Gospodarka

Czy da się znieść ubóstwo ustawą? (Spojler: tak, to proste)

Fot. Piotr Dabik/Flickr.com CC BY 2.0

Nawet w kryzysie wywołanym pandemią najbiedniejsi mają się nieco lepiej dzisiaj niż na początku ubiegłego roku. Jak to możliwe? Lewicy odpowiedź nie zaskakuje: tak działa redystrybucja.


Nie będzie rewolucyjnym stwierdzenie, że na kryzysach najbardziej cierpią najubożsi. Jeszcze w kwietniu Bank Światowy szacował, że światowa pandemia i związana z nią recesja wpędzą w ekstremalną biedę od 40 do 60 mln ludzi. Ubóstwo ekstremalne jest definiowane przez Bank Światowy jako życie za równowartość 1,9 dolara dziennie lub mniej. Szacunki z czerwca są jeszcze bardziej niepokojące. Instytucja przedstawiła dwa scenariusze: w zależności od tego, jak szybko świat będzie wychodził z recesji, przybędzie od 90 do niemal 120 mln ludzi ekstremalnie ubogich.

Będzie to przerwanie bardzo pozytywnego (i mało nagłaśnianego) trendu rugowania ze świata ekstremalnej biedy, który trwał od końca lat 90. O ile w przedcovidowych szacunkach Banku Światowego w 2021 roku liczba osób żyjących poniżej granicy absolutnego ubóstwa miała wynosić około 580 mln, o tyle według najnowszych danych może ona dobić nawet do 720 mln. Byłby to powrót do stanu z roku 2015. Mało tego: o ile w bardziej optymistycznym scenariuszu spadek liczby biednych byłby widoczny już w przyszłym roku, o tyle w tym gorszym w roku 2021 ubogich miałoby wciąż przybywać – choć badacze zastrzegają, że prognozowanie w tak niepewnym otoczeniu jest obarczone dużą niepewnością.

Wyższa płaca minimalna. Czy jest się czego bać?

Eksperci z Banku Światowego zaznaczają, że rok 2021 przyniesie globalny wzrost gospodarczy na poziomie około 4 proc. Dlaczego więc w jednym ze scenariuszy nie ubywa ubogich? Ponieważ ponad jedna trzecia wszystkich najbiedniejszych osób na świecie żyje w trzech krajach: w Indiach, Nigerii i Demokratycznej Republice Konga. A w tych państwach prognozowany wzrost gospodarczy jest bliski zera przy jednoczesnym wysokim wzroście populacji.

Jak zaznaczają ekonomiści i ekonomistki z Polskiego Instytutu Ekonomicznego, dla zamożniejszych krajów takich jak Polska granica absolutnego ubóstwa, którą posiłkuje się Bank Światowy, jest relatywnie niska. Osób żyjących za mniej niż 1,9 dolara byłoby w Polsce zaledwie 0,3 proc. Dlatego też w krajach rozwiniętych stosuje się inne miary ubóstwa.

Mamy więc linię tak zwanego minimum egzystencji, wyznaczaną przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Według instytucji „kategoria ta wyznacza niski, alarmowy poziom zaspokajania potrzeb, poniżej którego występuje biologiczne zagrożenie życia oraz rozwoju psychofizycznego człowieka”. Wskaźnik jest tworzony dla określonego koszyka dóbr, bez których trudno jest przeżyć: jedzenia, podstawowych środków higienicznych, opłat za mieszkanie. Dla jednoosobowego gospodarstwa domowego w 2019 roku minimum egzystencji to nieco ponad 600 zł (oczywiście mówimy o kwocie netto; obliczanie podatków dla minimum egzystencji nie ma sensu). Poza miarą minimum egzystencji IPiSS określa również tak zwane minimum socjalne (również na podstawie koszyka dóbr; tym razem jednak ujęte w nim towary i usługi pozwalają na podstawowe zaspokojenie między innymi potrzeb kulturalnych). W 2019 roku dla jednoosobowego gospodarstwa domowego wynosiło ono nieco ponad 1200 zł miesięcznie.

Ubóstwo mierzy się również relacyjnie: jako pewien odsetek średnich wydatków. Ekonomiści i ekonomistki z PIE mówią tu o 50 proc. Oznacza to, że w relatywnej biedzie żyją ci, którzy wydają mniej niż połowę średniej dla wszystkich gospodarstw domowych w Polsce.

Ale tu pojawia się pewien plot twist. Jak zostało wyżej powiedziane, na kryzysach najbardziej cierpią osoby najuboższe. Tymczasem w Polsce wydarzyło się coś dziwnego. Według już przywoływanej analizy Polskiego Instytutu Ekonomicznego od maja 2019 roku do lipca 2020 roku klasie niższej się… poprawiło. Odsetek osób, które twierdziły, że „żyje im się dostatnio”, w tej grupie wzrósł z 1,8 proc. w maju 2019 do 10,4 proc. w lipcu 2020 roku. W tym samym czasie odsetek osób, które twierdziły, że ekonomicznie „z trudem dają sobie radę”, spadł w tej klasie z 38,3 do 24,6 proc. Spadł również odsetek osób, które twierdziły, że „nie dają sobie rady” (z 10,4 do 3,1 proc.). Podobne zjawisko nie wystąpiło ani w klasie średniej, ani w klasie wyższej.

Bieda to decyzja polityczna. Jak działa polityka zaciskania pasa

Przypomnijmy: ta poprawa jest widoczna mimo pierwszej od 30 lat recesji. Żeby zrozumieć ten fenomen, przyjrzyjmy się innemu opracowaniu PIE, które badało podział klasowy w Polsce (obiecuję, że to już będą ostatnie definicje w tym tekście).

Według niego do klasy średniej zaliczają się osoby, których dochód mieści się w przedziale od 67 do 200 proc. mediany dochodów wszystkich gospodarstw domowych (mediana lub wartość środkowa – przypomnijmy – dzieli zbiór danych na równe połowy; tutaj mediana była wyznaczona na poziomie 2550 zł). To, co powyżej, to klasa wyższa, poniżej natomiast znajduje się klasa niższa. Klasa niższa nie jest więc tożsama z osobami ubogimi, ale duża jej część, ta biedniejsza, to rzeczywiście są osoby ubogie. Można zatem powiedzieć, że w sporej części są to grupy, które się pokrywają.

Dlaczego więc mamy do czynienia z bogaceniem się biedniejszych, skoro wiemy, że kryzys uderza najpierw w nich? Ekonomiści i ekonomistki z PIE przypisują to efektowi 500+. A konkretnie – zniesieniu progu dochodowego, który ograniczał dostęp do świadczenia. Przypomnijmy, że 500+ na pierwsze dziecko obowiązuje od czerwca 2019 roku (a pierwsza seria pytań o sytuację finansową klasy niższej została zadana w maju 2019).

Śmiejesz się z Sosnowca, nie byłeś w Zawierciu [rozmowa z Magdaleną Okraską]

Jak piszą autorzy z PIE, „według danych Eurostatu w pierwszym kwartale 2020 roku łączny dochód do dyspozycji brutto polskich gospodarstw domowych wzrósł o 10,4 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim” (przy wzroście średniej pensji o 7,7 proc.). Spora część, a być może większość tej górki trafiła do osób z klasy niższej. To z kolei spowodowało, że nawet jeżeli klasa niższa straciła na koronakryzysie, to strata była mniejsza niż dodatkowy dochód uwolniony dzięki wypłatom 500+ również na pierwsze dziecko.

Hipotezy o zmniejszaniu ubóstwa dzięki 500+ zyskały niedawno ostateczne potwierdzenie naukowe w badaniu Piotra Paradowskiego, Joanny Wolszczak-Derlacz oraz Evy Sierminskiej (okres badania nie obejmował czasu, w którym przyznawano już świadczenia na pierwsze dziecko). Program ten nie tylko zmniejsza ubóstwo, zmniejsza również nierówności.

Lud sprzedał wolność za 500+? To bardzo stary koncept

W tym samym badaniu ekonomista i ekonomistki podkreślają, że wzrost gospodarczy w krajach rozwijających się niemal zawsze powoduje kurczenie się biedy. Podkreślają jednak, że redystrybucja jest skuteczniejsza niż sam wzrost. Przy porównywalnym PKB kraje, które nie stosują polityk redystrybucyjnych, musiałyby osiągnąć trzykrotnie wyższy wzrost niż równiejsze państwa, aby osiągnąć ten sam efekt redukcji ubóstwa.

Zapewne znacie państwo ironiczną zbitkę najczęściej wypowiadaną przez wolnorynkowych populistów: „znieść ubóstwo ustawą”. Otóż okazuje się więc, że ubóstwo ustawą można jak najbardziej znosić. Mało tego, powinniśmy to robić, wiedząc, że sam rynek z rugowaniem biedy radzi sobie gorzej niż państwa.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kamil Fejfer

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.