Gospodarka, Kraj

Nie – nie mamy w Polsce zbyt wielu urzędników. Potrzebują oni podwyżek, nie cięć

Fot. MSWiA/Flickr.com, Need.pix, Pixabay. Edycja KP.

Ani planowane cięcie zatrudnienia, ani zamrożenie płac w administracji publicznej nie mają żadnego uzasadnienia. Polska budżetówka nie jest przerośnięta, jest za to bardzo tania. Jeśli czegoś potrzebuje, to podwyżek płac, a nie kolejnej ich stagnacji. Tekst Piotra Wójcika.


„Cięcia w administracji” to hasło, które w Polsce zawsze znajdzie podatny grunt i przychylnych mu odbiorców. W oczach tzw. przeciętnego obywatela pracownik administracji publicznej to „urzędas” całymi dniami pijący kawę i pobierający „trzynastkę” oraz masę dodatków i nagród zupełnie za nic. A w zasadzie nawet nie za nic – za uporczywe nękanie bogu ducha winnych obywateli i egzekwowanie nieludzkich przepisów.

To nic, że akurat urzędnicy nie mają nic wspólnego z poziomem tworzonej w parlamencie legislacji, a stosowanie prawa, nawet najgłupszego, jest ich obowiązkiem. Do tego wszystkiego, według różnych ekspertów kukizopodobnych administracja w Polsce jest rozrośnięta do absurdalnych rozmiarów, a na prawicy swego czasu popularna była teza, że PO i PSL utrzymują się przy władzy, gdyż głosują na nich urzędnicy pracujący w kontrolowanych przez ówczesną koalicję urzędach. Co by znaczyło, że Polskę zamieszkują miliony urzędników, choć w rzeczywistości jest ich o wiele mniej.

PiS zwolni ludzi w ZUS i NFZ. W trakcie kryzysu i drugiej fali pandemii

Nic więc dziwnego, że obecna koalicja rządząca to właśnie na budżetówkę chce zepchnąć koszty walki z pandemicznym kryzysem gospodarczym. Przecież urzędników nikt nie będzie bronił, grozi to społecznym ostracyzmem. Problem w tym, że zapowiadane cięcia kosztów w administracji publicznej nie przyniosą przesadnych oszczędności, gdyż wbrew stereotypowi polska administracja publiczna już teraz jest jedną z bardziej oszczędnych w Europie. Cięcia obniżą więc standard życia części obywateli naszego kraju, których poziom życia już teraz nie jest najwyższy, za to ich wpływ na budżet państwa będzie znikomy.

Przerośnięta budżetówka jak Yeti

Czy w polskiej budżetówce da się w ogóle znaleźć jeszcze jakieś oszczędności? Jeśli chodzi o zatrudnienie, to doprawdy będzie trudno. Według danych Eurostatu za rok 2019 w sekcji O-Q (administracja publiczna, obrona narodowa, edukacja publiczna i służba zdrowia) pracuje 20,3 proc. wszystkich zatrudnionych w Polsce. Inaczej mówiąc, w polskiej budżetówce pracuje co piąty zatrudniony.

Mógłby ktoś zakrzyknąć „a nie mówiłem!”, tylko że ten ktoś by się pospieszył, gdyż to ósmy najniższy wynik w UE. Przeciętnie w krajach Wspólnoty w sektorze budżetowym pracuje 24 proc. zatrudnionych. W Wielkiej Brytanii, której sektor publiczny uchodzi za niezwykle efektywny (przynajmniej według stereotypów), budżetówka zatrudnia 25 proc. pracowników. Dokładnie tak samo jest w oszczędnych Niemczech. W Szwecji, Belgii i Danii sektor budżetowy zatrudnia co trzeciego pracownika. Pod względem zatrudnienia polska budżetówka jest zatem relatywnie skromna.

Wielka klęska państwa minimalnego

czytaj także

Wielka klęska państwa minimalnego

Mariana Mazzucato, Giulio Quaggiotto

Tu mógłby paść kolejny argument. Budżetówka to przecież nie tylko administracja. Mamy mało lekarzy i pielęgniarek, więc sektor budżetowy jako całość nie jest przesadnie rozdęty. Za to samych urzędników jest bez liku! Ale także i w tym wypadku – strzał kulą w płot. Według raportu Komisji Europejskiej A comparative overview of public administration in EU28 zatrudnienie w samej administracji publicznej stanowi 25 proc. całego zatrudnienia w polskim sektorze finansów publicznych (tzw. general government). Dokładnie mowa jest o 622 tysiącach pracowników polskich urzędów centralnych, samorządowych, Zakładu Ubezpieczeń Społecznych oraz prokuratury i sądownictwa.

Jedynie w sześciu krajach UE wskaźnik zatrudnienia w administracji publicznej w stosunku do całego sektora finansów publicznych jest niższy. W Niemczech prawie połowa pracowników general government to pracownicy administracji publicznej. We Francji ponad połowa, a w Szwecji czy Austrii jedna trzecia.

Nie taka nieudolna

Równie często przekonuje się, że polska administracja jest niezwykle nieporadna. Urzędnicy czepiają się byle czego, do wszystkiego potrzebują papieru, żeby mieć „dupochron”, stosują nieżyciowe praktyki w czasie wykonywania swoich zadań. Problem w tym, że urzędnicy mają zwykle związane ręce przepisami, których sami nie tworzą. A w obrębie przepisów, w których muszą się poruszać, pracują całkiem profesjonalnie.

Autorzy wyżej wspomnianego raportu KE, w którym porównano jakość administracji w krajach członkowskich UE, ocenili polską administrację jako przeciętną w skali Europy. Administracje publiczne jedenastu krajów członkowskich zostały ocenione niżej – między innymi Czech, Włoch, Węgier i Słowacji. Polska administracja znalazła się między hiszpańską a portugalską. Kto znalazł się na trzech pierwszych miejscach? Dania, Finlandia oraz Szwecja, czyli kraje mające jedne z najbardziej rozbudowanych sektorów publicznych w Europie.

W niektórych z poszczególnych kategorii polska administracja wypadła bardzo dobrze. Chociażby pod względem „możliwości implementacyjnych”, czyli zdolności do wdrażania polityki. Pod tym względem polska administracja zajęła piąte miejsce w UE, po Szwecji, Danii, Finlandii oraz Wielkiej Brytanii. Znacznie słabiej wypadliśmy pod względem jakości regulacji oraz zaufania do sektora publicznego, tylko że to niekoniecznie jest wina samych urzędników.

Polska administracja publiczna nie jest więc ani przerośnięta, ani specjalnie nieudolna. Może chociaż jest niezwykle droga? Też pudło. Według Eurostatu w 2018 roku wydatki na general public services, czyli na utrzymanie organów wykonawczych i ustawodawczych oraz ogólne administrowanie krajem i jednostkami samorządu, wyniosły 4,4 proc. PKB. Średnia unijna wyniosła aż 6 proc. PKB. Mniej na funkcję administracyjną państwa wydaje jedynie pięć krajów Unii Europejskiej – Bułgaria, Estonia, Irlandia, Litwa i Holandia. Nawet w Wielkiej Brytanii wydatki te pochłaniają 4,7 proc. PKB, a w Niemczech 5,7 proc. Jak wypadają pod tym względem trzy najlepsze administracje publiczne Starego Kontynentu? W Danii administrowanie kosztuje 6,6 proc. PKB, w Finlandii 8 proc. PKB, a w Szwecji 7,1 proc. Nic dziwnego, skoro korpus urzędniczy w tych krajach jest relatywnie spory. Społeczeństwo dostaje za to sprawne instytucje.

Ucierpią, jak zawsze, kobiety

Cięcia w administracji publicznej w Polsce nie mają więc żadnego uzasadnienia – może poza propagandowym. Równie krytycznie trzeba ocenić planowane na przyszły rok zamrożenie płac w administracji. Owszem, według sprawozdania szefa Służby Cywilnej za rok 2019, w ubiegłych 12 miesiącach w jednostkach SC zanotowano wyraźne podwyżki – średnie płace wzrosły o 9 proc. w stosunku do roku poprzedniego. Problem w tym, że wcześniej przez niemal dekadę tkwiły one w stagnacji.

W latach 2009–2017 płace w gospodarce narodowej wzrosły o 25 proc., a w korpusie służby cywilnej o niecałe 10 proc. – w tej drugiej rosły więc w tempie 2,5-krotnie wolniejszym. Nic więc dziwnego, że polskiej administracji publicznej coraz trudniej jest utrzymać najlepszych pracowników. Fluktuacja jest olbrzymia – jej wskaźnik w 2019 roku wyniósł 8,5 proc., czyli co dwunasty pracownik służby cywilnej złożył wypowiedzenie. Dwa lata wcześniej wskaźnik fluktuacji wyniósł aż 11 proc. Inaczej mówiąc, w roku 2017 wypowiedzenie złożył co dziewiąty urzędnik SC. Trudno w takich warunkach sprawnie wykonywać zadania.

Mazzucato: Trzy kryzysy kapitalizmu

czytaj także

Warto też pamiętać, że administracja publiczna to sektor zdominowany przez kobiety. Robione na oślep drastyczne cięcia w administracji oraz zamrożenie jej płac uderzą więc przede wszystkim w nie. W roku 2019 stanowiły one 71 proc. zatrudnionych w służbie cywilnej. Planowane przez rząd działania jeszcze bardziej osłabią więc kobiety, które w Polsce mają zdecydowanie słabszą pozycję na rynku pracy niż mężczyźni. Dość powiedzieć, że w pierwszym kwartale tego roku zatrudnienie miało 76 proc. Polaków w wieku produkcyjnym i tylko 62 proc. Polek. 14 punktów procentowych różnicy – w mało którym kraju OECD przepaść między zatrudnieniem kobiet a mężczyzn jest tak duża jak w Polsce.

Po linii najmniejszego oporu

Planowane przez PiS cięcia kosztów w administracji – zamrożenie płac w roku 2021 oraz, przede wszystkim, prawdopodobne cięcia etatów o jedną piątą – można też krytykować z punktu widzenia ekonomicznego. Cięcia w zatrudnieniu podczas kryzysu mogą jeszcze bardziej pogłębić recesję, prowadząc do spadku popytu wewnętrznego. Przekonały się o tym kraje południa Europy, w których polityka austerity przyniosła fatalne konsekwencje, a ich rynki pracy do dziś nie powróciły do stanu sprzed poprzedniego kryzysu.

Przede wszystkim jednak planowane zmiany nie mają żadnego uzasadnienia merytorycznego. Administracja publiczna w Polsce nie jest rozrośnięta, wręcz przeciwnie, należy raczej do tych skromnych. Pod względem jakości wypada przeciętnie na tle innych krajów UE, choć jest zarazem jedną z najtańszych. Możliwości znalezienia w niej oszczędności wydają się więc mizerne.

Rząd idzie na łatwiznę, szukając pieniędzy w kieszeni tej grupie zawodowej, której społeczeństwo nie będzie chciało bronić. Poziom solidarności w Polsce jest tak niski, że uderzenie w mało którą grupę zawodową spotkałoby się z oburzeniem, jednak uderzenie w urzędników jest szczególnie bezpieczne dla rządzących. Oczywiście rząd ma możliwość znalezienia pieniędzy do załatania kryzysowej dziury budżetowej. Mógłby po prostu podwyższyć podatki najbogatszym. Tylko że akurat ich bronić będą media głównego nurtu oraz tysiące polskich mentalnych milionerów. Tymczasem kolejny cios w urzędników bez wątpienia nie spotka się ze społecznym sprzeciwem. Wręcz przeciwnie, może nawet przynieść rządzącym poklask. Niestety.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.