Kraj

Pandemia może nas cofnąć społecznie do lat 90.

Nawet klasa średnia powoli zaczynała rozumieć, że pracownik nie zawsze ma życie usłane różami i że jakaś forma redystrybucji jest pożyteczna… A potem przyszła pandemia i o ile na jej początku pewien odruch solidarnościowy u ludzi budził nadzieję, o tyle obecnie wygląda na to, że wróciliśmy do „państwa na telefon”. Michał Sutowski rozmawia z drem Michałem Możdżeniem, współautorem raportu „Ludowe improwizacje. Jak pandemia zmienia normy społeczne”

Michał Sutowski: Podobno wraz z epidemią odradza się wśród Polek i Polaków „kultura zaradności”. A wam, autorom raportu pt. Ludowe improwizacje. Jak pandemia zmienia normy społeczne, to się wcale nie podoba. To źle, że ludzie sami sobie radzą?

Michał Możdżeń: No, niezbyt dobrze, zwłaszcza jeśli to, co obserwujemy w naszej analizie, utrzyma się i rozwinie już po zakończeniu pandemii. Bo istotne jest, co ta „kultura zaradności” wypiera i co zastępuje – mamy obawy, że obserwowane przez nas zjawiska obnażą i znormalizują słabość ogólnospołecznych norm nastawionych na solidarność i zaufanie.

Co to konkretnie znaczy?

Kiedy w krakowskim zespole badaczy przygotowywaliśmy nasz raport, prof. Rafał Matyja zasugerował, że to, co opisujemy, przypomina mu zjawiska znane z końcówki PRL, z lat 80., po stanie wojennym. Polskie społeczeństwo opisywano wówczas na podstawie koncepcji „amoralnego familizmu”, skonstruowaną przez badacza południa Włoch Edwarda C. Banfielda.

Przecież tu jest Polska, nie Kalabria. Czy inna Basilicata, bo tam jest chyba miejscowość, którą ten socjolog przebadał.

Podobne zjawiska dostrzegała u nas Janine Wedel i opisała je w książce Prywatna Polska, pokazując społeczności o bardzo zatomizowanym charakterze, pozbawione kompasu moralnego wykraczającego poza najbliższy krąg zaufanych osób, najczęściej rodzinno-koleżeński, czasem sąsiedzki i zakładowy.

Bo tylko im można zaufać. Ale co w tym złego?

Jeśli działamy tylko w oparciu o tak lokalnie, wąsko zakreśloną społeczność, to nie widzimy lub nie chcemy widzieć kosztów, które przerzucamy na otoczenie. Na przykład na fabrykę, z której wynosimy różne potrzebne rzeczy albo robimy fuchy w godzinach pracy; na innych obywateli, przed którymi znajoma sprzedawczyni schowa towar pod ladę itd. Takie zachowania były oczywiście związane z kryzysem państwa socjalistycznego i gospodarką niedoboru, w których trzeba było sobie…

Obywatelu, czyście oszaleli?! [Sierakowski rozmawia z Lederem]

Jakoś radzić? Ale ten naprawdę głęboki kryzys socjalizmu trwał kilka lat, od stanu wojennego do planu Balcerowicza.

A potem przyszła transformacja systemowa i na tamto społeczeństwo nałożyliśmy ideologię indywidualistyczną, zwaną czasem neoliberalną. Ona też budowała na „kulturze zaradności”, na ignorowaniu lub omijaniu nieprzyjaznego i nieracjonalnego państwa, ale przyprawione to było sosem wolnorynkowym i uświęceniem własności prywatnej.

Tylko że to wszystko było dawno temu. Leszek Balcerowicz ostatni raz był ministrem finansów 21 lat temu, a później to już nawet Donald Tusk został „trochę socjaldemokratą”, o PiS to nawet nie mówię…

Tak, weszliśmy do Unii Europejskiej, zobaczyliśmy, jak Zachód wygląda naprawdę, zaczęliśmy dostrzegać różne rzeczy i także różne braki państwa. Pojawiło się większe oczekiwanie wobec jego roli opiekuńczej, czego wyrazem była dość jednak powszechna akceptacja dla 500+. Nawet klasa średnia powoli zaczynała rozumieć, że pracownik nie zawsze ma życie usłane różami i że jakaś forma redystrybucji jest pożyteczna… A potem przyszła pandemia i o ile na jej początku pewien odruch solidarnościowy u ludzi budził nadzieję, o tyle obecnie wygląda na to, że wróciliśmy do „państwa na telefon”.

Czyli?

W latach 80. wszystko opierało się na lokalnych sieciach społecznych, czyli telefonach zapisanych w notesie i znajomych rozsianych po sklepach i zakładach. Dekadę później zostało to uzupełnione przez obieg zapośredniczony rynkowo – odtąd już legalne interesy dalej woleliśmy robić ze znajomymi – ale układy nieformalne wciąż miały znaczenie. Dopiero ostatnie kilkanaście lat to czas, kiedy nasze realne zachowania społecznie bardziej przypominały to, o czym mówią normy oficjalne.

Ale o które normy chodzi? Że trzeba prawa przestrzegać?

A takie na przykład, że pewne uprawnienia jednostek, zwłaszcza jaskrawo ostatnio eksponowane prawo do życia w zdrowiu, są niezależne od sytuacji materialnej i społecznej poszczególnych osób. To w praktyce znaczy, że czasem trzeba poczekać w kolejce, jeśli czegoś brakuje. Że osoba starsza, biedniejsza, brzydsza czy głupsza zasługuje na szacunek i poświęcenie… Tutaj chodzi o taką ogólną dyspozycję do przestrzegania norm, które na pierwszy rzut oka nie przynoszą korzyści mnie, mojej rodzinie, czy osobom podobnym do mnie. Socjolodzy powiedzieliby, że chodzi o internalizację norm.

No dobrze, ale myśmy faktycznie ich dotąd przestrzegali? Mieliśmy je rzeczywiście uwewnętrznione?

We wcześniejszych latach można było dostrzec pewne, choćby nieśmiało zachodzące procesy takiej internalizacji.

Po czym to poznać?

Cykliczne badania w ramach europejskiej ankiety społecznej wskazują, że w ostatnich latach wykazywaliśmy nieco wyższą skłonność do akceptowania stwierdzeń takich jak: „transfery społeczne prowadzą do bardziej równego społeczeństwa”, a mniejszą skłonność do akceptowania stwierdzeń, że „są zbyt kosztowne dla firm”. Aż do ostatniej edycji badania w 2018 roku rosło też zaufanie do policji, która w demokratycznym społeczeństwie stoi na straży najbardziej krytycznych norm. Niestety, teraz ujawniają się na masową skalę zachowania ludzi, które znów przypominają te dawne obiegi, tzn. nieformalne układy klientelistyczne oraz dzikie urynkowienie.

Poproszę o przykłady. Jednak klientelizm i dziki wolny rynek to nie to samo…

Nie to samo, uciekamy się do nich, kiedy dobra i usługi, na których nam zależy, są reglamentowane. Powrót do „amoralnego familizmu” zaobserwować można było w kontekście wczesnej dystrybucji szczepionek, kiedy były dobrem rzadkim i załatwiało się je nieformalnie.

Tak zwana afera szczepionek dla celebrytów. Ale to był epizod raczej…

Nie tylko epizod, bo szczepionkę dostawały poza kolejką osoby będące w sieciach elitarnych, znające lekarzy profesorów, dyrektorów szpitali – i nie chodzi tylko o tych kilkunastu aktorów, o których rozpętała się medialna burza. Na jeszcze szerszą skalę problem dotyczył dostępu do miejsc w szpitalach – osobiście znam przypadek, kiedy zdobycie miejsca i respiratora na OIOM-ie dla ciężko chorego na COVID-19 pacjenta wymagało interwencji telefonicznej.

Bez niej „nie było miejsc”?

Nie było w całym mieście, to akurat była Częstochowa. I nie chodziło tu o osobę ze świecznika: telefon wykonała dyrektorka ośrodka pomocy społecznej, w którym pracowała żona pacjenta, wyjątkowo zasłużona w pierwszych miesiącach pandemii. Oficjalnie nie było ani jednego respiratora i nagle się znalazł. To działa również w drugą stronę, tzn. gdy komuś zależy na braku zainteresowania ze strony państwa.

Na zasadzie: bądźcie ludźmi, dajcie mi otworzyć tę knajpę?

Mamy hipotezę, że lokalne, doraźne „kooperatywy”, służące bezpiecznemu obchodzeniu norm narzucanych przez państwo, wynikają z tego, że te normy nie są odbierane jako sprawiedliwe czy użyteczne. Mamy w Polsce miejscowości, gdzie lokale gastronomiczne bezkarnie nie przestrzegają restrykcji, bo np. lokalny komendant policji jest bratem właścicielki restauracji.

Ale takie przymykanie oczu na różne sprawy to chyba rzecz typowa w układach lokalnych?

Tak, ale tu do postawy pt. „nie robi się problemów rodzinie” dochodzi własne przekonanie, że restrykcje są nielogiczne lub niesprawiedliwe i kosztowne. A kiedy ludzie widzą, że restrykcje nie są egzekwowane, wtedy już mamy gotowe podglebie dla masowego nieprzestrzegania norm oficjalnych.

A co ma do tego dziki wolny rynek, o którym mówiliśmy na początku? Czy chodzi o kupowanie szczepionek i wystawianie skierowań za pieniądze? Bo chyba nic nie wiemy o kupowaniu miejsc pod respiratorem w szpitalach prywatnych?

Ciekawe, że w obszarze szczepionek nie utworzył się najwyraźniej drugi, „rynkowy” obieg, choć media nagłaśniały pojedyncze przypadki. To mogło wynikać z faktu, że państwo szczodrze wynagradza przychodnie, które szczepionki dystrybuują. Choć i tutaj ten rynkowy motyw wydaje się istotny: ponieważ przychodnie otrzymują wynagrodzenie za każde wkłucie, przychylnym okiem patrzyły na osoby przychodzące z ulicy, nawet jeśli nie spełniały oficjalnych kryteriów wiekowych czy zawodowych.

Jędrysik: Wygląda na to, że postanowiliśmy wprowadzić u siebie biedamodel szwedzki

To mimo wszystko nie wygląda jeszcze tragicznie.

Za to naprawdę dziwne rzeczy dzieją się na rynku pracy, zwłaszcza wśród najmłodszych pracowników. Oficjalnie bezrobocie jest niskie, niemal nie wzrosło na tle reszty Europy, a poziom zatrudnienia pozostaje wysoki. Widać jednak dość podejrzane rozejście się oficjalnych danych GUS na temat bezrobocia i zatrudnienia z tymi pochodzącymi z badań ankietowych: dużo więcej osób zaczęło twierdzić, że pracuje w relacji do tego, co wynika z danych rejestrowych. Potwierdza to również niedawny raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego…

Ale co z tego rozdźwięku wynika?

To rozejście się, które szacujemy na co najmniej kilkadziesiąt tysięcy osób, oddaje skalę zwiększenia szarej strefy w Polsce, a więc powrotu do warunków znanych z wilczego, nieregulowanego kapitalizmu. Mieliśmy, owszem, tarcze dla przedsiębiorców i zawarte w nich zabezpieczenia przed zwolnieniami, niemniej to zjawisko się rozwija. PIE twierdzi wprawdzie, że chodzi przede wszystkim o pracę w gospodarstwach rolnych ludzi, którzy powrócili na wieś i pracują w rodzinnych gospodarstwach, ale…

To nie wszystko?

Naszym zdaniem tego jest więcej – zwłaszcza ci przedsiębiorcy, którzy z jakichś powodów nie załapali się na tarcze, dali swoim pracownikom wybór: pracujesz, jak jest praca, i wtedy dostajesz pieniądze. Tak działa zwłaszcza gastronomia. W samym Krakowie mamy kilkadziesiąt knajp nieoficjalnie działających, więc siłą rzeczy „nieoficjalnie”, czyli na czarno, pracują tam ludzie.

No dobrze, ale to w czym właściwie problem? Ludzie muszą sobie jakoś radzić, z czegoś żyć, a te nielegalne knajpy nie są chyba jakimś wielkim rozsadnikiem wirusa? A co do wcześniejszego zdobywania szczepionek poza obiegiem – cóż, dziś większym problemem jest chyba to, że bardzo wiele osób nie chce się szczepić w ogóle…

Zgoda, ale tutaj, jak sądzę, trzeba odróżnić dwie rzeczy. Z jednej strony mamy ogólnie wysoką i rosnącą w ostatnich latach niechęć Polaków do szczepień – w tym wysoką niechęć do szczepień na COVID-19, która sama w sobie obrazuje osłabienie norm społecznych i zaufania do nauki. Stopniowo zastępują je narracje spiskowe, co pokazywał m.in. zeszłoroczny raport prof. Franciszka Czecha i dra Pawła Ścigaja z UJ. Natomiast z drugiej ujawnia się brak akceptacji dla zasad szczepień ustanowionych przez rząd w okresie niedoboru, które najbardziej zaradni bez żenady omijali.

No jakoś trzeba sobie radzić…

Problem jest ten sam, co zawsze przy oparciu życia społecznego na sieciach nieformalnych – one są bardzo nierówno rozłożone. Najlepsze sieci społeczne, czyli najwięcej przydatnych kontaktów w telefonie, mają ci, którzy również na rynku mają przewagę, czyli elity i wyższa klasa średnia. Z kolei przyzwalając na pracę na czarno, godzimy się na niszczenie norm, które z wielkim trudem wypracowywaliśmy przez ostatnie lata.

Leder: Paternalizm z patriarchatem idą pod rękę

A nie wypracowywaliśmy raczej „elastyczności”?

Jednak w ostatnich latach zaczęliśmy zwracać uwagę na standardy pracy, domagać się cywilizowanego traktowania przez przełożonych, przyjęto minimalną stawkę godzinową, śmieciówki uznajemy za problem.

I co, to wszystko znów szlag trafi przez pandemię?

W badaniach regularnie wychodzi, że wartości społeczne, które wyznają Polacy, są skrajnie indywidualistyczne, na czele z silnym przywiązaniem do prawa własności i szacunkiem dla praw kapitału. Proces cywilizowania rynku pracy ma w takich warunkach kruche podstawy. I teraz, w sytuacji, gdy mamy tak słabe instytucje: Państwową Inspekcję Pracy, związki zawodowe i sądownictwo pracy, to ludzie nie mają praktycznej zdolności, by wyrazić niezadowolenie z tytułu zwiększania elastyczności. A praca na czarno cofa nas do świata, w którym całujemy pracodawcę po rękach za to, że w ogóle pozwala człowiekowi pracować, nawet jeśli warunki zatrudnienia urągają podstawowym standardom.

Dlaczego jawny bunt przeciw restrykcjom jest w Polsce dużo słabszy niż np. w Niemczech; dlaczego miganie się, omijanie reguł i kombinowanie przeważa nad oporem wprost – to chyba łatwo wytłumaczyć. Bo raz, że państwo nie ściga tak mocno, jak by mogło, i przymyka oczy. Dwa, że mamy to głęboko zakorzenione w kodzie kulturowym – mało mamy w historii buntów chłopskich, za to bogatą tradycję sabotowania pracy folwarcznej czy kombinowania przy odmierzaniu danin. Ale dlaczego mimo tak potężnej liczby zgonów, katastrofy ochrony zdrowia jesienią my po prostu nie akceptujemy tych norm zachowania, nie przestrzegamy reguł, które mają nas chronić przed śmiercią na masową skalę?

Te pierwsze dwa wyjaśnienia wydają mi się bardzo adekwatne. Państwa w Polsce wciąż nie traktuje się jak partnera, z którym się dyskutuje, nawet i burzliwie, ale jako uciążliwość, z którą trzeba sobie radzić. Jednak rząd nie ułatwia nam przyjęcia takiej postawy partnerstwa. A jeśli chodzi o normy ograniczające poruszanie się, pracę, nakaz noszenia maseczek… Cóż, żeby przestrzegać norm, musimy najpierw wiedzieć, jakie są, widzieć, że inni ich przestrzegają, a kiedy je naruszymy, to poniesiemy koszt większy, niż ich przestrzegając, no i dobrze byłoby uważać, że są co do zasady sprawiedliwe i jakoś racjonalne.

I który czynnik nie działa?

A który działa? Polegliśmy na wszystkich frontach. Kolejne obostrzenia są źle komunikowane, do tego stopnia, że często nie wiadomo, co aktualnie wolno, a czego nie, bo przedstawicielom rządu zdarzało się mówić i robić sprzeczne ze sobą rzeczy. Restrykcje nie są zabezpieczone nieuchronną egzekucją, więc nie chcemy być frajerami i ich przestrzegać, skoro inni tego nie robią. Dalej, obostrzenia mają bardzo niepewną podstawę prawną…

Cała Polska w strefie żółtej albo czerwonej. Oprócz szkół

Bo nie było stanu klęski żywiołowej?

Bo bardzo długo ich źródłem były konferencje prasowe członków Rady Ministrów, a nie odpowiednie ustawy czy rozporządzenia. Potwierdzają to nie tylko bliscy opozycji konstytucjonaliści, ale także orzeczenia sądów powszechnych, jak w głośnej sprawie fryzjera z Opola, który pracował w czasie lockdownu i któremu uchylono nałożoną przez sanepid karę. Podstawy naukowe kolejnych rozwiązań też są wątpliwe, często opierają się na jednym artykule naukowym lub żadnym, ewentualnie na przykładzie z jakiegoś innego kraju, gdzie panują inne warunki.

Można jakiś przykład?

Dobrym przykładem jest często wyśmiewana w środowisku statystyków podstawa wprowadzania restrykcji w różnych sektorach oparta na bardzo wycinkowej i słabo uzasadnionej interpretacji amerykańskich badań na temat mobilności opublikowanych w listopadzie 2020 w czasopiśmie „Nature”.

A co z nimi było nie tak?

Wyciągnięto z tych badań jeden pasujący wykres dotyczący szacunków dodatkowych potencjalnych zakażeń związanych z pełnym otwarciem niektórych typów aktywności w rejonie metropolitalnym Chicago. Mocno specyficzna sytuacja – tymczasem wnioski z niej wyprowadzone zastosowano dla całej Polski.

Skoro tak, to czemu lockdown zadziałał tak skutecznie przez pierwsze dwa miesiące pandemii w Polsce? Ludzie naprawdę nie wychodzili na ulice, mimo że część zarządzeń była bardziej absurdalna niż dziś, z zakazem wejścia do lasu na czele, a pamięć ministra, co szydził z maseczek, była świeża.

Elementarz marketingu podpowiada, że jeśli chcemy zmienić zachowania ludzi, by nie robili czegoś, co robili do tej pory, to musimy ich przekonać, że sprawa jest śmiertelnie poważna i nie wolno jej bagatelizować. Ten zryw solidarnościowy, to poczucie, że wszyscy płyniemy na jednej łajbie po bardzo wzburzonym morzu, to był niewątpliwy sukces komunikacyjny rządu, za którym stała na pewno obietnica rekompensowania kosztów, tzn. że za lockdownem pójdą hojne tarcze, ale przede wszystkim strach. Ludzie wielkimi oczami patrzyli na te trumny w Bergamo, słysząc zarazem, że północne Włochy mają jeden z najlepszych systemów ochrony zdrowia na świecie.

Jak oni tak popłynęli, no to u nas dopiero będzie masakra.

Tak. Dlatego też akceptowali ten „brak trybu”, tę ciągłą doraźność działań – no bo sytuacja była przecież wyjątkowa. Ale potem, np. przy organizacji wyborów prezydenckich, było coraz wyraźniej widać, że działania rządu podporządkowane są doraźnemu interesowi partyjnemu. Że po stronie władzy panuje kakofonia przekazów. Że ten cały nadzwyczajny tryb, restrykcje ogłaszane z dnia na dzień i bez związku z tym, co zapowiadano wcześniej, to jest norma. Że uwalnia się lub zamyka branże w zależności od tego, w jakim stopniu mają dostęp do ucha władzy. No i wreszcie – to przyszło gdzieś pod koniec roku – doszło przekonanie przedsiębiorców, że tarcze są jednak nieadekwatne, że nie rekompensują kosztów lockdownu.

Miliarderzy się bogacą, reszta biednieje. Czas na podatek majątkowy?

Skąd my to wszystko wiemy? Intuicyjnie trzyma się to kupy, ale są na to jakieś badania?

Badania CBOS pokazują, że odsetek Polaków pozytywnie oceniających działania rządu w związku z epidemią zmalał z ponad 60 proc. w pierwszej połowie 2020 roku do ponad 40 proc. na początku 2021. Restrykcje oceniane są coraz częściej jako zbyt dotkliwe. Podobne trendy potwierdzane są badaniami europejskimi. Analiza korelacji między poziomem restrykcji a mobilnością również pokazuje słabnącą z czasem skłonność do przestrzegania tych pierwszych. Jednocześnie wspomniane badania CBOS pokazują, że odsetek respondentów twierdzących, że wsparcie rządu dla firm i pracowników w okresie epidemii jest niewystarczające, wzrósł z nieco ponad 40 proc. w czerwcu 2020 do około 60 proc. w lutym/marcu 2021.

Ale to na pewno przedsiębiorcy byli w Polsce najbardziej poszkodowani?

Eurobarometr robił już trzy badania postaw Europejczyków w trakcie pandemii i okazało się, że wskaźnik niechęci do restrykcji mamy rekordowy, obok Słowenii i Bułgarii. Specyficzne dla Polski, niespotykane nigdzie indziej jest jednak to, że u nas ludzie o najwyższym statusie ekonomicznym są najbardziej przeciwni restrykcjom i ta niechęć narasta. Poczucie ich niesprawiedliwości koncentruje się u tych grup społecznych, które mają najwięcej do powiedzenia – np. przedsiębiorców.

Ale przedsiębiorcy to nie jest większość społeczeństwa.

Okazuje się jednak, że jako społeczeństwo mamy skłonność zwracać szczególną uwagę na los tych, co stoją wysoko w hierarchii społecznej. Nie tylko wyznaczają wzorce zachowań, ale też ich interes jest internalizowany przez niższe klasy. Jeśli przedsiębiorcy mówią, że lockdown im szkodzi, a tarcze są nieadekwatne, to bardzo wielu z nas się z tym utożsamia. W efekcie trudno dziwić się, że przy konstruowaniu zasad wsparcia w większym stopniu skupiono się na losie przedsiębiorców niż pracowników.

A czy w kontekście tego wszystkiego państwo polskie mogłoby jeszcze – gdyby wykazało taką wolę – zadziałać, by jednak normy powszechne były respektowane? Gdyby np. chodziło o wymuszenie szczepień, by zapobiec czwartej fali zachorowań?

Przyłożyć ciężką rękę państwo może zawsze, może wysłać policję na ulice i sypać mandatami np. za brak maseczek czy właśnie prowadzenie knajp. I doraźnie to nawet może przynieść efekt, ale mam wrażenie, że gdy poczucie niesprawiedliwości reguł jest powszechne i do tego wzmacniane przez namacalne interesy wpływowych grup społecznych, to taka próba wymuszenia przestrzegania norm powoduje tylko erozję autorytetu państwa.

I bunt?

Ale niekoniecznie spektakularny. Cały sprzeciw może dalej rozgrywać się podskórnie, bez ostentacji, tym bardziej że sprzyja mu realna słabość służb państwa. Sanepid ma katastrofalne braki kadrowe, co w czasie pandemii było odczuwalne dla każdego, kto miał do czynienia z problemem kwarantanny. Od lat z kolei obserwujemy łamanie praw pracowniczych na wielką skalę, a PIP jest chronicznie niedofinansowana, zresztą na 2021 rok ograniczono jej zaplanowaną liczbę kontroli o 20 tysięcy.

Jest takie prawo, które można łamać niemal bezkarnie: prawo pracy

Był jakiś dobry powód?

Uzasadniano to utrudnieniami, które sytuacja pandemiczna spowodowała w prowadzeniu kontroli w firmach. Ja niestety czytam to inaczej, jako wyraz oportunizmu organów kontroli wobec przykładów łamania praw pracowniczych. Czyli żeby przedsiębiorcom „nie robić problemów w tym trudnym czasie”.

To sugeruje przyzwolenie na te wszystkie praktyki? Na przykład wyzysk pracujących?

Jeśli większość społeczeństwa myśli kategoriami interesu przedsiębiorców, to sami rządzący chyba też? Nieegzekwowanie obowiązujących reguł może być skutkiem realnej niewydolności, może wynikać z przymykania na coś oczu z powodów politycznych, często się to przenika. Ale niezależenie od przyczyny, jeśli widzimy, że państwo daje nam wolną rękę, że z jednej strony narzuca ograniczenia, z drugiej strony zaś ich nie egzekwuje, a czasem to już samo nie wie, co wprowadziło – siłą rzeczy, zaczynamy reguły oficjalne ignorować.

W swoim raporcie podkreślacie jednak, że równie ważne jak te poparte sankcjami są normy „miękkie”, których się przestrzega z innych powodów niż strach przed karą.

Tylko takie skuteczne normy buduje się trudno i długo: społeczeństwa, które zbudowały solidarne i inkluzywne reguły zachowań na poziomie ogólnospołecznym, robiły to przez dziesięciolecia, a myśmy dopiero zaczęli je wykształcać i cała ta praca może pójść wniwecz. Normy zakładające, że solidarność należy się wszystkim członkom społeczności, a nie tylko ludziom najbardziej do nas podobnym, jak uczą socjobiolodzy; że solidarność wykracza poza zwykłe więzy krwi i szerzej odwzajemniony altruizm, tzn. że pomagamy tylko tym, którzy potencjalnie mogą pomóc nam – to jest bardzo cienka powłoka.

I ta uogólniona solidarność się rozpada przez to, że ktoś ma lepszy dostęp do szczepionki, bo zna odpowiedniego profesora, albo że ktoś może prowadzić knajpę po kryjomu, przy okazji roznosząc wirusa, bo ma kolegów w urzędzie miasta czy w policji?

Nie tylko z tego powodu. Także dlatego, że przestajemy traktować normy w ogóle i zdolność ich przestrzegania jako dobro publiczne. Przestajemy uznawać, że skoro wszyscy czerpiemy z nich korzyści, to wszyscy powinniśmy się do nich dokładać.

Ale czy naprawdę da się wskazać okres, kiedy tak uznawaliśmy? Że warto tych norm przestrzegać w imię jakiegoś wyższego, wspólnego dobra?

Na pewno one wymagają uznania, że skoro wszyscy czerpiemy z nich korzyści, to wszyscy powinniśmy się do nich dokładać. I to prawda, że w Polsce zawsze było z tym różnie, ale ogólnie nie najlepiej. Jednak jak wspominałem wcześniej, są pewne trendy w wyrażanych postawach Polaków, które dotąd wskazywały na wzmacnianie się odruchów prospołecznych. Obecnie wydaje się upowszechniać „efekt gapowicza”: po co wnosić wkład do jakiejś kosztownej normy ogólnej, jeśli nie widzimy bezpośredniej korzyści dla siebie. I oczywiście nie wiemy, w jakim stopniu ujawniają się tutaj płytko ukryte rzeczywiste normy akceptowane przez Polaków, a w jakim wytwarzają się nowe. Natomiast ważne jest to, że samo ich ujawnienie może prowadzić do ich rozpowszechnienia.

Polityczny cynizm Polaków. Raport z badań socjologicznych

I wtedy już nie zadziała ani norma miękka, moralna, ani ta „twarda”, wymuszona przez państwo?

W czasie pandemii dostrzegliśmy już, że normy, które państwo na nas nakłada, tak naprawdę wiszą na włosku, czyli na naszej motywacji – to nasze zachowania decydują, czy one będą egzekwowane, czy nie. Kiedy przestajemy ich przestrzegać, to państwo jakby znika. A następny krok to jest coś, co zaobserwowałem, zajmując się kwestią służby cywilnej. Otóż jednym z argumentów za jej „reformą” w 2006 roku, kiedy tworzono państwowy zasób kadrowy, było to, że i tak tej apolityczności urzędników nikt nie przestrzega, więc może… dostosujmy prawo do rzeczywistości. Oczywiście, był też konkretny i nigdy nieukrywany zamysł Kaczyńskiego, by urzędnicy byli sterowni, ale argument z podążania państwa za rzeczywistością społeczną był tu również nośny.

Ale to na pewno źle? Że państwo dostosowuje prawo do tego, jak ludzie realnie postępują?

W tym wypadku to by znaczyło, że w pełni otwieramy gospodarkę mimo pandemii i że godzimy się z konsekwencjami w postaci jeszcze większej liczby zgonów, a na rynku pracy niech znów zapanuje radosna wolność zawierania umów między pracodawcą i pracownikiem. Bo to sugerowałaby praktyka społeczna i mocno uwewnętrznione wartości Polek i Polaków. Nie wspominając już o tej nieszczęsnej biologii ewolucyjnej, która premiuje więzi między sobie podobnymi.

Pandemia już się chyba kończy…

Tyle że relatywizacja norm, do której działania państwa i reakcja społeczna na nie doprowadziły, może pandemię przetrwać, zostać jej trwalszym dziedzictwem. Instytucje publiczne, które w pocie czoła budowaliśmy przez lata, w społeczeństwie, które tak silnie legitymizuje relacje władzy ekonomicznej, mogłyby nas od tych brutalnych relacji wyzwolić; mogłyby pokazywać, że jest inna droga niż tylko dbanie o własny portfel, czubek własnego nosa, ewentualnie rodzinę. Jeśli ich autorytet się rozpadnie zupełnie – wrócimy społecznie do lat 90. I to pomimo że państwo ma w tej chwili zasoby, by cywilizować relacje społeczne.

A czy upadek autorytetu państwa to nie jest głębszy proces?

Na świecie jest. Rozkład przekonania, że solidarnościowe normy ogólnospołeczne są pożyteczne, ma charakter globalny i wynika najbardziej chyba z kryzysu 2008 roku – wówczas okazało się, że najmniej winni ponoszą gigantyczne koszty, a sprawcy całego zamieszania uchodzą z niego cało i jeszcze do tego za pieniądze podatników.

I jeden taki wstrząs wystarczył? Zresztą w Polsce on nie był aż tak silny…

Ale nakłada się na to jeszcze inny proces, dużo głębszy. Chodzi o nowe rozumienie demokracji opartej na autorytecie oddolnym, poczuciu autentyczności naszych własnych wrażeń i przekonań, a nie autorytecie jakichś abstrakcyjnych ideałów czy hierarchicznych instytucji. Ale to, co się dzieje w czasie pandemii, sprawia, że alternatywne normy – tworzone oddolnie, spontanicznie – albo mają charakter ściśle lokalny, albo sprowadzają nas do najmniejszego wspólnego mianownika, którym jest przetrwanie i osobista korzyść. Na takiej podstawie nigdy nie zbudujemy sensownego społeczeństwa.

Ale to się na pewno dzieje? W końcu to nie abstrakcyjne „państwo”, tylko konkretny rząd Mateusza Morawieckiego prowadził taką, a nie inną politykę zarządzania pandemią…

Tak, ale erozja autorytetu dotyczy państwa i jego instytucji, a nie poszczególnych postaci czy nawet opcji politycznych. Jeśli np. śledzenie kontaktów w ogóle w Polsce nie działa, bo sanepid wykrywa średnio… jeden kontakt na jednego wywiadowanego chorego, to znaczy, że mamy do czynienia z radykalnym kryzysem zaufania. Nie wierzymy, że instytucje państwa sensownie wykorzystają tę wiedzę, że pomożemy wspólnocie, raczej obawiamy się, że zaszkodzimy jakiejś bliskiej osobie, która pójdzie na kwarantannę i straci w najlepszym razie jedną piątą pensji. Takie postawy nie skończą się wraz z cyklem wyborczym.

**
dr Michał Możdżeń
– adiunkt w Katedrze Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, współautor raportu pt. Ludowe improwizacje. Jak pandemia zmienia normy społeczne opracowanego w ramach Centrum Polityk Publicznych UEK wspólnie z drem Bartłomiejem Bigą, drem Maciejem Frączkiem, drem Marcinem Kędzierskim oraz Markiem Oramusem.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij