Kraj

Jędrysik: Wygląda na to, że postanowiliśmy wprowadzić u siebie biedamodel szwedzki

Wszystko wygląda tak, jakbyśmy postanowili – mimo ostrzeżeń, że to nie działa, że źle się skończy, uzyskać „naturalną odporność zbiorową”. Że postanowiliśmy wprowadzić u siebie biedamodel szwedzki. Mamy przecież te 6 tysięcy łóżek i respiratory... Michał Sutowski rozmawia z Miładą Jędrysik.

Michał Sutowski: W marcu 2020 roku, na samym początku pandemii okazaliśmy się jednym z najbardziej zdyscyplinowanych społeczeństw w Europie, przestrzegając twardego lockdownu. A w grudniu, zaledwie dziewięć miesięcy później, Polacy należą już do narodów najmniej chętnych do zaszczepienia. Skąd taka zmiana?

Miłada Jędrysik: Wobec restrykcji rzeczywiście byliśmy dosyć zdyscyplinowani, co zresztą przyniosło rezultaty, bo pierwsza fala pandemii prawie nas ominęła. Podobnie jak Słowację, Czechy, Łotwę, Litwę i Estonię, które w obliczu nadchodzącego tsunami wcześnie wprowadziły lockdown. Minął jednak blisko rok ograniczeń pandemicznych i rozprężenie widać w całej Europie i nie tylko.

Czym to się objawia?

Ludzie wszędzie już mają dość, niezależnie od uwarunkowań kulturowych. Nawet w Korei Południowej, którą wszyscy podziwialiśmy za skuteczną walkę z pandemią, ludzie coraz mniej przestrzegają obostrzeń, są mniej uważni. Imprezy rave w Wuhanie liczą po kilkadziesiąt tysięcy uczestników. Bunty restauratorów otwierających knajpy mimo restrykcji zdarzyły się już we Włoszech.

Czyli to nie tylko nasza specjalność…

Choć u nas akurat ta branża została wyjątkowo mocno dotknięta, za sprawą ułomnych regulacji i niedostatecznej pomocy. A druga sprawa to że rządzący latem wypuszczali mieszane sygnały. Kiedy zbliżały się wybory, władza głosiła, że nie ma się czego bać.

„Ten wirus jest w odwrocie”?

Tak, seniorzy do urn! Komunikowanie publiczne w czasie pandemii jest i tak bardzo trudne, bo skoro to nowy wirus, to co miesiąc zmieniają się ustalenia naukowe na jego temat. Słyszymy nowe tezy, nieraz sprzeczne z wcześniejszymi, pojawiają się nowe fakty. Już choćby z tego powodu bardzo dużo ludzi uważa, że jest bałagan i że wszyscy kłamią. A do tego jeszcze dołożył się nasz rząd ze swą chwiejnością i niezdecydowaniem, z łagodzeniem i zaostrzaniem restrykcji bez wyraźnej logiki. Nic dziwnego, że mamy tak niskie zaufanie do kolejnych zarządzeń i obostrzeń.

Lokalne batalie z globalnym wirusem. Jak samorządy radzą sobie z pandemią?

Czy my dzisiaj już wiemy na pewno, że to właśnie twardy lockdown zadecydował o sukcesie na wiosnę? Czy jakieś czynniki „obiektywne”, historyczne?

Tak, wszystko na to wskazuje – według najbardziej wiarygodnych modeli matematycznych to właśnie ograniczenie działalności gospodarczej i komunikacji, a także placówek szkolnych i wychowawczych najlepiej powstrzymuje transmisję wirusa, oczywiście nie licząc masowych szczepień. A patrząc empirycznie, to mapa krajów z niewielką liczbą zachorowań wiosennych pokrywa się z mapą tych, które wprowadziły bardzo wczesny lockdown.

A co z teorią o szczepionce na gruźlicę? Na wiosnę kombinowaliśmy, że może mniej chorują społeczeństwa zaszczepione powszechnie przed 1989 rokiem, czyli właśnie te postsocjalistyczne?

Teoria wpływu szczepionki BCG na odporność wydawała się sprawdzać w pierwszej fali, bo rzeczywiście kraje dawnego bloku wschodniego – w tym landy byłej NRD – radziły sobie nieźle.

A teraz?

Teraz jednak oberwały strasznie, włącznie z tą byłą NRD. Hipoteza, że szczepienia przeciwgruźlicze mogą wzmacniać ogólną odporność, a więc łagodzić przebieg choroby, chyba właśnie upadła – tak wynika z opublikowanych ostatnio wyników badań klinicznych. To jest zresztą charakterystyczne dla czasu pandemii – hipotezy pojawiają się i szybko upadają. Mamy niesamowite postępy nauki, ale one wymagają czasu.

Czyli zaczęliśmy bardzo przyzwoicie, a skończyło się jak zwykle?

Udana wiosna, absurdalne lato – składające się głównie z zaniechań i wypierania problemu – potem straszliwa jesień z dziesiątkami tysięcy zgonów, a teraz względne „uspokojenie” trendu zachorowań, tzn. ich liczba nie rośnie, ale pozostaje na stale wysokim poziomie.

Czyli?

Na 24 stycznia mamy około 14300 hospitalizacji, a więc tyle jest osób z ciężkim covidem, z czego ponad 1400 pod respiratorami. Już się do tego przyzwyczailiśmy. Panikowaliśmy przy 300 zachorowaniach dziennie, we wrześniu 1000 miało być „absolutnie górną granicą”, a dzisiaj 10 tysięcy nie robi na nas wrażenia. Zresztą nawet we Włoszech jesienią było więcej zgonów niż na wiosnę, a nikt się tym już nie przejmuje.

A czy w reakcji na tę drugą falę rząd miał jakiś plan? Choćby i spóźniony, skoro mówisz o zaniechaniach latem?

W reakcji na drugą falę nie było innego wyjścia jak zamykać szkoły i sklepy, w pośpiechu powiększyć liczbę łóżek covidowych i zbudować szpitale tymczasowe. Ale w tym trudnym momencie rząd chciał wyjść do opinii publicznej z jasną komunikacją, jeśli chodzi o konieczne obostrzenia. I pojawiła się „narodowa kwarantanna”, premier pokazał wykres z różnymi „progami bezpieczeństwa”. Kiedy jest tyle a tyle zachorowań w tygodniu, to schodzimy z tej narodowej kwarantanny do etapu czerwonego i żółtego…

To chyba dobrze: zapowiedziano scenariusze postępowania w zależności od rozwoju sytuacji, zamiast obstawiać w ciemno, ile będzie chorych za miesiąc.

Faktycznie, na początku słychać było sporo pochwał ekspertów od komunikacji za to nowe podejście. Okazało się jednak, że to nie działa tak, jak powinno, bo wprawdzie liczba zachorowań się wypłaszcza, ale na wyższym poziomie, niż zakładano. A do tego dochodzą mutacje wirusa, jak ta pochodząca z Wielkiej Brytanii, która może być nawet dwa razy bardziej zaraźliwa. W tej sytuacji nie dziwię się, że rząd nie chce luzować obostrzeń, mimo że liczba nowych zachorowań jest relatywnie niska.

Ale społeczeństwo się tego domaga.

To trochę jak w bajce o pastuszku, co dla żartu wolał „wilki, wilki!”, choć nic złego się nie działo, więc kiedy naprawdę pojawiły się te wilki, to pasterze nie przyszli mu z pomocą i całe stado zostało zjedzone. Oczywiście, rząd latem nie straszył ludzi na wyrost, tylko raczej bagatelizował zagrożenie, ale efekt jest podobny: po miesiącach niepewnych, sprzecznych wzajemnie, źle komunikowanych czy wprost motywowanych politycznie przekazów poziom zaufania zmniejszył się drastycznie.

No dobrze, to jak się stało, że rząd w marcu potrafił zachować się w zasadzie optymalnie, a potem… już nie potrafił?

To jest wielka zagadka.

Koronawirus atakuje również mózg

czytaj także

Bo wcześniej jeszcze minister Szumowski szydził w programie radiowym Roberta Mazurka z noszenia maseczek, że to taka „azjatycka specyfika kulturowa”, sinolog się znalazł… Ale potem przestał.

Tutaj akurat muszę stanąć w jego obronie, bo wczesną wiosną było jeszcze mało badań na temat wpływu noszenia maseczek przez szeroką populację. Co prawda, chińscy epidemiolodzy się od początku upierali, że one działają, na podstawie obserwacji z ulic i zakładów pracy. Jeden z najważniejszych chińskich epidemiologów, George Gao mówił w marcu na łamach „Science, że nienoszenie maseczek w USA i w Europie to duży błąd.

No właśnie. A wirus chyba nie patrzy na kolor skóry, kształt oczu czy dominujący typ włosów.

Trochę patrzy. Na razie wnioski medyczne nie są zupełnie jednoznaczne, bo cała pandemia trwa zaledwie rok, ale wiemy, że np. w Wielkiej Brytanii o wiele łatwiej zarażają się ludzie pochodzący z Afryki i z Azji, a w USA również Meksykanie.

Ale to geny czy warunki życia? Struktura wieku?

Akurat mniejszości imigranckie w Europie są raczej młodsze niż przeciętnie, bo i przeciętnie mamy dość stare społeczeństwa. I na pewno te różnice w zaraźliwości częściowo wynikają z niższego statusu społecznego, gorszego dostępu do ochrony zdrowia czy wykonywania prac, których nie można prowadzić zdalnie i nie da się unikać kontaktów z dużą liczbą ludzi. W Szwecji np. Somalijczycy chorowali dużo częściej niż reszta, bo mieszkają często w małych pomieszczeniach i utrzymują ścisłe związki rodzinne, tak jak Włosi – sąsiedzkie. W USA z kolei najbardziej cierpią pielęgniarki pochodzenia filipińskiego – w gorszym stanie zdrowia, bardziej narażone na duże skupiska wirusa np. w domach opieki.

No właśnie. To są wszystko czynniki społeczne.

Ale hipoteza, że osoby niektórych ras i etnosów są biologicznie bardziej podatne na zakażenie, wciąż jest prawdopodobna. Istnieją badania wskazujące, że Azjaci są tu w gorszej sytuacji niż Europejczycy czy mieszkańcy Afryki.

Niemniej maseczki pomagają wszystkim podobnie.

Z czasem zbadano coraz większe grupy populacji i faktycznie okazało się, że korelacja jest pozytywna – im więcej ludzi maski nosi, tym szybciej spada tempo zakażeń. Niemniej udzielając wywiadu w końcu lutego 2020, Szumowski trzymał się po prostu zaleceń WHO, które było bardzo ostrożne w tej sprawie. Inna rzecz, że liczni naukowcy utyskiwali na tę organizację, że się spóźnia z rewizją rekomendacji.

Szumowski – częściej polityk i biznesmen niż lekarz i minister zdrowia

OK, w tej sprawie Szumowski jest jakoś usprawiedliwiony, choć według mnie szydzić z maseczek nie musiał, wystarczyło powiedzieć, że nie ma dowodów na to, że pomagają. Trudniej było potem przekonywać ludzi, żeby jednak zaczęli je nosić. Tak czy inaczej, w marcu rząd zadziałał szybko i prawidłowo. To raczej anomalia na tle reszty roku, możemy jakoś wyjaśnić tę zagadkę?

Jak mówiłam, to samo zrobiły sąsiednie kraje, Czechy i Słowacja były pierwsze z wprowadzeniem ostrego lockdownu, a my poszliśmy tą samą drogą. A kiedy wprowadzasz takie rygory po raz pierwszy, w atmosferze strachu przed jakąś niewidzialną Bestią z Zachodu, to może zadziałać.

Strach okazał się dobrym doradcą?

Do pewnego stopnia, bo też pod wieloma względami przesadzaliśmy. Pomijając gromadzenie zapasów papieru toaletowego, myliśmy ręce co chwila, a niektórzy wręcz wybielinką dezynfekowali zakupy po przyniesieniu ze sklepu. Teraz już wiemy, że akurat z powierzchni wirus dość słabo się przenosi, dużo bardziej przez kontakt bezpośredni, przebywanie w jednym słabo wentylowanym pomieszczeniu, kichanie czy rozmowę twarzą w twarz. Niemniej, może z faktu, że tak obsesyjnie myliśmy ręce, wyniknie tyle dobrego, że mniej będzie „chorób brudnych rąk”, jak żółtaczka typu A.

Czyli co, rząd się przestraszył tak samo jako społeczeństwo, więc społeczeństwo słuchało się rządu – i tą metodą uniknęliśmy na wiosnę losu Lombardii?

Na pewno obrazy stamtąd były potężnym ostrzeżeniem, te wszystkie ciężarówki ze zwłokami, krematoria nienadążające za paleniem zwłok czy informacje o tym, że lekarze muszą decydować, kogo z umierających podłączyć do respiratora, a komu pozwolić umrzeć od razu. To działało na opinię publiczną w Polsce, ale też na rząd, który wiedział, że północ Włoch ma jednak lepszą ochronę zdrowia od naszej, a nie daje rady.

Lepiej przestrzelić niż potem liczyć trupy w tysiącach?

Chciałabym wiedzieć, jaki dokładnie mechanizm decyzyjny wtedy zadziałał, ale dopóki jakiś sygnalista nam o tym nie opowie, możemy tylko spekulować. Tak czy inaczej, mimo oskarżeń wobec rządu, że reaguje nadmiernie, uniknęliśmy wiosną wielu zgonów i kompletnego rozkładu ochrony zdrowia.

A potem nadeszło lato…

I wówczas wszystkie kraje zastosowały pewne rozluźnienie, choćby z powodów psychologicznych, bo człowiek jest stadnym zwierzęciem i źle znosi zamknięcie. Ale równocześnie doszły wspomniane błędy typu: nie bójcie się, seniorzy…

Koronawirus: epidemia paniki vs. epidemia ignorancji

No dobrze, ale to jest jakoś zrozumiałe, nawet jeśli krótkowzroczne. Rząd bardzo chciał wygrać wybory prezydenckie, do tego potrzebował dużo głosów osób starszych, które trzeba było jakoś zmobilizować. Dlatego bagatelizowano zagrożenie. Ale wybory skończyły się w lipcu, więc do jesiennej fali było jeszcze trochę czasu. I dalej nic?

Bardzo chciałabym się dowiedzieć, co im przyszło do głowy, żeby tak zignorować nadejście jesiennej fali. Skoro wiemy od ekspertów, że koronawirusy są sezonowe, i skoro wiadomo, że wiosną to lockdown nas uratował, w tym zamknięcie szkół…

Wielu rodziców chciało ich otwarcia.

Oczywiście, decyzja o posłaniu dzieci do szkół miała jakieś przesłanki, bo dzieciaki trudno znoszą naukę zdalną. Ale to ich pójście do szkół było zupełnie nieprzygotowane, bez wyobraźni. Minister Piontkowski mówił, że mury szkolne nie zarażają, a minister Szumowski tak się zmęczył walką z epidemią i handlem respiratorami, że odszedł ze stanowiska, zostawiając następcy sześć tysięcy miejsc covidowych w szpitalach.

Za mało?

Biorąc pod uwagę rozmiar fali jesiennej, zdecydowanie za mało. Całkowicie zrezygnowano też ze śledzenia kontaktów, czyli wywiadu epidemiologicznego. Mechanizm, w którym ktoś, kto się źle czuje lub kontaktował się z chorym, zgłasza się do sanepidu, a potem jego kontakty trafiają na kwarantannę – mógłby mocno ograniczyć rozwój ognisk epidemii. Przecina się w ten sposób transmisję wirusa.

Skoro to skuteczne, to czemu tego nie robimy?

Praktyczna odpowiedź chyba jest taka, że nie było komu. Ten mechanizm przy dużej fali zachorowań padał nawet w bardzo dobrze zorganizowanych państwach, jak Niemcy, a co dopiero u nas, kiedy do sanepidu nie można się często dodzwonić. To zawsze była bardzo niedofinansowana agenda rządowa, ze śmiesznie niskimi płacami; nie dodano nowych etatów, nie przeprowadzono szkoleń personelu.

A co w zamian?

Wprowadziliśmy zasadę, że jak ktoś się źle czuje, to zgłasza się do lekarza pierwszego kontaktu, a ten dopiero może mu wystawić skierowanie na test PCR. Zamiast więc śledzić jak najwięcej kontaktów zakażonego, de facto ograniczyliśmy testowanie do osób z poważnymi objawami.

Stłukliśmy termometr, choć mamy gorączkę? I oficjalne dane o zachorowaniach się w ten sposób zmniejszyły?

Tak i nie, bo ważniejsze od liczby zachorowań są hospitalizacje i odsetek pacjentów pod respiratorem. Wiemy zatem, ile ludzi jest w szpitalu, a ile umiera, natomiast ile choruje, to wiemy nie wprost. Wiele z nas przechodzi chorobę bezobjawowo, objawy zazwyczaj pojawiają się nie od razu, tylko kilka dni po zakażeniu.

Cała Polska w strefie żółtej albo czerwonej. Oprócz szkół

To jak tę niewiedzę skorygować?

Obok współczynnika R, który mówi, ile jedna osoba zaraża kolejnych – teraz on oscyluje wokół 1, czyli stałej liczby zachorowań dziennych – jest potrzebny jeszcze inny, który powie nam, ile na każde wykryte zakażenie przypada tych niewykrytych.

I jak to teraz wygląda?

Kiedy ruszyła wielka jesienna fala zachorowań, wrocławscy naukowcy z grupy MOCOS szacowali go na 9–10. A zatem jeśli największa liczba wykrytych zachorowań dziennych wyniosła 29 tysięcy, to mieliśmy ich w rzeczywistości dziennie prawie 300 tysięcy. Zależnie od tego, czy fala rośnie, czy maleje, odpowiednio rośnie lub maleje sam wskaźnik, niemniej analitycy twierdzą, że COVID-19 mogło już u nas przejść około 7 mln ludzi.

Rozumiem, że za mało testowaliśmy, że szpitale nie były przygotowane na falę zachorowań w październiku i listopadzie, no i że „koronawirusy” są sezonowe. Ale co konkretnie spowodowało, że zachorowania wystrzeliły tak bardzo akurat wtedy?

Ta fala ruszyła w całej Europie, więc pewnie i u nas nie dałoby się jej uniknąć. Ale głównym czynnikiem mogło być to, że otwarto szkoły bez zapewnienia warunków do nauczania w czasie pandemii. W Niemczech i w krajach skandynawskich dzieci też chodziły do szkoły, ale te z jednej grupy nie spotykały się z innymi grupami. Gwoli anegdoty, w Danii pewna klasa miała lekcję matematyki na cmentarzu, byle tylko zminimalizować ryzyko przebywania w jednej przestrzeni. Część zajęć prowadzono w muzeach czy innych instytucjach publicznych. Ograniczono też liczbę nauczycieli, z którymi dana grupa się kontaktuje – co w młodszych klasach da się zrobić dość prosto.

U nas się nie dało?

U nas są większe szkoły, nieraz po kilka tysięcy uczniów, więc nawet jakby dyrektorzy chcieli stosować „bańki szkolne”, to często nie mają możliwości. Tym bardziej bez jasnych wytycznych ze strony państwa, jak to organizować. A zatem hipoteza ma solidne podstawy: powrót do szkół bardzo pomógł kolejnej fali. Kilka milionów dzieciaków przez wrzesień i większą część października miała idealne warunki do zarażenia się: widywali się codziennie w grupach po dwadzieścia kilka osób, a potem roznosili wirusa po rodzinach.

Mówisz „hipoteza”. A można tego dowieść?

Mamy modele matematyczne pokazujące, w jakich warunkach i jaką drogą rozchodzi się wirus. Najlepiej byłoby wykonać porządne badanie epidemiologiczne – uważnie obserwować całe wybrane klasy i rozchodzenie się zakażeń wokół nich, ale nasze państwo jest wyraźnie za słabe na takie przedsięwzięcia. Tak czy inaczej, wszystkie te zaniechania i błędy po kolei doprowadziły do takiej liczby zakażeń, że mamy w Polsce największą katastrofę od II wojny światowej. Powtórzę: nie rozumiem, jak można było do tego doprowadzić i zignorować dostępną wiedzę.

Czego nie mówią nam władze, kiedy znoszą lockdown

A może oni po prostu uznali, że skoro raz się lockdown udał i był bardzo skuteczny, to gdyby była konieczność, gdyby zrobiło się bardzo źle – to się go znowu wprowadzi, z takim samym efektem? A dopóki nie ma tragedii, to nie wykonujemy żadnych kontrowersyjnych, uciążliwych ruchów, za które ludzie nas znienawidzą.

Ale przecież już latem wiedzieliśmy, że skuteczny lockdown musi być wprowadzony zawczasu – Wielka Brytania z tym zwlekała, bo liczyła, że się sprawa rozejdzie po kościach, i zapłaciła za to ogromną cenę. Podobnie Szwecja.

Wiedzieliśmy? Szwecja była chyba cały czas dyskutowana jako model alternatywny.

Faktycznie, wielu z tych, którzy źle znoszą lockdown lub ucierpieli na nim ekonomicznie, mieli nadzieję, że szwedzki model to dobre rozwiązanie. Wszystko działa jak dotąd, myjemy ręce, uważamy na seniorów, młodzi przechorują i jakoś to przeżyjemy. Tylko nie brano pod uwagę tego, że Szwedzi mają dużo więcej przestrzeni do życia, bo jest ich cztery razy mniej na podobnym do Polski terytorium, że zwyczajowo są bardziej zdystansowani, no i że bardzo ściśle przestrzegają zaleceń nawet bez groźby sankcji…

Że ten model jest trudno u nas przyswajalny, to jasne, ale czy to w ogóle jest dobry model?

Pierwszą falę przeszli bardzo dotkliwie i mieli dużo większą śmiertelność niż kraje sąsiednie, a jesienią zmienili taktykę. Dziś robią praktycznie to samo co Norwegia, Finlandia i Dania, tzn. stosują kwarantanny, prowadzą wywiad epidemiologiczny, ostatnio zmienili prawo, by móc wprowadzać lockdowny. To wszystko wskazuje, że władze uznały tamtą drogę za błędną.

No dobrze, fantazjowaliśmy w Polsce o Szwecji, Szwecja zmieniła w końcu podejście. A my? Może w tych wszystkich zaniechaniach była jakaś logika?

Ja strasznie nie lubię teorii spiskowych. Moje racjonalne Ja się przed nimi broni, ale to mniej racjonalne już nie wytrzymuje kolejnych obserwacji. Bo to wszystko wygląda tak, jakbyśmy postanowili – mimo ostrzeżeń, że to nie działa, że źle się skończy i że na dodatek Polska nie ma pewnych atutów, które w Szwecji łagodziły problem…

Uzyskać „naturalną odporność populacyjną”?!

Tak że postanowiliśmy wprowadzić u siebie biedamodel szwedzki. Na zasadzie: niech ludzie pochorują, zwłaszcza dzieciaki, jesteśmy jakoś przygotowani, mamy te 6 tysięcy łóżek i respiratory… Jak słyszę profesora Horbana, czyli doradcę premiera ds. epidemii, to mam wrażenie, że tak właśnie latem i jesienią myślano. Bo to wtedy usłyszeliśmy od niego, że jakaś szczepionka się szykuje, że to świetnie, ale w sumie to my już zdążymy przechorować ten covid, bo do tego czasu będzie już 12 mln ozdrowieńców. I wtedy mi się zapaliły lampki ostrzegawcze.

Szwecja: Pandemia, prywatyzacja i personel na śmieciówkach

To jest najbardziej wiarygodne wyjaśnienie?

Jest jeszcze druga rzecz, bo kiedy nie wiadomo, o co chodzi, to zazwyczaj o pieniądze. Wiosenne tarcze należały do bardziej hojnych w Europie. Był wielki lockdown, wielu ludzi siedziało w domu, było mało zakażeń, wydaliśmy dużo pieniędzy. To zresztą bardzo dobrze, że nie bawimy się w austerity, bo byśmy tu wszyscy pomarli, ale rząd uznał widocznie, że nie możemy tych pieniędzy drukować bez końca.

I chciał zaoszczędzić? Ale na czym konkretnie?

Na przykład na testach PCR, które są dość drogie – kosztują kilkadziesiąt euro za sztukę. Podobnie widać to było w dyskusjach o szczepionkach i przy rezygnacji z kolejnej transzy od Moderny – wielokrotnie droższej od spodziewanej niedługo szczepionki AstraZeneca. O chęci oszczędzania świadczą też cięcia w administracji.

Powiedziałaś w pewnym momencie o „największej katastrofie od II wojny światowej”. Ale przecież w PRL przeżyliśmy epidemie, np. ospy prawdziwej we Wrocławiu czy grypy Hongkong pod koniec lat 60.

Na ospę w 1963 roku zachorowało wtedy poniżej stu osób, a zmarło siedem; na grypę Hongkong w 1971 roku – około 6 tysięcy. A my mamy już 33 tysiące zarejestrowanych zmarłych na COVID-19, przy czym w 2020 roku w Polsce zmarło w sumie 485 tysięcy osób, z czego około 76 tysięcy „nadmiarowo”.

Skąd wiemy, że nadmiarowo?

Na podstawie danych z rejestru stanu cywilnego w Ministerstwie Cyfryzacji i z Głównego Urzędu Statystycznego. Jeśli zrobić porównawczy wykres zgonów w poszczególnych miesiącach lat 2016–2019 na tle roku ubiegłego, to wynika z niego, że na wiosnę mieliśmy zgonów nawet trochę mniej niż normalnie, zapewne z powodu lockdownu i mniejszej liczby wypadków komunikacyjnych, potem ich liczba zaczęła rosnąć w sierpniu, a w drugiej połowie września wyskoczyła pod niebo.

76 tysięcy ofiar śmiertelnych to jest pół powstania warszawskiego albo cała kampania wrześniowa, ze sporym naddatkiem.

No właśnie. Serwis Biqdata „Gazety Wyborczej” porównał liczbę zgonów na liczbę mieszkańców w całej historii powojennej Polski – z danych bez grudnia wynika, że gorszy był tylko rok 1951, kiedy nie było żadnej wielkiej epidemii, ale trwały jeszcze przedłużone skutki wojny. Licząc z grudniem, zapewne wyjdzie najwięcej zmarłych od końca II wojny światowej. Z kolei analitycy z Klubu Jagiellońskiego porównali te nadmiarowe zgony z resztą Unii Europejskiej.

I co im wyszło?

Że wykres, według którego pod względem zgonów na COVID-19 w 2020 roku jesteśmy gdzieś w drugiej połówce krajów członkowskich, a który często prezentuje nasz rząd, nie pokazuje całej prawdy. Bo licząc całkowitą śmiertelność ponad zwyczajnym trendem demograficznym, wypadamy bardzo źle – do 50. tygodnia roku byliśmy na drugim miejscu przed Bułgarią, a niewykluczone, że po podsumowaniu całorocznych danych z Eurostatu będziemy na pierwszym miejscu.

Opieka to najlepsza (po)pandemiczna inwestycja

czytaj także

Nas wyjątkowo często zabija nie tylko covid, ale też np. smog.

Oczywiście, ale krzywa śmiertelności idzie mocno w górę w połowie września, a szczyt osiąga na przełomie października i listopada, więc to ewidentnie są zgony związane z epidemią COVID-19 – intensywny smog zaczyna się dopiero teraz. A nasza opinia publiczna właściwie w ogóle tego nie pojmuje, nie przyjmuje do wiadomości…

Rozumiem, że te nadmiarowe zgony to jest obiektywne wyliczenie – trudno zakwestionować, że coś jest nie tak. Pytanie brzmi: czy różnica między tymi trzydziestoma z okładem tysiącami zgonów rejestrowanych a 76 tysiącami nadwyżki to są niewykryte ofiary COVID-19, czy raczej niedostępności ochrony zdrowia dla pacjentów chorujących na co innego? A może raczej depresji i samobójstw związanych z zamknięciem?

Ukryte koszty epidemii są zawsze, ale walka z nią poprzez lockdown wiosenny była niezbędna, żeby nie doprowadzić do kolapsu ochrony zdrowia. Co już się nie udało jesienią. Teraz dokładniejsze dane o przyczynach zgonów będziemy mieć pod koniec roku, kiedy zbierze je system gusowski i zweryfikuje statystyki pochodzące z aktów zgonów. Dopiero po weryfikacji będziemy mogli ustalić, jaka część zgonów niezarejestrowanych jako covidowe faktycznie była spowodowana tą chorobą.

Ale skąd tak duże opóźnienie?

Niestety, u nas wiele wpisów lekarzy ma charakter śmieciowy – wpisuje się np. „starość” jako przyczynę śmierci, więc z punktu widzenia porównań międzynarodowych surowe dane nie mają dużej wartości.

A bez tych danych wiemy cokolwiek? Bo to jest ważne pytanie, czy ludzie umierają na niezarejestrowany w systemie COVID-19, czy z powodu tego, że z inną chorobą nie uzyskali odpowiedniej pomocy.

Mamy badania porównawcze z innych krajów – np. wskazujące, że w USA dwie trzecie zgonów nadmiarowych było spowodowane covidem. W Polsce krzywa zgonów jest bardzo stroma jesienią, co według mnie potwierdza tezę, że niewykryty covid to znaczna liczba nadmiarowych zgonów. Bo jeśli szpitale są zatkane, to z tego powodu nagle mogą umrzeć osoby z zawałem czy z udarem, ale już inne choroby, które są przyczynami zgonów, mają skutki odłożone w czasie.

Pacjent nie dostał się na badania i nie wykryto mu raka odpowiednio wcześnie. Albo przerwano terapię.

Faktycznie, po pierwszym lockdownie o kilkadziesiąt procent spadła liczba osób, u których wykryto choroby onkologiczne, ale krzywa zgonów tym spowodowanych będzie dużo bardziej płaska.

To znaczy, że wiele z tych osób umrze np. w tym roku. Koniec końców ktoś może zapytać, czy oni są mniej ważni od pacjentów covidowych.

To jest odwieczny problem za krótkiej kołdry w polskiej ochronie zdrowia. Pacjent covidowy jest ważniejszy w tym sensie, że jeśli trafia u nas do szpitala, to znaczy, że jest w stanie bezpośredniego zagrożenia życia, a alternatywą jest, żeby został w domu i tam umarł. Owszem, inni pacjenci pilnie potrzebujący pomocy miewali problem z dostaniem się do szpitala w październiku i listopadzie, kiedy wożono ich nieraz karetkami po kilka godzin, ale dziś już tak nie jest. Jedynym rozwiązaniem tego dylematu jest szybkie przerwanie transmisji choroby – bo im więcej jest pacjentów covidowych, tym więcej łóżek blokują oni pozostałym.

Czy my się czegokolwiek jako państwo, jako system – uczymy w tej pandemii?

Ogromna liczba tych nadmiarowych zgonów na pewno pokazuje, w jakim stanie jest nasza ochrona zdrowia, ale to głównie skutek wieloletnich zaniedbań – w końcu mamy najmniej lekarzy i pielęgniarek na głowę mieszkańca w całej Unii Europejskiej, nie zapobiegamy skutecznie chorobom układu krążenia czy nowotworom. Sytuacja wymusiła już jednak częściową przynajmniej cyfryzację systemu zdrowia, co dotąd szło niezwykle opornie.

Co to znaczy? To znaczy – kto stawiał opór?

Pracowałam przez rok w Ministerstwie Administracji i Cyfryzacji i pamiętam, że największe przeszkody były po stronie samych ludzi z ochrony zdrowia. To na pewno wynika z ogólnej, przyrodzonej naszemu gatunkowi niechęci do zmian, ale też z faktu, że nasz system – co dobrze pokazują historie ze szczepieniami aktorów, ale też innych wpływowych ludzi poza kolejnością – jest klientelistyczny i kumoterski.

A ucyfrowienie, wszystkie rejestry centralne itp. utrudniają załatwianie czegoś na boku?

Grupa zero – a obok niej różni znajomi lekarzy – byli szczepieni w grudniu, kiedy nie było jeszcze systemu informatycznego. Gdyby on działał, to taki np. pan Miszczak z partnerką mieliby dużo większy kłopot z zarejestrowaniem się na szczepienie. Gdyby np. w bazie e-recept działały odpowiednie trackery – tak jak w Ministerstwie Finansów, śledzące podejrzane transakcje – można by łatwo wychwycić, czy jakiś lekarz nie wystawia aby za dużo leków z pseudoefedryną, a inny nie wprowadza szwagra na początek kolejki.

Afera szczepionkowa, czyli sprawdź swój przywilej

Wróćmy jeszcze do pytania z początku rozmowy – o tę niechęć do szczepień, która jeszcze w grudniu czyniła nas jednym z bardziej sceptycznych narodów w Europie. To wszystko pochodna tej niedobrej komunikacji? Z drugiej strony, w innych krajach też są silne ruchy… koronasceptyczne, nawet bardziej widoczne niż u nas.

Mamy „od zawsze” bardzo niski poziom zaufania do państwa, a obecna władza ten stan pogłębiła swoimi letnimi deklaracjami wyborczymi. Z powodów, o których mówiłam, ciągle zmieniają się naukowe ustalenia, co nie ułatwia orientacji. Do ochrony zdrowia też mamy często uzasadnione pretensje, choć na pewno teraz wielu medyków naraża zdrowie i życie – wielu lekarzy jest przecież w grupie ryzyka – i poświęca się niesłychanie, za co należy im się wielki szacunek.

Podobno jesteśmy jedynym krajem w Unii Europejskiej, gdzie lekarze nie są uważani za najbardziej wiarygodne źródło informacji.

To prawda, na pierwszym miejscu wskazano znajomych i rodzinę. Mamy też silne ruchy antyszczepionkowe, które profesjonalnymi narzędziami rozsiewają różne bzdury i podważają ustalenia naukowe. Ale mimo wszystko po tych pierwszych 25 milionach zaszczepionych na całym świecie i kilkuset tysiącach w Polsce akceptacja i chęć szczepień idą wyraźnie do góry.

E tam, 25 milionów. Jak się możni tego świata wpychają do kolejki, to znaczy, że jednak warto. Krystyna Janda raz-dwa uczyniła z Polaków entuzjastów szczepionki.

Jasne, skoro wszyscy kombinują, jak by tu się zaszczepić, to znaczy, że to jest towar deficytowy. Pewne zagrożenie dostrzegam jednak ze strony wydarzeń takich jak ostatnio w Norwegii.

Czyli?

Oni zaczęli szczepić najstarszych pensjonariuszy domów spokojnej starości i mają już zgony 29 osób – wstępnie mówią, że nawet 13 mogło być skutkiem szczepionki. To jasne, że dla bardzo schorowanej, leżącej osoby nawet zwykła gorączka może się okazać śmiertelna. Statystycznie część takich osób na pewno umrze ze starości, niemniej podobne przypadki mogą ochłodzić entuzjazm. Z drugiej strony, Izrael już zdążył wyszczepić wszystkich ocaleńców z Holokaustu. A na całym świecie liczba odczynów poszczepiennych jest marginalna.

Mimo wszystko chyba jednak będziemy chcieli się szczepić, a skuteczność wynosi grubo powyżej poziomu szczepionek grypowych. Ale czy wystarczy dla wszystkich?

W Unii na pewno, Komisja Europejska zakontraktowała już 600 mln dawek od Pfizera i 160 mln od Moderny, do tego kolejne setki milionów od AstraZeneca. Cure-Vac, Johnson&Johnson oraz Sanofi jeszcze pracują, ale dopuszczenie na rynek szczepionki od AstraZeneca rozpatrywane będzie już 29 stycznia. Pfizer zmniejszył na chwilę dostawy, ale tylko po to, żeby zwiększyć moce linii produkcyjnych, i do końca roku ma wyprodukować 2 mld dawek. To naprawdę poszło ekspresowo – rok temu szacowano, że szczepionka będzie gotowa najwcześniej za 18 miesięcy.

Głos pracownic pomocy społecznej pod pałacem prezydenckim

No dobrze, ale kiedy my się zaszczepimy? Bo fajnie, że Unia zadbała i że są podpisane kontrakty. Ale poza tym, że wyprodukują i dowiozą, to jeszcze jest ostatni etap. Ile to u nas potrwa?

Rząd mówi, że możemy podać miesięcznie 3,4 mln dawek, czyli zaszczepić 1,7 miliona osób.

To jest dużo? Zresztą do Polski dostarczono tych szczepionek więcej, niż dotąd podano.

Bo rząd przyjął opcję, żeby nie ruszać drugiej dawki szczepionki, tzn. połowa zostaje w Agencji Rezerw Materiałowych. Sama ARM twierdzi, że daje tyle, ile sobie szpitale zażyczą, i faktycznie nie spotkałam się z informacją, żeby ktoś dostał za mało, choć były już pewne opóźnienia przy wysyłce drugich dawek. Szpitale zamówiły asekuracyjnie niedużo, bo się boją, że zostaną im jakieś rozmrożone dawki – w lodówce można je przechowywać pięć dni – i będzie afera, że coś poszło na zmarnowanie.

Ale to wszystko zakłada perspektywę ponad roku do uzyskania odporności populacyjnej, może 10 miesięcy…

To by było wspaniale. Spodziewana szczepionka Johnson&Johnson będzie zresztą jednodawkowa, co by nieco przyspieszyło licznik. Faktycznym test dla systemu zaczyna się właśnie teraz, kiedy dostawy ruszają do prawie 6 tysięcy punktów szczepień a nie, jak dotychczas, tylko szpitali węzłowych.

Rozumiem, że będzie to można ocenić dopiero za jakiś czas, ale czy ostatni miesiąc daje powody do optymizmu?

Jestem dość zbudowana tym, co się działo od 15 stycznia, kiedy ruszyła rejestracja osób po 80. roku życia. Owszem, nie można się było dodzwonić na infolinię, ale pierwszego dnia zazwyczaj tak jest przy masowych usługach. Seniorzy stali na mrozie, bo chcą się szczepić w swojej przychodni, a nie zawsze mogą, ale sporo placówek podchodzi do tego kreatywnie i zapisuje ich w miarę możliwości jak najbliżej. A i 80-latkowie zakładają sobie profile zaufane i rejestrują się przez internęt. Problemem jest bardziej brak szczepionek, których w pierwszym kwartale mamy jeszcze niewiele.

No tak, ale 80-latków jest nie aż tak wielu. A im dalej…

Rzeczywiście, gorzej poszło z rejestracją 70+. Skoro było wiadomo, że „pewnych” szczepionek w I kwartale starczy tylko dla 40% tej kohorty, to można ją było podzielić na dwie grupy. Najpierw rejestrować 75+, a potem, gdy dopuszczone zostaną do obrotu kolejne szczepionki, rozszerzyć rejestrację na pozostałych 70-latków. A tak w ubiegły piątek starsi ludzie tłoczyli się w kolejkach, a wielu nie udało się jeszcze zdobyć terminu, tylko jego obietnicę.

Słabym punktem są też niepełnosprawni i leżący w domu, bo im szczepionkę trzeba dowieźć. Tymczasem nie wiadomo, który punkt szczepień ma zespół mobilny, a który nie, i krewni takiej leżącej osoby muszą dzwonić po kolei do każdego. A jeśli chodzi o transport do punktu szczepień, to mają to zrobić gminy, ale one dopiero teraz dostały w tej sprawie polecenia od wojewody, więc muszą jeszcze rozpisać przetargi na usługi transportowe.

Izrael wyszczepił w tym czasie jedną czwartą populacji.

Nie możemy uzyskać tempa izraelskiego, bo nie jesteśmy krajem zmilitaryzowanym, w stanie wojny, który na dodatek ma świetnie zdigitalizowany system ochrony zdrowia, no i jest nas 38 milionów, a nie siedem. Co prawda, pewnych rzeczy moglibyśmy się od nich nauczyć – do kampanii na rzecz szczepień zaangażowali np. przywódców religijnych bardzo różnych odłamów. Nie zaszkodziłoby, gdyby i u nas paru biskupów się zaszczepiło publicznie. Ale jak na polskie standardy i dotychczasowe osiągnięcia naszego państwa w walce z pandemią – myślę, że akcja szczepień przebiega w miarę sensownie.

**
Miłada Jędrysik jest dziennikarką i publicystką OKO.press. Przez prawie 20 lat związana była z „Gazetą Wyborczą”. Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Michał Sutowski
Michał Sutowski
Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco