Kraj

Brakuje lekarzy i pielęgniarek. Potrzebni medycy z zagranicy

Mamy największy w UE deficyt kadrowy w ochronie zdrowia. Straciliśmy kilkadziesiąt tysięcy osób wykształconych na polskich uczelniach medycznych, a równocześnie zamknęliśmy się na personel medyczny z zagranicy. Trudno logicznie wyjaśnić tę sytuację.


9 października zajętych było 4407 łóżek „covidowych” oraz 320 respiratorów, choć ta druga liczba przez cały sierpień i wrzesień nie przekraczała stu. Ministerstwo Zdrowia uspokaja, że liczba łóżek dla chorych na COVID-19 wzrośnie do 13 tysięcy, a respiratorów również nie zabraknie. Problem w tym, że łóżka i respiratory same z siebie niczego nie zdziałają – potrzebują ludzi, którzy będą je obsługiwać. Na początku października w szpitalu miejskim w Białymstoku zabrakło pielęgniarek, gdyż trafiły na zwolnienie chorobowe lub na kwarantannę. Z deficytem personelu medycznego zmagają się placówki w całym kraju.

Na wiosnę zamknęliśmy gospodarkę na dwa miesiące w celu przygotowania kraju na drugą falę pandemii, choć liczba zakażeń była bez porównania niższa niż obecnie. Było to rozsądnym rozwiązaniem – mieliśmy kupić sobie w ten sposób czas na przygotowanie systemu do zmierzenia się z uderzeniem pandemii na pełną skalę. Zyskaliśmy kilka miesięcy, ale najwyraźniej je przespaliśmy, przynajmniej w kwestii uzupełnienia braków kadrowych w ochronie zdrowia.

Zaufanie zamiast karania – dla lepszej medycyny, dla dobra pacjentów

Oczywiście, wykształcenie personelu medycznego trwa wiele lat, w przypadku lekarzy nawet kilkanaście, jednak bieżące luki można uzupełnić medykami spoza Polski, tak jak robią to wszystkie kraje Europy. Niestety, potrzebne do tego przepisy w lipcu przepadły w Senacie. Najwyraźniej senatorów uśpiła dosyć spokojna sytuacja pandemiczna w wakacje.

Gdzie się podziały polskie pielęgniarki?

Problemy kadrowe w polskiej medycynie są powszechnie znane. Na 100 tysięcy mieszkańców przypada u nas 238 lekarzy, co jest dokładnie najgorszym wynikiem w całej Unii Europejskiej. W całej Europie gorzej pod tym względem jest jedynie w Turcji, za to nieco lepiej między innymi w Czarnogórze i Macedonii. Pielęgniarek mamy 510 na 100 tysięcy mieszkańców, w czym wyprzedzamy jedynie Bułgarię i Grecję.

Gdzie się podziały polskie pielęgniarki i lekarze? Przecież ich kształcimy, a uczelnie medyczne działają w całym kraju. Przypadkowo odpowiedzi na to pytanie udzielił brytyjski National Health Service, czyli odpowiednik polskiego NFZ, publikując dane z rozpisanymi krajami pochodzenia personelu medycznego pracującego w Anglii. Spośród 1,28 miliona pracowników NHS aż 170 tysięcy stanowią obcokrajowcy. Wśród nich Polacy i Polki są czwartą co do wielkości grupą narodową – po Hindusach, Filipińczykach i Irlandczykach. W angielskiej ochronie zdrowia pracuje prawie 10 tysięcy naszych rodaków, a gdyby dodać do tego Szkocję i Walię, liczba ta byłaby jeszcze większa.

Exodus pielęgniarek gorszy od exodusu menadżerów

Polacy i Polki pracują nie tylko w NHS. Polski personel medyczny znajduje zatrudnienie w całej Europie. W państwach należących do OECD, nie licząc Polski, pracuje aż 18,5 tysiąca lekarzy pochodzących z naszego kraju. Z tego 11,3 tysiąca uzyskało wykształcenie w Polsce. Jeszcze większym powodzeniem cieszą się polskie pielęgniarki. W krajach OECD pracuje aż 70 tysięcy pielęgniarek urodzonych nad Wisłą. Polki są trzecią co do wielkości grupą narodową, po Filipinkach i Hinduskach. Aż 23 tysiące polskich pielęgniarek pracujących w państwach OECD wykształciło się w naszym kraju. W ten sposób straciliśmy więc jakąś jedną dziesiątą personelu medycznego, który najpierw wyedukowaliśmy.

Nie będą nas leczyć obcokrajowcy

Drenaż Polski z personelu medycznego nie jest oczywiście wynikiem spisku wstrętnych zachodnich elit. Po części to efekt przewagi ekonomicznej bogatszych krajów Zachodu, a po części naszych krajowych zaniedbań. Nikt nam nie kazał wydawać na opiekę medyczną prawie najmniej w stosunku do PKB w Europie. Nikt nas też nie przymuszał do stworzenia patologicznych warunków pracy dla pielęgniarek i lekarzy, którzy na działalności gospodarczej skaczą od placówki do placówki. Sami to sobie zrobiliśmy. Nie zmienia to faktu, że Polska mogłaby być ciekawą opcją rozwijania kariery dla wielu medyków z krajów od nas biedniejszych – tak jak Norwegia czy Wielka Brytania dla Polaków. Niestety, w polskiej opiece medycznej migracja ekonomiczna następuje tylko w jednym kierunku.

Według OECD w Polsce pracuje 2,5 tysiąca lekarzy wykształconych za granicą. Stanowią więc oni 1,9 proc. zatrudnionych w naszym kraju lekarzy. W Wielkiej Brytanii lekarze wykształceni za granicą stanowią 29 proc., a urodzeni za granicą nawet jedną trzecią. W Niemczech co piąty lekarz urodził się w innym kraju, a w Australii co drugi. Zawsze można zauważyć, że na Wyspach, w Australii czy Nowej Zelandii nie ma bariery językowej. Angielski jest prosty i zna go większość osób z wyższym wykształceniem, Niemcy zaś są krajem bogatym i wysoko rozwiniętym, który przyciąga ludzi z całego świata. Jednak Polska odstaje nawet od krajów naszego regionu. W Czechach co dziesiąty lekarz urodził się za granicą. Na Węgrzech nawet co dziewiąty – a Węgry są dokładnie na tym samym poziomie rozwoju co my i posługują się równie trudnym językiem.

Co gorsza, zamiast przyciągać coraz większą liczbę lekarzy spoza Polski, zatrudniamy ich coraz mniej. Według danych Naczelnej Izby Lekarskiej od 2015 roku systematycznie spada liczba wydawanych zaświadczeń potwierdzających posiadanie specjalizacji równorzędnej z wymogami UE, niezbędnych dla lekarzy wykształconych poza Wspólnotą, którzy chcieliby u nas pracować. O ile w 2015 roku wydaliśmy 272 takie zaświadczenia, to w 2019 już tylko 168.

Zupełnie absurdalnie wygląda sytuacja z pielęgniarkami, których wykształcenie jest sprawą prostszą, a kompetencje nie różnią się znacznie między krajami – co oznacza, że nie trzeba tak skrupulatnie weryfikować ich umiejętności. Według OECD pielęgniarki wykształcone poza Polską stanowią jeden promil pielęgniarek pracujących nad Wisłą (nominalnie 162 osoby). W Czechach i na Węgrzech odpowiednio 3 i 4 proc. pielęgniarek urodziło się w innym kraju. W pierwszym półroczu 2018 roku wydaliśmy 148 tysięcy pozwoleń na pracę dla obcokrajowców spoza UE, a w tym licznym gronie znalazło się dokładnie sześć pielęgniarek – wszystkie z Ukrainy. Za to mnóstwo pielęgniarek z Ukrainy pracuje w Polsce jako prywatne opiekunki, czyli poniżej swoich kwalifikacji.

Utrudnienia zamiast ułatwień

Inaczej mówiąc, mamy największy deficyt kadrowy w ochronie zdrowia w UE, straciliśmy też kilkadziesiąt tysięcy osób wykształconych na polskich uczelniach medycznych, ale równocześnie w największym stopniu zamknęliśmy się na personel medyczny z zagranicy. Co roku przyjmujemy setki tysięcy pracowników spoza UE (w ubiegłym roku rekordowe 445 tysięcy), obcokrajowcy robią u nas przeróżne rzeczy, widać ich na ulicach w całej Polsce, ale ochronę zdrowia zamknęliśmy przed nimi na cztery spusty, choć akurat ona łaknie rąk do pracy jak kania dżdżu. Trudno logicznie wyjaśnić tę sytuację.

Kubisa o sytuacji pielęgniarek: Błędne koło niskich zarobków i niskiego zatrudnienia

Znamy oczywiście faktyczną przyczynę: to system, który utrudnia zatrudnianie nawet znakomitych i doświadczonych fachowców. Lekarz spoza UE musi zdać w Polsce dwa egzaminy – nostryfikować swój dyplom oraz potwierdzić znajomość języka polskiego. Koszt tego pierwszego egzaminu dochodzi nawet do tysiąca euro. Problem w tym, że po zdaniu egzaminów musi jeszcze odbyć 13-miesięczny staż – nawet jeśli w swoim kraju był wybitnym praktykiem. Następnie musi zdać kolejny egzamin, a jeśli chce pracować jako specjalista, czeka go jeszcze kilkuletnia rezydentura. Dopiero wtedy zaczyna w miarę normalnie zarabiać.

W związku z pandemią koronawirusa wiele krajów OECD, które mają znacznie mniejsze problemy kadrowe niż Polska, zdecydowało się ułatwić i przyspieszyć procedury zatrudniania medyków z zagranicy. W Niemczech uproszczono test językowy, a w Irlandii kandydatów zwolniono z opłat. W Belgii, Niemczech, Irlandii i Luksemburgu przyspieszono procedurę weryfikacyjną. We Włoszech wprowadzono tymczasowe licencjonowanie medyków z zagranicy na podstawie dyplomów uzyskanych w kraju pochodzenia. W Hiszpanii stworzono procedurę natychmiastowego zatrudniania personelu medycznego spoza UE – w tym awaryjnym trybie w ciągu dwóch miesięcy zatrudniono kilkaset osób.

Uchylić bramy

Także polski rząd zamierzał przyspieszyć procedurę zatrudniania lekarzy z zagranicy. W wakacje procedowano nad nowelizacją ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty. Wprowadzała ona szereg drobnych zmian – między innymi ujawnienie młodym lekarzom bazy pytań egzaminacyjnych – jednak wśród nich znalazło się także bardzo potrzebne rozwiązanie na obecne czasy. Mianowicie obcokrajowiec posiadający dyplom lekarski uzyskany w kraju spoza UE mógłby otrzymać zatrudnienie na okres pięciu lat bez konieczności zdania egzaminu nostryfikacyjnego. Kompetencje kandydata weryfikowałaby okręgowa izba lekarska, a po pięciu latach taki lekarz musiałby zdać egzamin nostryfikacyjny. Zdecydowanie przyspieszyłoby to zatrudnianie lekarzy z zagranicy w tym trudnym czasie pandemii. Niestety Senat odrzucił ten zapis, a senackiej poprawki nie odrzucił Sejm.

Lekarzom imigrantom ciężko w Polsce wrócić do zawodu

Przepis ten wzbudził sprzeciw w środowisku lekarskim, które obawiało się, że w systemie będą pracować „lekarze dwóch prędkości”, co obniżyłoby standardy w systemie ochrony zdrowia. Lekarze argumentują, że uzyskanie specjalizacji w Ukrainie jest znacznie prostsze i trwa tylko rok lub dwa. Podobnie sprawa wygląda w przypadku ukraińskich pielęgniarek, które mogą zdobyć zawód bez konieczności ukończenia studiów.

Te argumenty nie są bezzasadne. Zatrudnianie medyków z zagranicy nie może spowodować obniżenia jakości usług ochrony zdrowia w Polsce. Tylko że brak personelu medycznego prowadzi do sytuacji jeszcze gorszej – niedostępności usług medycznych. Równie zasadne jest pytanie, czy w tej dbałości o wysoką jakość nie stworzyliśmy przed personelem medycznym spoza UE zbyt wysokich barier. Systemy opieki medycznej w Czechach i na Węgrzech otworzyły się na cudzoziemców zdecydowanie bardziej i trudno powiedzieć, żeby ucierpiała na tym jakość tamtejszych usług. Tym bardziej że jesteśmy obecnie w sytuacji kryzysowej, a będzie tylko gorzej. W przyszłym roku na emeryturę będą mogły odejść tysiące pielęgniarek.

Pielęgniarki nie są siostrami na służbie

Zniesienie opłat za egzamin nostryfikacyjny oraz stażu dla doświadczonych lekarzy z zagranicy nie wydają się za daleko idącymi rozwiązaniami. Pielęgniarkom spoza UE powinno się umożliwić zatrudnienie już w trakcie nostryfikowania dyplomu oraz skrócić im ewentualny czas studiów. Na czas pandemii powinno się też stworzyć ścieżkę natychmiastowego zatrudniania medyków przynajmniej na kilkanaście miesięcy na podstawie weryfikacji okręgowej izby lekarskiej lub pielęgniarek i położnych. To ostatnie rozwiązanie należało wdrożyć już w kwietniu lub maju, żeby być gotowym na jesienno-zimową kumulację grypy i COVID-19. Jeśli wdrożymy je teraz, wielu na ich efekty może się nie doczekać.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.