Świat

Nadzieja odchodzi ostatnia. Jak Argentynki wywalczyły prawo do aborcji

Argentyna dołączyła do nielicznego grona krajów Ameryki Łacińskiej, w których kobiety będą miały prawo do legalnej aborcji. Jak doszło do tej przełomowej zmiany w jednym z największych państw tego konserwatywnego regionu?

Ta długa noc należała do kobiet. 30 grudnia 2020 tysiące Argentynek pod Kongresem Narodowym i w całym kraju wiwatowało, śpiewało i płakało ze szczęścia. Trudno im było ukryć wzruszenie, bo stało się coś, o co walczyły przez lata, a co jeszcze niedawno zdawało się niemożliwe. O 4.30 rano, po kilkunastu godzinach obrad, senatorzy przegłosowali prawo do legalnego, darmowego przerywania ciąży w ich kraju.

Argentyna legalizuje aborcję! (oraz 9 innych dowodów, że 2020 nie był może najgorszy ever)

Argentyna stała się w ten sposób piątym państwem Ameryki Łacińskiej, gdzie zalegalizowano aborcję bez względu na przesłanki. Wcześniej uczyniono to na Kubie (1960), w Gujanie Francuskiej (1975), Gujanie (1995) i Urugwaju (2012). Zabiegi można legalnie przeprowadzać też w dwóch rejonach Meksyku: od 2008 roku w stolicy, a od 2019 w stanie Oaxaca.

Uchwalone pod koniec roku prawo zakłada, że aborcja będzie możliwa bez żadnych szczególnych okoliczności do 14. tygodnia ciąży. Czasowa granica nie będzie obowiązywać w sytuacji zagrożenia życia kobiety lub zapłodnienia w wyniku gwałtu, czyli w dwóch jedynych przypadkach, w których dotąd aborcja była w Argentynie dopuszczalna.

Dotąd przeprowadzenie zabiegu poza tym dwoma sytuacjami groziło więzieniem – zarówno dla lekarza, jak i kobiety. Kara mogła sięgać nawet 15 lat pozbawienia wolności, czyli więcej niż wyroki padające zwykle w tym kraju za gwałt.

Historia gniewu

Dotychczasowe prawo obowiązywało od stulecia. A dokładniej od 1921 roku, gdy Argentyna należała do najzamożniejszych państw świata i była rządzona przez Hipolita Yrigoyena, uważanego za pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta w historii republiki.

Na przestrzeni ostatnich stu lat zmieniło się wiele: wybuchały wojny, pojawiały się i upadały reżimy, gospodarka wpadała w ruinę oraz stopniowo się podnosiła. Ale prawa do decydowania Argentynek o własnym ciele pozostawały takie same; nienaruszone i sankcjonowane przez patriarchalny model społeczeństwa oraz bardzo silną pozycję Kościoła katolickiego, a w ostatnich dekadach – także ewangelickiego.

– Nawet wymawianie hasła „aborcja” było w naszym kraju zakazane. O aborcji długo w ogóle się nie mówiło, tak jakby wstyd było wypowiadać nawet samo słowo – powiedziała w jednym z wywiadów Claudia Piñeiro, ceniona argentyńska pisarka, aktywnie zaangażowana w ruch pro-choice.

Udzieliła go w 2018 roku, gdy doszło do poprzedniej próby liberalizacji prawa aborcyjnego. Reforma została wówczas przegłosowana przez Izbę Deputowanych, ale odrzucono ją w Senacie. Zabrakło ośmiu głosów. W ciągu ostatnich 15 lat takie próby podejmowano aż ośmiokrotnie. Bez skutku.

Tymczasem, choć doświadczenie aborcji pozostawało tematem tabu, było powszechne. Z danych Światowej Organizacji Zdrowia wynika, że w 45-milionowym państwie przeprowadzano średnio pół miliona nielegalnych aborcji rocznie. Od lat prężnie działają tu socorristas, które pomagają potrzebującym w aborcji domowej. Aktualnie w Argentynie działa co najmniej 60 takich kolektywów, które wspierają kobiety i nastolatki w dostępie do środków farmakologicznych bądź szukaniu możliwości zrobienia legalnego zabiegu.

Soccoristas nie są jednak w stanie dotrzeć wszędzie – szacuje się, że średnio tylko jedna na cztery nielegalne aborcje była dokonywana w bezpiecznych warunkach. Na podstawie ostatnich danych z 2018 wiadomo, że z powodu powikłań po nielegalnych zabiegach w podziemiu tego roku życie straciło 38 kobiet, a niemal 40 tysięcy hospitalizowano ze względu na poważny stan zdrowia. Od powrotu demokracji w 1983 roku z powodu nielegalnych zabiegów zmarły co najmniej 3 tysiące Argentynek.

Istnieje też wiele historii takich jak ta, która wydarzyła się na początku 2019 roku w prowincji Tucumán. Jej bohaterką była 11-letnia dziewczynka znana jako Lucía, która zaszła w ciążę w wyniku gwałtu dokonanego przez 65-letniego partnera jej babci. Choć aborcja powinna być dokonana najpóźniej 48 godzin od zgłoszenia, dziewczynce podawano leki podtrzymujące ciążę, a zabieg odkładano – lekarze zasłaniali się klauzulą sumienia. W sprawę interweniowali też lokalny biskup, niechętny aborcji samorząd i działacze pro-life, którzy prowadzili protesty pod szpitalem. Czas płynął, mijały kolejne tygodnie. W końcu, gdy pojawiło się realne zagrożenie życia dziewczynki, prywatni medycy zdecydowali się na cesarskie cięcie. Lucíę udało się uratować, a noworodek po 10 dniach zmarł.

– Zniewaga za zniewagą. Przemoc za przemocą. Można odnieść wrażenie, że niektórzy uważają, iż kobiety mogą znieść wszystko, a nasza cierpliwość jest niewyczerpana. Są w błędzie – napisała Piñeiro na łamach „El País” w grudniu zeszłego roku, gdy debata na temat aborcji rozgrzała Argentynę na nowo.

– To skandal, że w XXI wieku wciąż musimy prosić się o przysługujące nam prawa. Wszystko ma swoje granice, a niewysłuchane żądania rosną i pęcznieją jak powietrze w balonie. Ale nadmuchane balony mają do siebie to, że mogą pękać. Dlatego trzeba powiedzieć jasno: nasza cierpliwość się kończy. I mamy już dość.

Fot. Lara Va/Wikimedia Commons

Zielona rewolucja

Ten pęczniejący przez lata balon kobiecej frustracji i gniewu zrobił swoje. Do liberalizacji prawa nigdy by nie doszło, gdyby nie tutejszy ruch feministyczny, który rósł w siłę i stał się jednym z najpotężniejszych na świecie. Gdyby nie długoletnia kampania prowadzona przez argentyńskie aktywistki, która sprawiała, że problem aborcji przestawał być niewidzialny. Gdyby nie masowe protesty, przecinające ulice miast i miasteczek, jednoczące nastolatki oraz kobiety z całego terytorium ogromnego kraju – od pustynnej północy po mroźną Patagonię.

Działania na rzecz legalizacji szły ręka w rękę z ruchem antyprzemocowym spod znaku Ni Una Menos (Ani jednej mniej), który rozkwitł w ostatnich latach. Narodził się w 2015 roku po śmierci Chiary Páez, ciężarnej 14-latki z Santa Fe, zabitej przez partnera. Parę tygodni później pod Kongresem Narodowym zebrały się tłumy – łącznie ponad 300 tysięcy osób protestujących przeciwko przemocy wobec kobiet.

Już żadnej z nas nie zawstydzicie! Reportaż z polskich ulic

Druga wielka fala manifestacji przetoczyła się przez kraj w październiku 2016 roku po zabójstwie 16-letniej Lucíi Pérez, zgwałconej i zamordowanej przez grupkę młodych mężczyzn w Mar del Plata. Naczelnym hasłem ruchu przeciwko męskiej przemocy stał się wówczas wspomniany hasztag #NiUnaMenos, który szybko rozpłynął się po mediach społecznościowych nie tylko w Argentynie, ale też innych zakątkach Ameryki Łacińskiej.

Podobnie jak m.in. w Meksyku, Chile czy Brazylii, kwestia prawa do wyboru idzie tu w parze z prawem do życia bez męskiej przemocy, bez lęku przed gwałtem czy utratą życia z rąk sąsiada lub partnera. Brak możliwości podjęcia autonomicznej decyzji w kwestii macierzyństwa stanowi kolejny przejaw patriarchalnej opresji tuż obok przemocy seksualnej i feminicidios (zabójstw kobiet), dotykających mieszkanki tego regionu szczególnie mocno.

Vivas nos queremos! (Kochamy siebie żywymi!) – wołają więc od lat hasła z transparentów powracających na protestach. Ich kolorem przewodnim stała się zieleń noszonych przez manifestantki chustek, symbolu walki o aborto legal y gratuito, popularnego w całej Ameryce Łacińskiej. Narodził się właśnie w Argentynie i po raz pierwszy pojawił się na demonstracjach w 2003 roku w Rosario, stanowiąc nawiązanie do białych chustek Matek i Babć z Placu Majowego – ruchu kobiet zaangażowanych w poszukiwanie ciał i upamiętnianie desaparecidos, czyli zaginionych w czasie dyktatury (1976–1983).

Początkowo przy robieniu chustek chciano użyć barwy fioletowej, ale przystano na zieloną z prozaicznego powodu: tego drugiego barwnika organizatorki miały akurat więcej. Kolor zielony – jak miała powiedzieć legenda feminizmu i współorganizatorka marszu Nina Brugo – wydał się idealny. Stał się znakiem niesłabnącej determinacji i nadziei. Wiary w to, że lepsze, bardziej autonomiczne życie milionów argentyńskich kobiet będzie kiedyś możliwe.

Dla córek i wnuczek

Spełnienie tej nadziei nie nastąpiłoby zbyt prędko, gdyby nie sprzyjające okoliczności polityczne: legalizacja aborcji stanowiła bowiem jedną z obietnic wyborczych rządzącego od grudnia 2019 roku kirchnerysty, Alberta Fernándeza. Pierwszego prezydenta w historii Argentyny, domagającego się legalizacji przerywania ciąży.

Gdy 17 listopada zeszłego roku przekazał on projekt reformy do Kongresu Narodowego, powiedział jasno: „legalizacja aborcji to kwestia zdrowia publicznego. I może uratować życie tysiącom kobiet”. Wraz z reformą liberalizującą przepisy zaproponował wprowadzenie programu „1000 dni” oznaczającego finansowe wsparcie dla kobiet, które chcą mieć dziecko, ale sytuacja ekonomiczna im to uniemożliwia. Ocenia się, że mogło to przekonać niektórych bardziej konserwatywnych polityków do poparcia ustawy.

Nie bez znaczenia dla wygranego głosowania w senacie był też fakt, że dwóch zdeklarowanych przeciwników legalizacji – były prezydent Carlos Menem oraz senator José Alperovich – nie mogło wziąć w nim udziału. Pierwszy z nich trafił w połowie grudnia do szpitala ze względu na niewydolność nerek i do dziś pozostaje w śpiączce; drugi był na urlopie w związku z podejrzeniem o wykorzystanie seksualne własnej bratanicy i wszczętą rozprawą sądową.

Za liberalizacją prawa opowiedziało się poza tym troje senatorów, którzy wcześniej byli temu przeciwni, co zwiększyło przewagę „zielonych”. Wielu głosujących podkreślało, że w przełomowej zmianie nie chodzi o politykę, lecz o podstawowe prawa człowieka, które nie mają koloru partyjnego.

– Myślę, że nikt z tu obecnych nie popiera aborcji i nie jest jej zwolennikiem. Ale nie można udawać, że aborcja nie istnieje. I tu nie chodzi o to, czy jesteśmy za nią, czy nie. Chodzi o to, żeby być za życiem kobiet – powiedział podczas głosowania senator Sergio Leavy.

Wątkiem powracającym najczęściej był też temat mocno spleciony z każdą debatą o aborcji w Argentynie i reszcie Ameryki Łacińskiej: kwestia nierówności ekonomicznych, a w związku z nimi boleśnie nierównego dostępu do bezpiecznych zabiegów aborcyjnych. O ile bardziej uprzywilejowanym kobietom udaje się surowe przepisy omijać, o tyle ubogie, szczególnie te mieszkające poza miastami Argentynki, najczęściej stają się ich ofiarami.

– Nie można zakładać, że jeśli zdelegalizuje się aborcję, to ona przestanie istnieć; przecież dalej będzie wykonywać się zabiegi. Dla grup bardziej uprzywilejowanych będą one bezpieczne, a dla pozostałych nadal będą stanowić zagrożenie dla życia i zdrowia. Przegłosowanie tej ustawy zapewni wszystkim kobietom społeczną równość; dostęp do tego samego prawa bez względu na sytuację materialną i pochodzenie – stwierdził senator Oscar Parrilli.

Ten fakt podkreślała też w poruszającym przemówieniu 70-letnia Blanca Osuna, deputowana, która ze względu na COVID-19 połączyła się z kongresem ze szpitala.

– Jestem niezwykle dumna, że mogę brać udział w tym głosowaniu, które dotyczy nie tylko aborcji, ale też sprawiedliwości społecznej. I szczęśliwa, że wreszcie pojawi się zmiana, o którą walczyłyśmy od tylu lat. Zmiana dla wszystkich młodych, dla moich córek i wnuczek. Dla dziewczyn, których już nie ma. I tych, które dopiero nadejdą. Que sea ley! Niech stanie się prawem!

6 mitów na temat aborcji

czytaj także

Los historycznej reformy okazał się zależeć od zaledwie dziesięciu głosów. W ostatnim, senackim głosowaniu, 38 polityków opowiedziało się za liberalizacją przepisów, 29 zagłosowało przeciw, a jedna wstrzymała się od głosu.

Nowe prawo ma wejść w życie 10 stycznia.

**
Magdalena Bartczak – dziennikarka i reporterka, z wykształcenia polonistka (UW) i filmoznawczyni (UJ). Od 2016 roku mieszka w Chile, któremu poświęciła książkę Chile południowe. Tysiąc niespokojnych wysp (Wydawnictwo Muza, 2019).

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij