacją pomocową. Nikt z zaangażowanych w pomoc uchodźcom i migrantom się z nim nie widział, nikt z nim nie rozmawiał, nikt mu nie pomagał. Ze względów bezpieczeństwa ukryłem jego tożsamość, a niektóre szczegóły historii zmieniłem.

Fot. Bartosz Rumieńczyk

***

Gdzie las się kończy, a wieś jeszcze nie zaczyna, jest coś, takie niby nic. Pola i boczne drogi, ścieżki i rowy, zagajniki i łąki, prześwity i zaciemnienia. Kryjówki i pułapki. Niby nic to niby coś, choć nic konkretnego.

Tam, gdzie ich zbierają i „gonią” z powrotem

Słychać stąd szum aut mknących w oddali po asfalcie, rumor ciężarówek tłukących się na wybojach oraz syreny karetek pogotowia i policyjnych radiowozów, a w nocy widać światła. Te długie, z szosy, odbijają się od drzew i pełzną bocznymi drogami po ziemi, w głąb lasu niczym snopy patrolowych latarek. Te krótkie, z domów w oddali, tańczą między gałęziami, zmieniają kolory, zbliżają się, oddalają, a w końcu gasną, gdy przestaje się na nie zwracać uwagę.

Wieje wiatr i pada deszcz. Gdzieś w oddali szczekają psy, obok trzaska gałąź. Ktoś idzie? To szepty, czy mi się zdaje? Po zmroku niby nic tętni życiem. Dopiero gdy koło szóstej wstaje dzień, zapada cisza.

Teraz trzeba wymyślić – co dalej?

Fot. Bartosz Rumieńczyk

***

Pierwsze rzeczy, które zostają po ludziach, znalazłem kilka tygodni temu, przypadkiem. Leżały w sosnowym lesie, przy drodze do wsi Barszczewo.

– A to było nie dalej jak wczoraj. Sąsiadka szła na przystanek. Pracuje we wsi obok i jak usłyszała kasłanie w tym lesie, to tak się wystraszyła, że mało co butów nie pogubiła – opowiada mężczyzna ze wsi i ręką wskazuje dom sąsiadki. – Pan sam ją zapyta. –Pytam.
– Gdy wracałam później, to już nikogo nie było. Ludzi mówili, że ich zgarnęli. Ale ja tam nigdzie nie dzwoniłam. A co mnie to obchodzi? Lepiej swoich spraw pilnować.

Po ludziach zostały rzeczy, ale i samochód: czerwony dostawczak, który stał na tej drodze, między lasem a polem. Zauważyłem go przypadkiem, jadąc w stronę Starego Masiewa, czyli pod strefę stanu wyjątkowego, żeby pogadać z ludźmi, którzy podobno widzieli wywózkę kilku grup ludzi, w jednej według nich była kobieta w ciąży. Nawet nie chciało mi się więc zjeżdżać – dostawczak na drodze przy polu? Pewnie jakiś rolnik zaparkował. Strata czasu.

Pozostałości po koczowisku. Fot. Bartosz Rumieńczyk

Okazało się jednak, że to nie auto rolnika. Czerwony dostawczak miał zdjęte blachy i wyłamaną stacyjkę. W środku walały się rachunki za paliwo płacone w euro, puste paczki po papierosach z napisami Rauchen ist tödlich, płyn do szyb kupiony w tureckim markecie gdzieś w Niemczech. Auto stało tak już drugi albo i trzeci tydzień, ludzie nawet nie pamiętali dokładnie.

– Wtedy też kogoś zgarnęli, ale samochód zostawili. Kiedy zabiorą? A kto to wie?

Erdoğan mówił o uchodźcach, że to bracia. Teraz mu płacimy, by ich nie wypuścił

Dwa tygodnie później auta już nie ma, nie ma też śladu po ludziach w lesie. Ściółka w sosnowym zagajniku wygląda, jakby ją ktoś przejechał odkurzaczem. Została tylko zapalniczka z naklejką po białorusku i folia z turecką etykietą. Zajeżdżam do wsi i witam się z mężczyzną, który pamięta mnie z poprzedniej wizyty.

– Auto zabrali lawetą, chyba z tydzień temu, a rzeczy to nie wiem, kto pozabierał, może jakieś pijaczki miejscowe?
Podjeżdża młody chłopak na rowerze.
– Ja tam posprzątałem. Jedna pani prosiła, bo to jej las.

Pozostawiona w lesie kurtka pochodzenia syryjskiego. Fot. Bartosz Rumieńczyk

Pamiętam, że na ziemi leżał jeszcze świeży, płaski chleb paczkowany w piekarni w Bejrucie. Taki sam jadałem u syryjskich uchodźców w Libanie. Chłopak na rowerze zwrócił z kolei uwagę na ubrania: Armani, Gucci – z błyskiem w oku wymieniał nazwy ekskluzywnych marek, a gdzieś w powietrzu zawisło pytanie: „I co zrobiłeś z tymi rzekomo drogimi ciuchami?”.

***

Mężczyzna przy drodze ma na sobie zwykłe ubrania – pikowaną, cienką kurtkę, szarą bluzę, czapkę z daszkiem. Zgrabiałymi dłońmi wtyka kabel od powerbanku w telefon. Chce uruchomić aparat, by zapytać kolegów, gdzie są. Ale koledzy nie odbierają, pojechali dalej, a on został sam. Z dresowych spodni wyciąga pomięte dwieście dolarów, za które mógłby się tu wyspać, potem umyć, zjeść porządny obiad i pojechać prosto na Zachód, ale najbliższe godziny będzie musiał spędzić w lesie, ukrywając się przed ludźmi.

W nocy padało, ale temperatura nadal na plusie. Za to następna noc będzie już ciężka. Zapowiadają trzy stopnie mrozu.

Mężczyzna jeszcze nie wie, ile czasu będzie musiał spędzić w lesie, pod gołym niebem. Nie rozumie też, dlaczego po prostu nie może wynająć pokoju w jakimś zajeździe albo hotelu. Przecież ma i paszport, i pieniądze. Tylko co z tego? Bez wizy w paszporcie jest nielegalny i jeśli ktokolwiek zadzwoni po patrol, pojedzie z powrotem na granicę z Białorusią.

Głaz-pomnik w miejscowości Nietupa. Fot. Bartosz Rumieńczyk

***

Patrol WOT spotykam kilka dni wcześniej, w lesie. Żołnierz, z którym rozmawiam, ma na mundurze powstańczą kotwicę i naszywkę z hasłem „śmierć wrogom ojczyzny”.

– Widział pan kogoś?
– Nie, nie widziałem. Fotografuję rzeczy, które zostają po ludziach w lesie.
– I znalazł pan jakieś przebieralnie?
– Tak, całkiem sporo.
– A paczki?
– Zostawiane przez wolontariuszy?
– Tak.
– Nie, nie widziałem – odpowiadam zgodnie z prawdą, bo pierwszą paczkę znajdę dopiero za jakieś pół godziny.
– Proszę uważać, tu zaraz zaczyna się strefa. A jak pan kogoś spotka, proszę dzwonić. Ma pan numer? Dobrze, no to do widzenia.

Wyjęci spod prawa [rozmowa z Jackiem Leociakiem]

czytaj także

Wyjęci spod prawa [rozmowa z Jackiem Leociakiem]

Zofia Waślicka-Żmijewska, Artur Żmijewski

Paczka to zatknięte za gałąź opakowanie wafli ryżowych, butelka z wodą mineralną i kremowa, ciepła bluza zawiązana na supeł. Z drugiej strony lasu na pieńku stoi mała woda mineralna – to rzeczy zostawione w ludzkim odruchu serca. Ale są i paczki profesjonalne: termosy z gorącą i słodką herbatą, karimaty i śpiwory, buty oraz ubrania na zmianę: ciepłe kurtki, polary, spodnie, bielizna i skarpety. Do tego pakiety ratunkowe: suchary, czekolady, orzechy, wszystko, co bogate w kalorie, a także woda, folia przeciwdeszczowa, ogrzewacze do ciała i folia NRC.

Paczka dla uchodźców pozostawiona w lesie. Fot. Bartosz Rumieńczyk

Przebieralnie, jak mówi o nich WOT, to stosy przemoczonych po deszczowej nocy ubrań. Dresowe bluzy i spodnie, męskie i damskie, rozchodzone buty, mokre skarpety. Znajduję też pieluchy i kartoniki po mleku, paczki po papierosach i zapalniczki, puszkę po fasoli z polskimi napisami i puszkę po Red Bullu z białoruskimi. Wypalone ognisko, rozładowany powerbank i podarte na drobne kawałeczki wydruki biletów lotniczych, skanów paszportów, maili z rezerwacjami i kolorowych reklamówek biur podróży.

W lesie ludzie przebierają się w czyste ubrania przed dalszą podróżą. Odświeżeni nawilżanymi chusteczkami i pryśnięci tanimi perfumami marki BOOS, wychodzą na drogę i wsiadają w busy przemytników. Miejscowi mówią o nich: kurierzy. Dla potrzebujących to taxi, friends albo family.

Za taxi się płaci: od tysiąca dolarów wzwyż, zależy, czy do Warszawy, czy do granicy, czy dalej. Z „przyjaciółmi” i „rodziną” takie sprawy jakoś się załatwia.

Ważne, żeby stąd wyjechać i nie wrócić na granicę.

Próbka perfum pozostawiona w lesie. Fot. Bartosz Rumieńczyk

***

Rano mężczyzna wydaje się kompletnie nieświadomy swojej sytuacji. O takich jak on straż graniczna mówi „świeżak” – pewnie jeszcze przed pierwszą wywózką, jeszcze niewymęczony, jeszcze da radę. Wydzwania po znajomych, którzy nie odbierają – no respond, nagrywa wiadomości, które nie dochodzą – no internet. Jest zdezorientowany, najchętniej poszedłby do hotelu albo po prostu zapukał do kogoś i poprosił o nocleg.

Ale wieczorem okaże się, że to żaden świeżak. Gdy będzie miał już umówiony transport, opowie, na ile pozwoli mu znajomość angielskiego, że był zawracany z Polski trzy razy, a jeden raz szedł w grupie z kobietą z Syrii i dziećmi. Udało im się wejść 34 kilometry w głąb Polski. Dopiero wtedy jedna z napotkanych osób zadzwoniła po straż graniczną i wszystkich wywieźli.

Border?
Da, da – po czasie spędzonym za wschodnią granicą wrzuca w rozmowę proste słowa po rosyjsku.
Women and children also border?
Da, da.

Podarte dokumenty i bilety lotnicze. Fot. Bartosz Rumieńczyk

***

Koczowiska wyglądają inaczej niż przebieralnie. W koczowiskach ludzie spędzają dzień, dwa, a czasem więcej, ukrywając się przed strażą graniczną i kolejną wywózką. To do nich docierają z pomocą aktywiści, dlatego w innym miejscu znajduję i porządne śpiwory – te białoruskie to wielkie, ciężkie bele, które po nasiąknięciu ważą i kilka kilogramów – a także folie NRC i karimaty. Są też buty trekkingowe, kalosze i ciepłe czapki, porządne rękawiczki i polarowe szaliki. Z rzeczy osobistych – podpaski i blistry panadolu, kremy nawilżające, mydła, kremy do stóp i ogrzewacze do ciała. Wszędzie papierki po batonach energetycznych lub snickersach. Jeszcze nikt nie zdążył tu posprzątać, przebrać rzeczy i zdecydować, które nadają się do ponownego wykorzystania i zapakowania w pakiety ratunkowe, a które już muszą trafić na śmietnik.

Koczowiska często wyglądają, jakby były opuszczane w biegu. Rzeczy są porozrzucane, może nawet ktoś je przeszukuje. W okolicach pierwszego, które fotografuję, wojsko zatrzymało około piętnastu osób. Tu znajdę też plastikowe opakowanie po karcie SIM – jest na nim numer, ale nikt nie odbiera, na SMS też nie odpisuje – a także obcęgi do cięcia drutu. Rzadki widok, na Białorusi to już towar deficytowy, taki sprzęt w ostatnich dniach mocno podrożał.

W innych koczowiskach znajdę te drogie ciuchy, które budzą emocje i służą za argument, by ludziom nie pomagać, skoro stać ich na lepsze rzeczy, niż sami nosimy. Na przykład kurtkę z wielkim logo Dolce&Gabana, która niemal rozsypie mi się w dłoniach, bo derma, z której ją uszyto, już zdążyła nadgnić, czy podróbki markowych dresów lub bluz. Pewnie trafiają się i rzeczy lepsze, od sprzątających lasy słyszę, że ktoś dał kurtkę synowi, ktoś wplótł pasek w spodnie, by dać rzeczom drugie życie, a ktoś wyprał buty i przekazał wolontariuszom, bo jeszcze dobre do lasu. Jednak większości marek po prostu nie rozpoznaję. Na metce jednej z jesiennych damskich kurtek ze sztucznym futerkiem przy kapturze czytam „Made in Syria”.

Nożyce do cięcia drutu pozostawione w opuszczonym koczowisku. Fot. Bartosz Rumieńczyk

Z koczowisk aktywiści dostają pinezki z prośbą o pomoc, ale do koczowisk docierają też miejscowi, którzy mają problem z zaśnięciem, gdy wiedzą, że za oknem, w zimnym lesie, śpią głodni ludzie. Jednym z nich jest mężczyzna, który powiedział mi o piętnastu zatrzymanych osobach. Dodał też, że jeśli chcę kogoś w lesie spotkać, to muszę tu wrócić nad ranem, przynajmniej on ich wtedy widuje, gdy wraca z pracy.

– Palą ogniska, czasem zaniosę im coś do jedzenia.

Następnego dnia rano nikogo nie spotykam. Po drodze mijam się tylko z mężczyzną, który faktycznie wraca z pracy. Później, gdy zamienię z tutejszymi kilka słów, powiedzą mi, że to Andrzej, miejscowy policjant.

Pozostałości koczowiska. Fot. Bartosz Rumieńczyk

***

Belarus police ok, give bread, Polish police only go back, go back – mężczyzna chce opowiedzieć więcej, ale język pozwala tylko na przekazanie tak uproszczonego obrazu sytuacji na granicy. Czyli: po stronie białoruskiej dostawali jedzenie, a po polskiej tylko ich przeganiali.

Ale wiemy, że to nie takie proste. Że Białorusini ludzi także głodzą i biją pałkami, przepychając przez druty kolczaste. Wiemy też, że polskie służby zabierają ludziom karty SIM, a nawet niszczą telefony.

Na Podlasiu chodzą też słuchy, że polskie wojsko potrafi odwrócić wzrok, zwłaszcza jak spotyka nie świeżaków, ale ludzi wielokrotnie wypchniętych już za granicę. Z kolei lokalni policjanci mówią, że wożą ze sobą wodę i jedzenie, by zatrzymywanych najpierw nakarmić, a potem oddać straży granicznej.

Mówi się także o ludziach, którzy dzwonili po straż graniczną, ale po sytuacji z dziećmi z Michałowa już nie dzwonią. Inni dzwonią nadal, bo nie widzą innego wyjścia – przecież nie może być tak, żeby ktoś siedział w tym lesie, jak całą noc pada.

Górczyńska z Grupy Granica: Pojechaliśmy udzielać pomocy prawnej, a musimy ratować zdrowie i życie

Mężczyzna nie chce azylu w Polsce. Chce jechać dalej, na Zachód, gdzie w jednym z państw od kilku lat mieszka jego szwagier. Szwagier ma pracę i kartę pobytu, pewnie obiecał, że i jemu pomoże się ustawić. Przez pięć lat mężczyzna starał się o wizę, ale za każdym razem mu odmawiali, gdy więc nadarzyła się okazja pojechać do Europy przez Białoruś, wsiadł w samolot do Moskwy, potem do Mińska i tak trafił na Podlasie.

Ostatnie dwie godziny spędza, kucając między drzewami obok leśnej drogi i wypatrując auta, które po niego jedzie. Kierowca się spóźnia.

Pola kukurydzy są częstym schronieniem uchodźców. Fot. Bartosz Rumieńczyk

Big car, big car. – Jest coraz bardziej nerwowy, gdy szosą sunie tir za tirem, a osobowego auta nie widać. – Danger, danger! – Uspokoi się dopiero, gdy po drugiej stronie w słuchawce usłyszy, że wszystko w porządku i że samochód na pewno jest w drodze.

„65 km”.

Do kolejnej wiadomości opowie, że po stronie białoruskiej koczował w obozie, że było dużo ludzi i że od dawna się nie mył.

„35 min”.

Pokaże zdjęcia w telefonie i wyjaśni, że u niego w szkole nie uczyli angielskiego. Opowie też, że jego rodzina ma małe pole, i wymieni nazwy swoich ulubionych potraw.

„15 min”

Nervous, nervous. – Położy dłoń na czole, sugerując, że z tych nerwów już pęka mu głowa.

’21 pamiętamy. To, co robimy na granicy teraz, robimy już na zawsze

Po piętnastu minutach dostanie wiadomość: „bus stop” i znów spanikuje. Drżącymi dłońmi wyśle jeszcze raz dokładną lokalizację, a gdy wreszcie zobaczy światła osobowego auta, które zacznie wyraźnie zwalniać, podbiegnie niepewnie do szosy. Wtedy kierowca skręci w zatoczkę, koła zachroboczą na żwirze, drzwi trzasną, auto zawróci i pomknie w przeciwnym kierunku.

Jest 21.30 – tylko półtorej godziny spóźnienia.

***

Jedyny ślad, jaki zostanie po mężczyźnie, to zwinięte w kłębek spodnie dresowe ciśnięte gdzieś do rowu.

**
Bartosz Rumieńczyk – dziennikarz zajmujący się prawami człowieka, migracjami i uchodźstwem, autor reportaży z Libanu, Somalii, Ugandy czy irackiego Kurdystanu. Przez pięć lat związany z Onetem, obecnie niezależny. Pisuje do „Tygodnika Powszechnego”, OKO.press, Wirtualnej Polski i „Przeglądu”.

*

Materiał powstał dzięki wsparciu Fundacji im. Róży Luksemburg.

Od redakcji: w pierwotnej wersji tekstu znajdowała się sugestia, że naszywka z hasłem „śmierć wrogom ojczyzny” jest oficjalnym emblematem Wojsk Obrony Terytorialnej.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij