Kraj

Polityka społeczna Schrödingera, czyli jak podnieść podatki bez podnoszenia podatków

Według współczujących liberałów podatki należy podnosić zamożnym tak, by oni tego nie odczuli. A najlepiej wcale. Niestety, polityka społeczna na tym właśnie polega: na redystrybucji pieniędzy.

Mam dwie wiadomości – dobrą i złą. Dobra jest taka, że do pierwszych przedstawicieli klasy wyższej zaczyna docierać, że nie każdy może do niej należeć, a tych, którym po drodze zdarzyło się dotkliwie upaść, nie warto zostawiać na dnie, gdyż jest to wątpliwe moralnie i ma kiepskie skutki dla ogółu. Niestety, jest też zła wiadomość. Nawet ci światli reprezentanci elity wciąż nie mogą zrozumieć, że pomoc socjalna i polityka społeczna w ogóle muszą się opierać na używaniu środków pieniężnych, a te środki powinny pochodzić w większym stopniu z tak zwanych najgłębszych kieszeni. Czyli między innymi z ich.

Profesor Marcin Matczak, w tekście dla „Wyborczej” o znamiennym tytule Naprawianie biedy, kiedy jest nierozważne, często prowadzi do biedy zbiorowej, jedną nogą wyszedł ze swojej strefy komfortu, drugą jednak wciąż uparcie tkwi po tamtej stronie. Ten empatyczny Matczak przekonuje więc, że „ci, którzy piekli swój kołacz szybko i na rumiano, zapomnieli o tych z zakalcem. A społeczeństwo indywidualistów pozbawionych poczucia solidarności szybko kruszeje, bo odzywają się w nim resentymenty zapomnianych”.

Niestety, błyskawicznie odzywa się drugi, mniej przyjazny Matczak – srogi i pouczający. Ten drugi Matczak przestrzega więc, że „żadna zmiana podatków, w górę czy w dół, nie usunie z katalogu ludzkich cech jednej: lenistwa. Nie bez przyczyny jest ono jednym z grzechów głównych. Nie tylko dlatego, że jest grzechem poważnym, także dlatego, że jest grzechem powszechnym”. I dalej: „tymczasem zwiększamy benefity społeczne zależne nie od pracy, ale od sytuacji obywateli. […] Jest wielka różnica między słowem pomóż a słowem daj”.

Chcecie lepszej ochrony zdrowia? Składki zdrowotne muszą wzrosnąć (spojler: najbogatszym)

Matczak w swoim wywodzie nie tłumaczy niestety, jak powinna wyglądać ta racjonalna polityka społeczna, która nie rozleniwia i nie wzbudza „pogardy wobec tych, którzy na swój sukces ciężko zapracowali”. Po przeczytaniu tekstu Matczaka nie wiemy więc, jak dofinansować system ochrony zdrowia bez podniesienia składki zdrowotnej – bo przecież o to tu właśnie chodzi. Ani jak pomagać ludziom cierpiących na niedostatek dóbr, nie zapewniając im przy tym jakiegoś rodzaju dóbr.

Coach na wózku widłowym

W gruncie rzeczy to śpiewka stara jak świat. Współczujący liberałowie chętnie dzielą się swoimi wypranymi z treści przemyśleniami na temat solidarności społecznej, w których zwykle nie ma żadnych konkretów, ale jak przychodzi co do czego i trzeba wyłożyć troszkę publicznych pieniędzy, to zaraz pojawiają się problemy. Wnet okazuje się, że niewielkie korekty podatków i składek rzekomo dzielą społeczeństwo i podburzają do wojny klasowej. Podnosić podatki zamożnym trzeba inaczej – mianowicie tak, żeby zamożni tego finansowo nie odczuli. Podnoszenie podatków bogatym, okazuje się, wzbudza w nich niechęć do państwa i ludzi, choć o tej niechęci to mówią głównie oni sami.

Współczujący liberałowie zrobiliby to jakoś inaczej. Oni podnieśliby podatki w taki sposób, że nie podnieśliby podatków. I to byłoby rozsądne, nowoczesne i nieagresywne.

Czy może być coś gorszego od podwyżki podatków?

Na tej samej zasadzie polega polityka społeczna według współczujących liberałów. Ją też trzeba prowadzić jakoś inaczej, no wiecie, tak racjonalnie, żeby pomagać, a nie dawać. Być może chodzi o to, żeby każdemu biednemu towarzyszył osobisty coach, który od rana do wieczora motywowałby go do cięższej pracy i pokrzykiwałby jak trener stojący przy linii bocznej – dasz radę, jeszcze 20 minut, dajesz! Obok bezdomnych porozstawialibyśmy pracowników socjalnych, którzy zaraz po przebudzeniu biliby im brawo i przekonywali, że warto podnieść głowę do góry i spojrzeć na świat pozytywnie. Do każdej sprzątaczki na samozatrudnieniu po ośmiu godzinach pracy przyjeżdżałby motywator z MOPS-u, który zachęcałby ją, żeby jeszcze przynajmniej dwie godzinki popracowała, przecież cztery dyszki piechotą nie chodzą, a lenistwo to grzech. Pracujący na umowach-zleceniach operatorzy wózków widłowych również mieliby swoich personalnych asystentów społecznych, którzy szeptaliby im do ucha – przyspiesz, masz przed sobą pusty magazyn, bierz tę paletę szybciej, co, dwóch palet naraz nie ściągniesz, „ale może by spróbować”?

Brutalna prawda

Mam dla współczujących liberałów złą wiadomość. Systemowa pomoc społeczna nie przypomina pomocy, jakiej udziela się bliźniemu na ulicy, który się potknął i przewrócił. W takiej sytuacji faktycznie wystarczy podejść, zapytać, czy nic się nie stało, otrzepać plecy i życzyć miłego dnia. Tego typu pomoc niewiele kosztuje i jest generalnie bardzo miła. Systemowa pomoc społeczna, jak i polityka społeczna w ogóle, polegają natomiast na tym, że zbiera się pieniądze z podatków, a następnie przekazuje w jakiejś formie potrzebującym.

Ta forma może być różna – chodzi nie tylko o środki pieniężne, ale też usługi publiczne lub dobra innego rodzaju. Zawsze jednak muszą być w to zaangażowane środki pieniężne, które się następnie redystrybuuje. Ludzie wykluczeni ekonomicznie są pozbawieni potrzebnych im dóbr, więc pomaganie im polega na zapewnianiu im tych dóbr. Może to być regularnie kursujący autobus, tanie mieszkanie komunalne, bezpłatny lekarz specjalista lub świadczenie pieniężne na dzieci.

Jeśli chodzi o finansowanie wyżej wymienionych działań, to tutaj także mam dla współczujących liberałów złą wiadomość. Nie da się dofinansować domeny publicznej bez podniesienia podatków. A solidarny system podatkowy polega na tym, że w większym stopniu obciąża się lepiej zarabiających. W rezultacie ci ostatni mają wtedy trochę mniej pieniędzy – no tak się już złożyło – choć nadal mają ich znacznie więcej niż inni. Nie ma to żadnego związku ze wzbudzaniem nienawiści do nich czy podburzaniem do wojny klasowej. Chodzi wyłącznie o zdobycie większej ilości pieniędzy dla budżetu, które najlepiej zdobyć tam, gdzie jest ich dużo.

Na grzyby chodzi się tam, gdzie rosną, a nie tam, gdzie ich nie ma. Nie można jednocześnie załamywać rąk nad niedofinansowaną ochroną zdrowia, a zaraz potem oburzać się na podwyższenie składki zdrowotnej. Nie można opowiadać o solidarności społecznej, a zaraz potem oburzać się nawet nie na wprowadzenie progresji podatkowej, ale zaledwie zmniejszenie degresywności systemu. Tym bardziej gdy samemu nie ma się do zaproponowania nic ponad puste frazesy publikowane w czołowych mediach.

Obrona własnych interesów

Wbrew też temu, co pisze Matczak, rozbudowana polityka społeczna nie prowadzi do lenistwa. Gdyby tak było, to po 2015 r., czyli po uruchomieniu ogromnych transferów socjalnych, mielibyśmy do czynienia z eksplozją nieróbstwa i życia na koszt państwa. Tymczasem było wręcz odwrotnie. W ciągu ostatniej dekady liczba beneficjentów pomocy społecznej spadła o połowę – w 2009 r. wynosiła 3,5 mln, a w 2019 r. już jedynie 1,78 mln. W czasach, w których liberałowie najwięcej opowiadają o życiu na koszt państwa, liczba faktycznie żyjących w ten sposób spada najszybciej w historii. Szybko rośnie za to wskaźnik zatrudnienia. Jeszcze w 2014 r. pracowało jedynie 63 proc. Polek i Polaków w wieku produkcyjnym. Na koniec 2020 r. już prawie 70 proc. Jak to możliwe, skoro podobno promujemy nieróbstwo? Być może ludzie wcale nie są leniwi z natury, jak przekonuje Matczak. Okazuje się, że wystarczy zapewnić im minimalną poduszkę finansową (500+) i nieco ucywilizować rynek pracy (minimalna stawka godzinowa), żeby sami chętnie podejmowali aktywność ekonomiczną.

Przykra prawda jest więc taka, że całe to kuriozalne oburzenie klasy wyższej na podniesienie składki zdrowotnej nie jest wyrazem troski o dobro wspólne, lecz nieudolną próbą obrony własnych interesów. Co gorsza, próbują wciągać w to klasę średnią, przekonując ją, że to uderzenie właśnie w średniaków, choć wszystkie analizy pokazują, że na zmianach podatkowo-składkowych stracą jedynie najzamożniejsi. Na przykład według analizy think tanku CenEA na zmianach zyskają gospodarstwa domowe z dziewięciu dolnych decyli. Stracą jedynie te należące do górnych 10 proc., przy czym większości z nich ubędzie niewiele, bo mniej niż 250 zł miesięcznie. Jedynie 400 tys. najzamożniejszych gospodarstw domowych straci więcej niż 250 zł miesięcznie.

Czy da się znieść ubóstwo ustawą? (Spojler: tak, to proste)

To jest ta wojna klasowa i pogarda dla ludzi sukcesu? Ściągnięcie kilkuset złotych miesięcznie z absolutnie najbogatszych w celu dofinansowania ochrony zdrowia jest podburzaniem do niechęci klasowej? To na czym, według współczujących liberałów, miałaby się opierać sensowna polityka społeczna? Na serii felietonów Marcina Matczaka w „Wyborczej”, w której profesor pochylałby się nad ciężkim losem maluczkich? Ciepłe słowa klasy wyższej nie poprawią bytu ludzi najmniej zarabiających. Poprawić ten byt mogą za to ich pieniądze.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij