Kraj

Płonąca Polska to zasługa PiS, a nie dopust Boży

Za katastrofalną sytuację w Polsce w pełni odpowiada PiS. Swoimi zaniedbaniami partia doprowadziła do tego, że jesienna fala pandemii jest tak przytłaczająca. Rządzący stworzyli chaos prawny, który nakręcał falę napięć społecznych. A na koniec wywołali gigantyczny konflikt i wyprowadzili tysiące ludzi na ulice.

Podczas dramatycznej konferencji prasowej na Stadionie Narodowym Mateusz Morawiecki przyznał, że wysokość pandemicznej fali, która właśnie zalewa Polskę, została przez rząd niedoszacowana. Jednak, jak zauważył, zaskoczona nią została cała Europa. To jeden z dwóch filarów rządowej narracji wobec jesiennej pandemii COVID-19 – skoro nikt nie był na nią przygotowany, to trudno, żebyśmy my byli, co nie? I co właściwie można zrobić więcej? Alternatywą dla obecnej polityki jest lockdown, jak we Francji. Chcecie drugiego lockdownu?

Drugim z tych filarów jest zrzucanie winy za nadchodzący wzrost zakażeń na protestujących przeciw wyrokowi TK w sprawie aborcji. Premier apeluje, żeby złość protestujących skupiła się na nim – choć przecież już się między innymi na nim skupia – a nie na niewinnych członkach rodziny, którzy zakażą się w domu. Prorządowi dziennikarze nazywają nawet protesty akcją „zanieś babci koronawirusa”.

Testów jest za mało

Oczywiście, sam fakt wybuchu pandemii nie jest winą rządu i niemal wszystkie kraje Europy przeżywają właśnie olbrzymie problemy, szczególnie w przeciążonych systemach opieki medycznej. Jednak skala największego kryzysu zdrowotnego, społecznego i politycznego w Polsce jest tak przytłaczająca z powodu zaniedbań rządzącej od pięciu lat koalicji. Zaniedbań zarówno tych bliższych, z ostatniego półrocza, jak i tych dalszych, sięgających początków ich władzy. Parafrazując Beatę Szydło, przez pięć ostatnich lat Polki i Polacy czekali, aż rząd zajmie się najbardziej palącymi problemami Polski. Niestety, nie doczekali się. Teraz przyjdzie nam za to zapłacić.

Zaniedbania dalsze

Rząd miał pięć lat, aby dofinansować system ochrony zdrowia. Dużo o tym mówił, koalicja rządząca przegłosowała nawet w 2018 roku ustawę określającą naszą ścieżkę dojścia do 6 proc. PKB nakładów na zdrowie. Nic takiego jednak nie nastąpiło. Od 2015 do 2019 roku nakłady na publiczną opiekę zdrowotną wzrosły z 4,5 do… 4,6 proc. PKB. Chociaż z mocy tej ustawy tylko w ubiegłym roku powinny one być o 0,25 pkt. procentowego większe – czyli o ok. 6 mld złotych. Choć to i tak byłoby mało, gdyż polska ochrona zdrowia potrzebuje dodatkowych 40 mld zł (niecałe 2 proc. PKB). No ale mogli chociaż trzymać się tej powolnej ścieżki dojścia, którą sami zadeklarowali. Nie dali rady nawet tego.

Brakuje lekarzy i pielęgniarek. Potrzebni medycy z zagranicy

Co dałby ten duży zastrzyk gotówki dla ochrony zdrowia w krótkim czasie? Zastępów lekarzy w pięć lat wykształcić się nie da. Jednak znaczące podniesienie płac w tym sektorze mogło przyciągnąć personel medyczny z zagranicy. Trzeba byłoby mu jednak zagwarantować szybką ścieżkę zdobycia zatrudnienia, co rząd także zaniedbał. Za dodatkowe pieniądze można też było poszerzyć niemedyczny personel ochrony zdrowia (kierowcy karetek, salowe, sanitariusze…), którego również teraz brakuje. Wykształcenie pielęgniarek, ratowników medycznych czy techników trwa znacznie krócej niż lekarzy, więc akurat zwiększenie kadr tego rodzaju pracowników było wykonalne. Dzięki temu nie pracowaliby na trzy etaty, a w razie zakażenia nie skazywaliby pracowników trzech różnych oddziałów szpitalnych na kwarantannę – jak zrobił to, nieumyślnie oczywiście, pewien technik radiolog z Łomży.

Rząd Zjednoczonej Prawicy nie zrobił także nic, żeby skończyć z uśmieciowieniem polskiego rynku pracy. Wręcz przeciwnie: pod rządami PiS skala śmieciowego zatrudnienia stała się najwyższa w historii. W 2018 roku 1,12 mln osób pracowało tylko na umowach cywilnoprawnych, choć jeszcze w 2016 roku było ich znacznie poniżej miliona. Rządzący nie ograniczyli więc stosowania tych umów ani nie wprowadzili przynajmniej ich pełnego oskładkowania, by ludziom tym przysługiwały pełne zasiłki chorobowe lub zasiłki dla bezrobotnych. A największy spadek zatrudnienia podczas kryzysu pandemicznego dotknął właśnie osoby pracujące na umowach cywilnoprawnych – zatrudnienie wśród tego rodzaju pracowników spadło o niecałe 6 proc., tymczasem „etatowców” tylko o ponad 2 proc. Podczas wiosennej fali pandemii trzeba było uruchomić dla nich specjalne świadczenie postojowe. Obecnie rząd nie przygotował już niczego.

Krótki przewodnik po rynku pracy czasu pandemii i nie tylko [list]

W razie utraty dochodów mogą co najwyżej przejść na zasiłek dla bezrobotnych – o ile im przysługuje – który został podniesiony do 1200 zł, gdyż „prezydencki” zasiłek solidarnościowy (1400 zł) także już nie obowiązuje. Istnieje więc realne ryzyko, że wielu prekariuszy będzie chodzić do pracy lub jej szukać, będąc chorymi.

Zaniedbania bliższe

Rządzący dopuścili się także całej serii zaniedbań „okołocovidowych” – zaniechali działań w sytuacji, gdy już dobrze było wiadomo, że grozi nam nawrót pandemii jesienią. Przede wszystkim nie prowadzili badań dotyczących specyficznej sytuacji pandemicznej w Polsce. W Niemczech przeprowadzono analizę 55 tysięcy przypadków zakażeń, dzięki czemu Niemcy wiedzą dokładnie, co powinni zamknąć, a czego nie. Na całym świecie przeprowadza się mnóstwo badań na temat dróg rozprzestrzeniania się wirusa, by odpowiedzieć np. na pytania, czy „bezobjawowi” zakażają, czy to szkoły są rozsadnikiem wirusa itd. W Polsce działamy na ślepo, a zamykanie poszczególnych obszarów gospodarki przeprowadzane jest na zasadzie „tak mi się wydaje”. Rządzący nawet nie ukrywali, że w sumie to nie wiedzą, dlaczego zamykają akurat siłownie i baseny.

Rząd nie wprowadził także inteligentnego systemu zarządzania pandemicznymi zasobami szpitalnymi. W XXI wieku, w czasach Ubera i wszechobecnej lokalizacji GPS, wprowadzenie systemu elektronicznego, który automatycznie kierowałby pacjentów i karetki do najbliższej placówki, w której są wolne miejsca covidowe, nie powinno przekraczać możliwości państwa rozwiniętego, jakim podobno jesteśmy. Tymczasem w całej Polsce karetki z pacjentami – zarówno chorymi na COVID-19, jak i na co innego – odbijają się od drzwi do drzwi, jeżdżąc po okolicy i szukając miejsca, w którym można by zostawić chorego. W kujawsko-pomorskim karetka zjeździła odcinek od Włocławka do Bydgoszczy i z powrotem. Rzecz nie do pojęcia.

Rząd miał także pół roku na przygotowanie i uruchomienie sprawnej aplikacji mobilnej, która mogłaby śledzić kontakty obywateli i ostrzegać ich przed obecnością w pobliżu osób zakażonych. Aplikacji, która budziłaby zaufanie wśród obywateli. Tymczasem aplikacja Stop Covid (najpierw nazwana ProteGO Safe) od początku budziła kontrowersje m.in. ze względu na bezpieczeństwo danych, przez co zaufanie Polaków do niej jest zerowe. Nic więc dziwnego, że do połowy października została ona ściągnięta zaledwie milion razy, a powiadomienie o zakażeniu uruchomiło… 72 użytkowników.

Rząd zupełnie niepotrzebnie wystrzelał się też z pocisków na samym początku pandemii, na lewo i prawo rozdając pieniądze przedsiębiorstwom – także tym, które tego w ogóle nie potrzebowały – zamiast skupić się na ochronie dochodów ludności, co kosztowałoby mniej. Wiedząc, że jesienią nadejdzie druga fala pandemii, nie przygotował wcześniejszych mechanizmów osłonowych. Z zamykaną branżą gastronomiczną zaczął konsultacje dopiero 23 października, czyli w dniu… ogłoszenia jej zamknięcia. Zresztą cała Tarcza Antykryzysowa 6.0 jest żałośnie słaba. Wsparcie trafi tylko do samozatrudnionych – a co mają zrobić pracownicy gastronomii albo siłowni pracujący na umowach cywilnoprawnych?

Lekceważenie społeczeństwa

W tak burzliwych czasach niezwykle istotna jest rozważna polityka komunikacyjna i legislacyjna. W czasie pandemii połowa sukcesu zależy od tego, czy społeczeństwo będzie chciało przestrzegać narzuconych restrykcji. A to z kolei zależy od tego, czy rząd swoimi działaniami wzbudza zaufanie. Rząd Zjednoczonej Prawicy zaufania do władzy nie tylko nie zbudował, ale wręcz je podkopywał. Nakładane na społeczeństwo restrykcje miały formę rozporządzeń, a nie ustaw, przez co policja właściwie nie miała podstawy prawnej, by je egzekwować. Sprzedawcy w sklepach nie wiedzieli, czy wolno im obsługiwać klientów bez maseczki – pewna ekspedientka najpierw została skazana w trybie nakazowym, a potem uniewinniona przez sąd. Rządzący wysyłali sprzeczne komunikaty – minister Szumowski najpierw maseczki wyśmiewał, potem kazał je nosić. Twierdził, że lockdown będzie trwał aż do wynalezienia szczepionki, po czym nagle zniesiono go w czerwcu. W kampanii wyborczej Morawiecki ogłosił koniec epidemii, by parę miesięcy później niemalże płakać na Stadionie Narodowym.

A nad wszystkim unosi się wielka gombrowiczowska kukła ministra Czarnka

Ludzie odmawiali przyjmowania mandatów, po czym wygrywali w sądzie. Rozporządzenia wpływające na działalność całych branż były publikowane na godziny przed wejściem w życie, przez co przedsiębiorcy nie mieli jak się do nich przygotować. Przez niemal cały okres pandemii trwał nieustanny chaos prawny, co podburzało różne grupy zawodowe, a także prowokowało ludzi sceptycznie nastawionych do istnienia samej pandemii.

Jakby tego wszystkiego było mało, rządzący doprowadzili do zaostrzenia ustawy aborcyjnej w samym środku pandemii, bez choćby pozorów debaty publicznej. Trudno nie obarczyć za to winą rządzących, nawet jeśli przyjąć bardzo wątpliwe założenie, że obecny Trybunał Konstytucyjny mógłby nie być w pełni dyspozycyjny wobec prezesa Kaczyńskiego. To przecież posłowie PiS skierowali ten wniosek do TK i to poseł PiS uzasadniał go na rozprawie. To wszystko by się nie wydarzyło, gdyby nie celowe działania partii rządzącej – posłów Kukiza i Konfederacji jest zbyt mało, by skierować wniosek do TK. Rządzący doprowadzili więc do zaostrzenia prawa aborcyjnego obowiązującego w Polsce od ponad ćwierćwiecza w trakcie pandemii, i to jeszcze przy pomocy niewybieranego przez obywateli ciała. Trudno o działanie bardziej lekceważące wobec obywateli. Wyjście na ulice w takiej sytuacji jest wręcz obowiązkiem – nawet dla kogoś, kto byłby przeciwny samej aborcji. Po prostu na tak antyspołeczne działanie nie można władzy pozwalać.

„Trzeba było nas nie wkurwiać” słychać dziś w całej Polsce

PiS w pełni odpowiada więc za obecną katastrofalną sytuację w Polsce. Swoimi zaniedbaniami doprowadził do tego, że jesienna fala pandemii jest tak przytłaczająca dla polskiego systemu zdrowotnego. Rządzący stworzyli chaos prawny, który nakręcał falę napięć społecznych. Fatalna polityka komunikacyjna jeszcze to wzburzenie podgrzewała. A na koniec, jakby tego było mało, doprowadzili do gigantycznego konfliktu o prawa człowieka i wyprowadzili tysiące ludzi na ulice – nawet w najmniejszych miasteczkach. Oby przyszło im za to kiedyś odpowiedzieć.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij