Gospodarka

Krótki przewodnik po rynku pracy czasu pandemii i nie tylko [list]

W czerwcu, tak jak rzesza innych osób, których pracodawcy stwierdzili, że pandemia jest najlepszym momentem, by pozbyć się pracowników, dołączyłam do szacownego grona bezrobotnych.


Jestem typową przedstawicielką grupy „młodych, wykształconych, z dużych ośrodków”. Nauczyciele powtarzali mojemu pokoleniu: „Nie grajcie w gry komputerowe, bo to strata czasu. Nie siedźcie na portalach społecznościowych, bo to nie rozwija”. Posłuchałam ich. Tak, maturę zaliczoną mam na pięć. Mam nawet pięć z pracy magisterskiej. Przepraszam wszystkich moich mistrzów, ale czuję się oszukana. Bo kto dziś najwięcej zarabia? Youtuberzy i instagramerki.

Przez kilka ostatnich lat zarabiałam na życie, tworząc posty do mediów społecznościowych. Przez pierwszych kilka miesięcy nie potrafiłam się w socjalach odnaleźć. W końcu okazało się, że najlepiej mi wychodzi, kiedy nie myślę. Pisałam pierwsze, co przychodziło mi do głowy, bez zastanowienia, bez wstępu, rozwinięcia, zakończenia, bez głębszego sensu w większości, ale za to krzykliwie, z emocjami.

Niezbyt ładnie stylistycznie, bo to już zbyt oficjalnie, za mało bezpośrednio. Ma być odwrotnie niż w szkole. Im bardziej tandetnie, tym bardziej swojsko, im mniej ładny język, tym bardziej ktoś się z nim utożsami. Taki właśnie jest marketing, ale to nie jego wina. Marketing jest jedynie odbiciem potrzeb rynku.

W czerwcu, tak jak rzesza innych osób, których pracodawcy stwierdzili, że pandemia jest najlepszym momentem, by pozbyć się pracowników, dołączyłam do szacownego grona bezrobotnych.

Jak wygląda szukanie pracy w czasie największego kryzysu od kilkunastu lat?

Idzie jak po grudzie. Najpierw z uwagą tworzysz jak najbardziej profesjonalne CV, przeglądasz wszystkie zdjęcia, przypominasz sobie osiągnięcia, wybierasz stanowiska, na których widzisz się najchętniej, i aplikujesz.

A później czekasz. Czekasz i coraz częściej i mniej krytycznie przeglądasz wszystkie portale, wysyłasz coraz więcej zgłoszeń. W końcu w desperacji wysyłasz setki – tak, setki – CV dziennie, na absolutnie każde stanowisko, które nie jest pracą w rzeźni lub przetwórni ryb (przynajmniej ja z takich stanowisk zrezygnowałam, ponieważ jestem weganką). Odpowiedzi, jeśli jakieś przychodzą, są najczęściej odmowne. Każdego dnia masz poczucie, że marnujesz czas, że nie robisz nic konstruktywnego, a w rzeczywistości przez kilka godzin dziennie piszesz listy motywacyjne. List motywacyjny to pierwszy z wielu absurdów.

Rowerem z kebabami przez polski Dziki Zachód

Oczywiście, teoretycznie koncepcja wyjaśnienia swoich motywacji ma sens. Na ogół jednak i ty, i twój potencjalny pracodawca wiecie doskonale, że szukasz pracy dlatego, że chcesz zarabiać, a nie dla zabawy, a stanowisko, na które aplikujesz, niekoniecznie jest tym wymarzonym. Niemniej chodzi o to, żeby tego potencjalnego szefa przekonać, że spośród stu innych kandydatów to właśnie ty będziesz najwspanialej, dajmy na to, śledzić proces wysyłki odkurzaczy.

Ale po kolei, zacznijmy od pierwszego etapu. Tego, na którym jeszcze nie jesteś świadoma, gdzie będziesz aplikować za trzy tygodnie. Zaczynasz od poszukiwań pracy marzeń, czyli takiej, którą wykonywać będziesz bez przykrości. W moim przypadku jest to praca w szeroko pojętej kulturze.

„Za te polskie dwa tysiące”

Przytoczę dwie rozmowy, które mogą odrobinę przybliżyć charakter całego sektora. Jakiś czas temu zostałam zaproszona na rozmowę rekrutacyjną do Muzeum Inżynierii Miejskiej. Zdając sobie sprawę, ile zarabia się w instytucjach państwowych, zapytana o oczekiwania finansowe, odpowiedziałam „w okolicach 2500 zł netto”. Zapytano mnie, czy ta kwota jest do negocjacji.

Wynajęcie przeciętnego mieszkania, nawet jednopokojowego, w odległości 15 minut tramwajem od centrum, kosztuje około 2000 zł. Na pracę z taką pensją pozwolić sobie mogą osoby zaraz po studiach, które mieszkanie dzielą ze znajomymi i nie mają jeszcze w planach założenia rodziny, te natomiast zazwyczaj w rekrutacji odpadają, bo nie mają odpowiedniego doświadczenia.

Praca w warszawskiej kulturze staje się luksusem

Druga z rozmów, które zapadły mi w pamięć, odbyła się w Muzeum Historycznym Miasta Krakowa, które wtedy jeszcze funkcjonowało pod starą nazwą. Razem z czterema innymi osobami czekałam 45 minut, aż „Michaś” – chodziło o ówczesnego dyrektora – dojedzie. „Michaś” ostatecznie i tak nie wziął udziału w rozmowach rekrutacyjnych, ponieważ był zajęty. Potem było już tylko gorzej. Nie zostałam zapytana ani o moje oczekiwania wobec miejsca pracy, ani o kwestie finansowe. Zamiast tego, jak na szybkim egzaminie, dostałam pytanie od każdej z trzech siedzących przede mną osób o historię oddziału, do którego aplikowałam, i organizowanych eventów czy szkoleń. Wyszłam, czując, że oblałam.

Przeczytałam setki opinii na temat krakowskich instytucji kultury. We wszystkich powtarza się to samo zdanie. Większość pracowników jest tam zatrudniona od czasów PRL-u i dalej kieruje się przyzwyczajeniami i układami z tamtych lat. Jeśli jesteś osobą młodą i kreatywną, masz dużo pomysłów i chce ci się coś robić, nie zatrudniaj się tam. Trafisz na ścianę, bo oni nie chcą nic zmieniać, im jest dobrze właśnie tak, jak jest.

MOPS czy NGO?

Dawno temu stwierdziłam, że najlepiej odnalazłabym się w pracy, w której mogłabym pomagać ludziom. Moją pierwszą myślą oczywiście był MOPS. Słyszałam na temat tej instytucji wiele. Przede wszystkim, że więcej w niej urzędników niż osób, które są tam z przekonania. Że pracownicy myślą przepisami i drukami, a nie sercem i głową. Pensja na najniższym z możliwych poziomów jest oczywistością.

Męcina: Nie możemy konkurować tylko niskimi kosztami pracy

Nie zraziło mnie to, chciałam spróbować. Niestety, żeby się tam zatrudnić, trzeba ukończyć studia na kierunku praca socjalna, a ten w formie zaocznej nie był dostępny na żadnej z krakowskich uczelni. Szkoda, z powodu bzdurnych przepisów DPS-y straciły co najmniej kilku pracowników z powołania, którzy mogliby się przydać, choćby w czasie pandemii.

Jeśli nie MOPS, to może NGO? Spróbowałam raz. Odeszłam z miejsca, gdzie byłam zatrudniona na umowę o pracę, zarabiałam więcej, miałam opłacone obiady i prywatną opieką medyczną. Zrezygnowałam na rzecz pracy z sensem, ale na umowę o dzieło, z najniższą krajową, bez żadnych benefitów. Tylko po to, żeby kilka miesięcy później zostać z dnia na dzień bez pracy. Ktoś podłożył mi do podpisania zaległą umowę, ktoś powiedział, że od jutra nie będę potrzebna, bo projekt się skończył, a pieniądze na kolejny przyjdą w marcu po przyznaniu grantów. Według umowy tyle, ile dostawałam za miesiąc, powinnam była dostać za tydzień, ponieważ byłam zatrudniona przy projekcie międzynarodowym. Żeby było jasne – ogłoszenie, na które odpowiedziałam, zawierało informację o długoterminowej współpracy i pełnym etacie.

A co, jeśli chcesz być w porządku?

Załóżmy na moment, że jesteś idealistką i chcesz być okej wobec samej siebie i wobec świata. Czy to naiwna wizja? Chciałabym wierzyć, że realna. No bo po co wszyscy bombardują nas wiadomościami o plastiku i nierównościach społecznych, jeśli nie po to, by realnie coś zmienić? A jeśli chcę coś realnie zmienić, to gdzie mam szukać pracy? W jakiej branży zaczepić się bez wyrzutów sumienia? Przeglądam ogłoszenia na portalach. Połowa dotyczy stanowiska sprzedawcy w popularnych sieciach odzieżowych. Fast fashion.

Jest wiele powodów, by nie kupować ubrań w sieciówkach. Wybierz swój

Dalej hipermarkety, drogerie. Chemia, plastik, mnóstwo niepotrzebnych śmieci. Dalej fast foody, kawiarnie, sklepy spożywcze, mięsne. Jestem weganką. Marketing, reklama. Mam namawiać ludzi do kupowania rzeczy, których nie potrzebują? Pracować dla wielkich koncernów, których nie szanuję? Jak później spojrzeć w oczy znajomym, jeśli rozmawia się z nimi o ochronie środowiska czy akcjach charytatywnych, a samemu pracuje się w firmie, dla której za grosze szyją pracujące jak niewolnice szwaczki w Bangladeszu?

Bony edukacyjne dla bezrobotnych

Skutecznym sposobem na poprawę swoich szans na rynku pracy jest rozwijanie umiejętności i kwalifikacji, na przykład za pomocą kursów albo studiów podyplomowych. Ja akurat jakiś czas temu zdecydowałam się podjąć te ostatnie, w dziedzinie grafiki komputerowej, przed pandemią zdążyłam skończyć pierwszy semestr. Przeczytałam, że istnieje coś takiego jak bon szkoleniowy. Jest to dofinansowanie, o które w urzędzie pracy ubiegać się może osoba bezrobotna, która przekonująco umotywuje, iż wybrany przez nią kurs zwiększy jej szanse na zatrudnienie, na przykład przedstawiając list od potencjalnego pracodawcy lub analizę ofert pracy na danym stanowisku. Chcąc dowiedzieć się więcej na ten temat, udałam się do grodzkiego urzędu pracy, gdzie usłyszałam, że w tym roku o bony szkoleniowe starać się nie można, ponieważ wszystkie fundusze z tej puli przekazane zostały na sfinansowanie tarczy antykryzysowej.

Czas na pracownicze ubezpieczenia od bezrobocia

czytaj także

Czas na pracownicze ubezpieczenia od bezrobocia

Krzysztof Czarnecki, Marek Naczyk

W ramach tarczy natomiast dostałam w lipcu i sierpniu tzw. dodatek solidarnościowy – wsparcie dla osób, które straciły pracę z powodu pandemii – w wysokości 1400 zł netto, przyznawany jednak zamiast zasiłku dla bezrobotnych, a nie oprócz niego. Dofinansowanie na utrzymanie mojego stanowiska otrzymał także mój były już pracodawca, który dwa miesiące później nie przedłużył mi umowy.

***
Kinga Kozera jest historyczką, absolwentką UJ, współpracuje z Fundacją Promocji Kultury „Urwany Film” i Polską Fundacją dla Afryki.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać