Kraj

Żal mi przedsiębiorców

Przedsiębiorcy mówią „veto” i zapowiadają łamanie lockdownu. Kiedy zapytają ich dzieci: „tato, mamo, co robiliście w pandemii?”, odpowiedzą „otwieraliśmy knajpę na krzywy ryj”. Ale to nie ich wina, że w obliczu wydarzenia, które zapisze się w historii obok wielkich wojen, oni muszą martwić się o to, czy będą mogli sprzedawać turystom oscypki.

Radykalnemu lewicowcowi trudno empatyzować z przedsiębiorcami. Przeszkadzają w tym nie tylko półki uginające się pod opasłymi tomami Marksa i Engelsa, głowa ciężka od antykapitalistycznych idei, ale nade wszystko zwykłe doświadczenie polskiego „biedaprzedsiębiorczyzmu” od strony pracowniczej. Właściciele zamkniętych przez obostrzenia biznesów na własnej skórze doświadczają teraz tego, co w czasach wysokiego bezrobocia przeżywali zdesperowani pracownicy: niemożności zarobkowania, rosnących długów, zaciskania pasa, dorabiania na boku i poczucia, że są bezradni i właściwie zbędni, a systemu ich los nie obchodzi.

Ktoś złośliwy mógłby im odpowiedzieć, że będziemy z przedsiębiorcami solidarni tak, jak oni byli z nami przed pandemią – że to nie czas na obcinanie tej rozdętej siatki socjalnej, którą udało nam się przez ostatnich 30 lat zbudować. Może to faktycznie nie jest dobra pora na demontaż tego – jak go wielokrotnie nazywali nasi przedsiębiorcy – „systemu rozdawnictwa”, „socjalnego eldorado”, gdzie „leserzy i nieudacznicy” dostają „rybę zamiast wędki” i żyją sobie wygodnie z „haraczu od ludzi przedsiębiorczych”, bo w tym systemie, jak powszechnie wiadomo, „czy się stoi, czy się leży, pięćset złotych się należy”.

Lenie, wichrzyciele, roszczeniowi awanturnicy – związkowcy

Korzystajcie więc, nieszczęśnicy, z dobrodziejstw powiatowych urzędów pracy, z zasiłków dla bezrobotnych, ze świadczeń Gminnych Ośrodków Pomocy Społecznej, wsparcia Caritasu i Szlachetnych Paczek. Podobno na zasiłkach żyje się jak u mamy? To spróbujcie. Pamiętajcie też, że można zawsze zmienić pracę, wziąć kredyt, dostać dopłaty na przekwalifikowanie się, aplikować o środki unijne. Otworem stoi także Europa – warto uczyć się języków i ruszyć w świat tam, gdzie ceni się pracowitość, a nie polskie narzekanie. Dlaczego nie umiecie mądrze skorzystać z własnych rad, którymi nas przez lata uszczęśliwialiście?

Ale złośliwości na bok. Sytuacja wielu przedsiębiorców poszkodowanych przez lockdown jest prawdziwie tragiczna. Nie tylko w takim prozaicznym sensie, że część z nich faktycznie nie ma za co żyć i można im po ludzku współczuć niezależnie od wyznawanych poglądów na gospodarkę. Jest także tragiczna w znaczeniu nierozwiązywalnego konfliktu, do którego musi dojść w kapitalizmie, i modelu prywatnej przedsiębiorczości: między dobrem publicznym a prywatnym, między globalną pandemią – wydarzeniem, które zapisze się w historii świata obok wielkich wojen – a koniecznością sprzedawania burgerów, otwarcia stoków narciarskich czy siłowni. To prawdziwie absurdalne, że w obliczu 60 tysięcy nadwyżkowych zgonów w Polsce od początku epidemii część ludzi musi martwić się o to, czy będzie mogła sprzedawać turystom oscypki albo wpuścić klientów do dyskoteki. Tak samo jak w żywocie pracowniczki – przed pandemią, w jej trakcie i po niej – absurdalne jest to, że gdy umiera jej matka, ona musi iść sprzedawać kosmetyki, a gdy kręgosłup odmawia posłuszeństwa – spędzać osiem godzin dziennie przy biurku. Przedsiębiorcy poznają teraz smak kapitalizmu od drugiej strony.

Tragedia przedsiębiorcy liczącego straty w lockdownie i pracownika u niego zatrudnionego polega po prostu na tym, że nie mogą uczestniczyć w ogólnoludzkim wydarzeniu i przyczyniać się do społecznego dobrostanu, a zamiast tego zostają zepchnięci do roli egoistów walczących o przetrwanie. Żyją, czy tego chcą, czy nie, w myśl słów piosenki „teraz jest wojna, kto handluje, ten żyje”. Kiedy zostaną zapytani przez dzieci i wnuki: „tato, mamo, a co robiliście podczas pandemii?”, odpowiedzą „otwieraliśmy knajpę na krzywy ryj” albo „domagaliśmy się zniesienia obostrzeń, żeby szpitale zapchały się chorymi, a ludzie umierali w kolejce do respiratora, bo musieliśmy otworzyć nasz sklepik z herbatą w galerii”. I wtedy, być może, z perspektywy czasu dostrzegą absurd tego położenia. Chociaż to nie ich wina, że się w nim znaleźli.

Koronawirus obala mity indywidualizmu

Rozum przedsiębiorcy popada teraz w nierozwiązywalne antynomie. W kryzysie żąda w zasadzie socjalizmu dla bogatych – uspołecznienia swoich strat, bo rozumie, że jego urobek zależy od społeczeństwa, i pomstuje przeciwko „wyzyskiwaczom”: budżetówce, urzędnikom, nauczycielom. Ale gdy przyjdzie prosperity, ten sam przedsiębiorca stanie się zagorzałym kapitalistą i będzie wołał, że do wszystkiego doszedł sam, że podatki to kradzież, a wszyscy wokół żyją na jego koszt i cały zysk tylko jemu się należy. „To moje! To moje! To moje!” – będzie krzyczał jak przedszkolak, który nie chce oddać zabawki. Dzisiaj wypomina tym, którzy na pandemii nie tracą: „Pokażcie, ile zarabiacie, niech wam zabiorą i dadzą mnie!”. A kiedy pandemia minie, najgłośniej będzie krzyczał: „Nic nikomu nie jestem winien, nic ci do tego, ile mam!”. W kierunku zapieprzających za płacę minimalną pracowników rzuci: „Trzeba było wcześniej wstawać, ciężej pracować, później kłaść się spać!”. Oczywiście, w perspektywie trzech czy pięciu lat, gdyby wyłożyć PIT-y na stół, znajdzie się po stronie beneficjentów systemu, tego jednak nigdy nie przyzna.

Dlatego żal mi przedsiębiorców, bo nikt nie zasługuje na takie systemowe upodlenie – na to, żeby instynkt samozachowawczy, długi i ZUS wyzwalały w nas postawy niemoralne. Żal mi zwłaszcza tych, którzy na co dzień wierzą w jakieś głębsze wartości niż prostacka pogoń za pieniądzem, ale dzisiaj najlepszym wyrazicielem ich bieżącego interesu, jest lider „góralskiego veta”, który neguje pandemię, albo poseł korwinista, który mówi ich nieludzkim głosem. Żal mi ich, nawet jeśli nie wszyscy czują się upodleni, bo są tam również tacy, którzy życie i zdrowie bliźniego mają gdzieś i wcale się z tym nie kryją. Żal mi także tych, którym przed pandemią i po niej nie żal swoich pracowników, którzy wypłacą im głodowe pensje i rzucą „mam dziesięciu na twoje miejsce”. Żal mi teraz przedsiębiorców, bo żal mi pracowników – egzystencja ograniczona do pracy, której trzeba podporządkować inne wartości, wystawia nasze człowieczeństwo na szwank.

Rozwadowska: Po pandemii będziemy pracować jeszcze bardziej śmieciowo, na własnym sprzęcie. I mało kogo to obejdzie

Nie tylko żal mi przedsiębiorców, ale odczuwam dodatkowo pewien dyskomfort. Przede wszystkim czuję się uprzywilejowany w tym, że od początku pandemii mogę wykonywać swoją pracę zdalnie. Chociaż nie mnie oceniać, czy przyczyniam się do społecznego dobrostanu, to przynajmniej wiem, że aktywnie nie szkodzę innym. Ale czy to moja zasługa? Czy mam prawo zajmować pozycję moralnej wyższości? Nie. Tak jak przedsiębiorcy robię to, czego wymaga ode mnie system: realizuję sylabus z zajęciami, uczę studentów, poprawiam prace, czytam książki, piszę artykuły. Zresztą kiedy zaczęło się nauczanie zdalne i uniwersytety ogłosiły sukces, bo tak szybko i sprawnie odnalazły się w cyfrowej rzeczywistości, czułem, że to jakieś szaleństwo – że zamiast zatrzymać się na chwilę i zadać sobie pytanie „jaka jest teraz nasza rola?”, trzeba było udawać, że nic się wielkiego nie stało, i robić swoje. Mieliśmy szczęście, że w naszym przypadku „robić swoje” nie znaczyło działać wbrew zdrowiu publicznemu.

Czy mam jakiś morał? Jakieś wyjście z tej sytuacji poza tym, że trzeba gasić pożary na bieżąco i dorzucać publiczne pieniądze pokrzywdzonym biznesom? Chyba jedyny morał, jaki mam do przekazania, to ten, który sprzedał mi mój azjatycki student – pochodzący z jednego z tych krajów, które chwali się za to, jak poradziły sobie z pandemią. Powiedział mi z grubsza coś takiego: „Wasza zachodnia, liberalna mentalność jest zupełnie nieprzygotowana na takie kryzysy. Nie umiecie się poświęcać dla zbiorowości. W naszych rozwiązaniach widzicie jedynie autorytaryzm i przymus. Tymczasem ja i moi koledzy byliśmy dumni i szczęśliwi, gdy wysłano nas na wieś do walki z pandemią. Nikt nie myślał o studiach, biznesie, prywatnych planach. Wszystko musiało odejść na bok, bo mieliśmy zbiorowe zadanie do wykonania”.

7 zjawisk społecznych, przez które świat w 2020 roku stał się gorszy

No więc żal mi przedsiębiorców, a w zasadzie żal mi nas wszystkich, że nie potrafimy przed sobą nawet takiego zadania postawić, a co dopiero je rozwiązać. Że powiedzenie sobie – to nie jest czas na burgerownie, stoki narciarskie, siłownie i solaria – uchodzi u nas za coś niewyobrażalnego, bo nie mamy nic w zamian, nie potrafimy żyć inaczej. Truizmem stało się już twierdzenie, że łatwiej wyobrazić nam sobie koniec świata niż koniec kapitalizmu, ale jest nawet gorzej. Pandemia pokazała, że łatwiej nam wyobrazić sobie ludzi umierających w kolejce do respiratora niż choćby kilka miesięcy ferii od kapitalizmu. Czy nas to czegoś nauczy? Wątpię. Nie mamy czasu na pobieranie lekcji od rzeczywistości, musimy zarabiać.

**
Łukasz Moll – socjolog, filozof, publicysta.

 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij