Kraj

Starczewska: Uczenie współpracy, otwartości, samodzielnego myślenia jest przy tych władzach zagrożone, ale nie niemożliwe

Wielu nauczycieli jest gotowych na zmianę, ale nie wie jeszcze, jak to robić, żeby szkoła przestała być autorytarna. Łatwiej jest rozkazywać, karać za nieposłuszeństwo i organizować rywalizację. Rozmowa z Krystyną Starczewską, współtwórczynią i wieloletnią dyrektorką I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego „Bednarska”.

Katarzyna Przyborska: Strajk nauczycieli, a potem zdalne lekcje stały się ważnym impulsem do dyskusji o kształcie edukacji szkolnej. Kolejne debaty kończyły się postulatami, by nauka częściej odbywała się metodą projektową, angażując aktywność ucznia, zamiast, tak jak to jest teraz − metodą podawczą, kiedy nauczyciel jest aktywny, a uczniowie bierni. Powtarzał się też wniosek, że należałoby zrezygnować z uczenia na pamięć na rzecz analizy i krytycznego myślenia. Czy widzi pani szansę na takie zmiany?

Krystyna Starczewska: Niestety wiele polskich szkół nadal pracuje zgodnie z tradycyjnym, dziewiętnastowiecznym, pruskim modelem edukacji. Według tego modelu dobry uczeń to uczeń posłuszny, który dokładnie wykonuje polecenia nauczyciela, nie myśli samodzielnie, tylko powtarza informacje i opinie, które ma sobie przyswoić, i rywalizuje z innymi o stopnie. Właśnie posłuszeństwo i rywalizacja to często główne idee wyznaczające sposób funkcjonowania szkoły.

Oczywiście należałoby zerwać z tym nieprzystającym do współczesności modelem. Myślę jednak, że obecnie może to być trudne z wielu powodów. Nauczyciele są zmuszeni do wykonywania poleceń władz oświatowych, nie mają więc swobody w realizowaniu niezgodnych z tymi poleceniami pomysłów pedagogicznych. W wyniku zmniejszenia roli samorządów w zarządzaniu oświatą i zwiększenia roli kuratoriów ograniczona została autonomia szkół, rosną też naciski ministra edukacji na wychowanie i nauczanie zgodne z obowiązującą ideologią.

W szkole podstawowej, do której chodzą moje dzieci, po pierwszym roku reformy ministry Zalewskiej nauczycielki stwierdziły, że w związku z opasłą podstawą programową niestety nie będzie dodatkowych lektur, rozmów ani projektów. Nie ma na to czasu.

Rzeczywiście, obowiązująca podstawa programowa to w tej chwili wielki problem. Jest przeładowana materiałem faktograficznym, nie jest nastawiona na rozwijanie samodzielnego myślenia uczniów. Nauczyciele zmuszeni do jej wykonania mają więc trudności w realizowaniu form pracy nastawionych na rozwijanie zainteresowań i uzdolnień swoich uczniów.

Nauczyciele nie chcą być „przegrywami”, którzy dopłacają do swojego miejsca pracy

Ta podstawa wydaje się tak skonstruowana po to, żeby ludzie nie mieli czasu na myślenie.

Tak to wygląda, choć nie wiem, czy z taką intencją ją tworzono. Obowiązująca podstawa programowa jest po prostu zbiorem informacji z określonych dziedzin wiedzy, bez powiązania ze sobą dziedzin pokrewnych, bez pokazania związków i zależności. Szkoła ma przekazywać określony zakres informacji faktograficznych, które uczeń ma zapamiętać i być oceniany za to, co zapamiętał. Realizując tak skonstruowaną podstawę, nauczyciel ma więc przekazywać wiedzę faktograficzną i sprawdzać opanowanie jej przez uczniów, a nie rozwijać ich zainteresowania i samodzielne myślenie. Twórcy podstawy programowej uznali zapewne, że jest to niepotrzebne, a może nawet niewskazane.

Podstawa programowa nie stwarza też szans na rozwijanie pracy zespołowej. Uczysz się sam i sam odpowiadasz za to, czego się nauczyłeś. A jest przecież niesłychanie ważne, by uczniowie, pracując nad jakimś tematem zespołowo, mogli nauczyć się współpracy i przekonać się, jak wiele dzięki niej mogą osiągnąć.

Mimo wszystko nauczyciele mają jakieś pole manewru. Mogliby na przykład stawiać mniej stopni, skoro wymagany jest jeden stopień na semestr, a czas, który przeznaczają na sprawdziany i kartkówki, wykorzystać inaczej.

Faktycznie na pewno wiele zależy od postawy nauczycieli. Są tacy, którzy rozumiejąc, jak powinno się uczyć − robią to na własną rękę. Myślę, że takich nauczycieli jest w Polsce wielu.

Czy polska szkoła może być tak fajna jak fińska? [rozmowa z Martą Zahorską]

Czy mogłaby pani podpowiedzieć nauczycielom i nauczycielkom, co jeszcze mogliby zrobić w ramach obecnego systemu? Co jeszcze od nich zależy?

Myślę, że ostatecznie od nauczyciela zależy, jak będzie pracować ze swoimi uczniami w klasie. Nauczyciel na prowadzonych przez siebie lekcjach może nie wyłącznie przekazywać określony zakres wiedzy do zapamiętania, lecz prowadzić dyskusje na wybrane tematy. Może organizować pracę zespołową uczniów nad projektami, określonymi tematami. Na przykład na lekcjach polskiego może przygotowywać inscenizacje określonych tekstów literackich, stwarzając uczniom możliwości kreatywnego uczestnictwa w lekcji. Może zorganizować lekcję, na której uczniowie będą prezentować własne zainteresowania i poglądy w określonej dziedzinie.

Może też wprowadzać tematy nieprzewidziane w podstawie programowej, a ważne dla rozwijania postawy uczniów wobec innych – empatii, wrażliwości wobec ludzi potrzebujących wsparcia. Na przykład taką ważną sprawą, nieprzewidzianą w podstawie programowej, jest edukacja antydyskryminacyjna. Ale w tym miejscu przypominają się słowa obecnego ministra edukacji o osobach LGBT+…

„Oni nie są równi ludziom normalnym” – mówił Przemysław Czarnek, zanim jeszcze został ministrem edukacji.

Tak więc w pewnych sytuacjach nie ma innej możliwości niż działanie wychowawcze niezgodne z intencjami rządzących. Dotyczy to również na przykład specyficznie rozumianej przez obecne władze idei patriotyzmu, która przybiera formę nacjonalizmu, prowadzącego do dzielenia ludzi na „swoich” i „obcych”.

Dlatego obawiam się, że przy założeniach ideologicznych i sposobie zarządzania edukacją, przyjętych przez obecne władze oświatowe pozytywne zmiany systemu szkolnictwa są raczej niemożliwe. Pokładam jednak pewne nadzieje w szkołach niepublicznych, które na własną rękę wprowadzały innowacje niezbędne do poprawy nauczania. W sytuacji, w jakiej jesteśmy, bardziej niż na odgórne zmiany liczę na oddolny proces.

Dziękuję wam za strajk [list do nauczycielek]

Może powiedzmy, o jakich innowacjach mówimy. Co właściwie powinno się zmienić w polskiej szkole? Nie powinna stawiać na rywalizację…

To można określić krótko: szkoła powinna być miejscem przyjaznym uczniom, nastawionym na rozwijanie ich zainteresowań, uzdolnień, samodzielnego i krytycznego myślenia, wychowującym w duchu empatii i życzliwości wobec innych, uczącym współpracy w działaniach zespołowych i jednocześnie współodpowiedzialności za tworzoną z innymi społeczną wspólnotę. Żeby te cele realizować, szkoła nie może być instytucją autorytarną, nastawioną na wymuszanie bezwzględnego posłuszeństwa i na bezwzględną rywalizację. Współpraca, możliwość odkrywania i rozwijania własnych zainteresowań, poczucie bezpieczeństwa ze względu na życzliwość nauczycieli i kolegów – to warunki niezbędne do dobrego funkcjonowania ucznia w szkole.

Czyli myśli pani, że szkoły społeczne mogą być przetrwalnikiem nowatorskich idei i pomysłów?

Myślę, że jest na to szansa, bo szkoły społeczne mają większą niezależność, realizują własne programy i rzeczywiście mogą teraz odgrywać rolę takiego − jak pani powiedziała − przetrwalnika koncepcji i idei, które mogłyby kiedyś wpłynąć na zmianę całego kształtu edukacji.

Szkoły społeczne są chyba bardzo różne, część z nich też stawia na rywalizację i presję.

Oczywiście szkoły społeczne są różne, ale są wśród nich takie, które chcąc realizować sformułowane wyżej cele, wypracowały ciekawe innowacyjne metody pracy. Myślę, że warto te metody poznać i upowszechniać.

Już w 1989 roku, kiedy między innymi z pani inicjatywy zaczęły powstawać szkoły społeczne, towarzyszyła temu myśl, że staną się one zaczynem zmiany, że właśnie w nich będzie można przećwiczyć nowe formy edukacji, z których potem będzie mogło korzystać szkolnictwo publiczne.

Taka myśl rzeczywiście przyświecała mnie i innym osobom współtworzącym I Społeczne LO w Warszawie. Taki cel stawiałam sobie wcześniej – gdy brałam udział w rozmowach Okrągłego Stołu przy podstoliku oświatowym, walcząc o prawo do zakładania szkół niepaństwowych, mogących realizować własne programy wychowawcze i edukacyjne. Jako twórcy Liceum „Bednarska” staliśmy na stanowisku, że pracując w jednej szkole według idei, które wybraliśmy – że będzie to szkoła oparta na demokratycznej współpracy uczniów, nauczycieli i rodziców – możemy pokazać, jak to działa. I to się będzie mogło oddolnie przenosić do innych szkół, a w końcu do władz, które będą tym zmianom sprzyjać.

Ma pani poczucie, że to się w jakimś stopniu udało? Że był widoczny wpływ szkół społecznych na myślenie o edukacji publicznej?

Po przemianach roku 1989 zaczęły rozwijać się w Polsce dyskusje o tym, jak powinna wyglądać edukacja, było bowiem dla wszystkich oczywiste, że ukształtowany w PRL-u system szkolnictwa wymaga zasadniczych reform.

Czy widać to było już w pierwszych latach po transformacji, czy – choć ministrowie zmieniali się wtedy często – widać było wytyczanie jakiegoś kierunku? Czy może dopiero gimnazja były efektem głębszego namysłu?

Rzeczywiście ważną sprawą było powstanie gimnazjów, w których zaczęto stosować program sprzyjający zmianom. Ten system był lepiej dostosowany do wieku rozwojowego dzieci – w najtrudniejszym wieku dojrzewania uczniowie mogli funkcjonować według programu, który to uwzględniał. Myślę, że gimnazja się sprawdziły. Dały przede wszystkim szansę dzieciom, które wcześniej były edukacyjnie wykluczone. Dzieciom z maleńkich miejscowości albo zaniedbanych środowisk gimnazja umożliwiły dalszą edukację, pójście do liceum, a nawet na studia. Funkcjonowanie gimnazjów było dobrym pomysłem, nie stanowiło jednak przełomu w całym systemie edukacji. To była zaledwie pozytywna ścieżka, która powinna prowadzić ku głębszej reformie szkolnictwa.

Czarna legenda gimnazjów [rozmowa z Przemysławem Sadurą]

Czego zabrakło w procesie rozwoju edukacji w Polsce, że metody demokratyczne, wypracowane w szkołach niepublicznych, nie zostały wdrożone w tych publicznych?

Zabrakło świadomości, jak ten system zmieniać. Zarówno wśród nauczycieli, jak i rodziców utrwalony jest autorytarny system szkolny, w którym – powtórzę – główną zasadą jest wychowanie dzieci w duchu posłuszeństwa, podporządkowania i rywalizacji, brak tradycji dobrze zorganizowanej pracy zespołowej, a uczniów nie uczy się samodzielnego i krytycznego myślenia. To wszystko wymaga przygotowania. Wielu nauczycieli jest na to gotowych, ale nie wie jeszcze, jak to robić, żeby szkoła przestała być autorytarna, a stała się miejscem dyskusji, wyrażania własnych poglądów, sposobów pogłębiania własnej wiedzy. To wymaga znajomości odpowiednich metod. Łatwiej rozkazywać, karać za nieposłuszeństwo i organizować rywalizację. Obecne władze popierają autorytarną tradycję, z bardzo wyraźnym programem ideologicznym, w którym liczy się posłuszeństwo, uległość, a tradycja narodowa jest ponad wszystko.

Reforma ministry Zalewskiej i dalsza ideologizacja programu sprawiły, że wielu rodziców wybiera dla swoich dzieci edukację niepubliczną, rośnie też liczba uczniów w edukacji domowej. Często są to rodzice zaangażowani, tacy, którym zależy.

Można zrozumieć rodziców, którzy szukają szkoły, w której ich dziecko może się lepiej rozwijać.

Trudno walczyć z systemem za pomocą własnego dziecka. Jednak jeśli miałaby to być strategia, żeby w bezpiecznym miejscu przeczekać złe czasy, to przecież złe czasy nie skończą się same z siebie.

Myślę, że nie można czekać, w każdym razie osoby pracujące w edukacji czekać nie powinny. Trzeba działać w tym miejscu, w którym się jest. Moim zdaniem ważne jest, żeby szkoły niepubliczne zapraszały do współpracy szkoły publiczne, organizując spotkania i inicjując wspólne projekty. Nastawienie na współpracę i wzajemną pomoc może być w obecnej sytuacji jakimś ratunkiem. Nie chodzi też o to, żeby walczyć o najwyższe miejsce w rankingach, priorytetem nie powinno być przyjmowanie wyłącznie dzieci bardzo zdolnych i nastawienie na wyniki na egzaminach końcowych. Szkoły niepubliczne powinny otworzyć się także na dzieci potrzebujące wsparcia. Przyjmować na miejsca bezpłatne dzieci, które tego wsparcia szczególnie potrzebują.

My, w Zespole Szkół „Bednarska”, już dawno zdecydowaliśmy się przyjmować dzieci uchodźców, mamy dwie klasy multi-kulti, do których chodzą też dzieci nieznające języka polskiego, mają miejsca bezpłatne. Przyjmujemy również dzieci z niepełnosprawnościami i dzieci wymagające pomocy. O sukcesie edukacyjnym i wychowawczym szkoły nie świadczy to, że − wprowadzając ostrą selekcję na egzaminie wstępnym, przyjmując tylko najzdolniejsze dzieci − będzie mogła się pochwalić wynikami, ale właśnie otwarcie na dzieci z różnych środowisk, rozwijanie ich zainteresowań i talentów, uczenie pracy zespołowej, a nie tylko rywalizacji.

Jak rozwiązać „większy problem” ministra Czarnka?

A nie widzi pani takiego niebezpieczeństwa, że szkoły społeczne, które już były postrzegane trochę jak wyspy szczęśliwości, wcale tak łatwo na tę otwartość nie pójdą? Nacisk na wyniki był istotny i dla szkół, i dla rodziców, dla których szkoła jest często wyznacznikiem prestiżu.

To jest oczywiście problem. Ja zdecydowanie nie jestem zwolenniczką tego, żeby szkoły społeczne stały się enklawami dla bardzo zdolnych dzieci zamożnych rodziców, którzy mogą sobie na taką edukację pozwolić. Większe otwarcie, pomoc tym, którzy tego potrzebują, na pewno są trudne. Wydaje się, że to wbrew podstawowemu interesowi takiej placówki, ale jednocześnie wychowawczo jest to bardzo ważne i otwiera szczególnie istotną perspektywę: umiejętności współpracy i otwarcia na rzeczywiste potrzeby społeczne. To nowe, ważne powołanie. Nie wszystkie szkoły będą to pewnie realizowały, ale są takie, które się tego podejmują.

Szczęście, szkoła, klasy…

Myśli pani, że rodzice, którzy zdecydowali się na edukację niepubliczną dla swoich dzieci, z chęcią zaczną współpracować? Czy raczej pomyślą „uff, nas reforma nie dotyczy, my sobie poradziliśmy, mamy lepiej, zasłużyliśmy na to, bo byliśmy sprytniejsi, lepsi, szybsi, zamożniejsi, wykorzystaliśmy sytuację”.

Rodzice są elementem społeczności szkolnej, ich stanowisko jest bardzo ważne i trzeba ich do takiej otwartości przekonać. Nie można nic robić wbrew woli rodziców, ale jest dużo myślących i rozsądnych ludzi, którzy zrozumieją, że dla ich dziecka to też jest ważne, że dzięki temu będzie miało szansę nauczyć się rozumieć świat, wykształci zdolność empatii, umiejętność współpracy i działania zespołowego. Rodzice dają się do tego przekonać.

Pamiętam, że kiedy w naszej szkole mieliśmy podjąć decyzję o przyjmowaniu dzieci uchodźczych na miejsca stypendialne, na zebraniu pojawił się zdecydowany opór ze strony rodziców. Uważali, że to będzie szkodliwe dla ich dzieci, że pieniądze nie będą szły na poprawę warunków pracy w szkole, tylko na jakieś „obce dzieci”. Wtedy jeden z ojców wstał i powiedział: „czy państwo żałowaliby swoich pieniędzy, żeby rozwinąć dziecko moralnie, rozwinąć jego świadomość społeczną, żeby nie było egoistą, ale nauczyło się współpracy?”.

Zapadła cisza, a po chwili, kiedy przyszedł czas na głosowanie, zdecydowana większość głosowała za tym, żeby przyjmować do szkoły na miejsca bezpłatne dzieci uchodźców. Myślę, że to jest bardzo ważne w szkole, żeby umieć porozumieć się z rodzicami. Żeby nie walczyć, ale znaleźć rozwiązanie. A mamy dużo mądrych ludzi, którzy wiedzą, że rozwój człowieka polega nie tylko na tym, że przyswoi sobie określoną ilość informacji, ale że zdobędzie kompetencje potrzebne do własnego rozwoju i do rozwoju społeczeństwa, w którym żyje. Z mojego wieloletniego doświadczenia wiem, że z większością rodziców można się porozumieć w sprawach, które są ważne i korzystne dla rozwoju ich dzieci.

Suchecka: Szkoły nie są dla nas miejscem edukacji, lecz magazynami do przechowywania dzieci

 

Jednak chodzi chyba nie tylko o rozwój moralny pojedynczych dzieci, ale i o klimat społeczny…

Ależ oczywiście, klimat społeczny w dużej mierze zależy od edukacji. Wiele złych rzeczy bierze się stąd, że oświata wychowuje głównie w rywalizacji, w tym, żeby moje było na wierzchu, we wrogości wobec tych, którzy są inni, dzieli na swoich i obcych. To bardzo ważne, żeby wychowanie w ramach edukacji powszechnej szło w odwrotnym kierunku, czyli drogą współpracy, pomocy wzajemnej, empatii. To jest niezwykle istotne dla życia publicznego.

Czy te wyboje, na których edukacja się teraz znalazła, kolejne kryzysy: reforma ministry Zalewskiej, strajk, pandemia i nauczanie zdalne, mogą nas obudzić? Nawet nagrodę Grand Press dostała Justyna Suchecka zajmująca się właśnie edukacją. To symbolicznie pokazuje, że temat edukacji stał się ważny. Czy to może okazać się zaczynem zmian? Czy może, nawet na przekór obecnej władzy, trochę na złość, w oporze, coś się zacznie dobrego dziać?

Myślę, że jest to początek nowego myślenia o edukacji. Współpraca różnych środowisk jest widoczna…

Jak narady obywatelskie, debata Szkoła na szóstkę, która odbyła się w siedzibie ZNP, PAN opublikowała obszerny raport o stanie polskiej edukacji, a pod koniec stycznia w Senacie odbyła się kolejna debata, zorganizowana przez Stowarzyszenie dO!PAmina Lab…

Tak, tych aktywności od czasu „deformy” Zalewskiej było wiele i sądzę, że to przyniesie efekt. Idee ważne dla rozwoju dziecka i edukacji są upowszechniane. Myślę, że ma pani rację, że to może być czas przełomowy. Ale od tego, że ludzie rozumieją, jak należy dzieci wychowywać i kształcić, do tego, żeby to zaczęło być stosowane w szkołach, droga jest daleka i trudna.

Na pewno obecny czas jest niezwykle ważny. Mamy przecież trudną sytuację wynikającą z pandemii, efekty długotrwałego zdalnego nauczania i niepewność dotycząca terminu powrotu dzieci do szkół. Do tego dochodzą naciski władz na realizowanie takiego, a nie innego programu wychowawczego. Nie jest to łatwy moment, ale może rzeczywiście taki, który budzi świadomość…

A jednocześnie ludzie napotykają olbrzymie trudności. Uczenie współpracy, otwartości, rozwijania prawdziwych zainteresowań, samodzielnego, krytycznego myślenia jest przy tych władzach zagrożone, ale nie niemożliwe. Dlatego bardzo ważne jest mobilizowanie nauczycieli i środowisk edukacyjnych, żeby działając we współpracy, pomagały sobie.

Szkoła, w której głos dzieci się liczy

Zatem: co teraz?

Wiele zależy od samych nauczycieli. Nawet w czasach PRL-u, kiedy autorytaryzm był skrajny, byli nauczyciele, którzy potrafili wychodzić poza ten narzucony schemat. Relacja nauczyciela z uczniami jest bardzo ważna. Nawet pojedynczy nauczyciel w szkole autorytarnej ma możliwość mądrego, otwartego i nastawionego na podstawowe wartości kontaktu z dziećmi. I on będzie przez uczniów doceniony, bo one tego właśnie potrzebują.

Bardzo ważna jest myśl naszego wielkiego pedagoga Janusza Korczaka, który powiedział, że „dziecko nie dopiero będzie, ale już jest człowiekiem”. Zgodnie z tym zdaniem traktowanie dziecka jak człowieka, jak partnera relacji, a nie jak materiału do ukształtowania według narzuconych wymagań, jest sprawą podstawową. Mam nadzieję, że poszczególni nauczyciele, nawet w autorytarnym reżimie, który odbiera dziecku człowieczeństwo, mogą w swoim postępowaniu wobec uczniów realizować idee Korczaka.

W czasie lekcji dzieci się nudzą [rozmowa]

Na razie kuratoria ścigają młodzież i nauczycieli zaangażowanych w Strajk Kobiet…

Nacisk władz jest w tej chwili bardzo niebezpieczny, szantażują przyszłością dzieci, egzaminami, karierą, oceną pracy nauczycielskiej. Z tymi trudnościami mierzyliśmy się też w PRL-u i niestety sytuacja dzisiejsza zaczyna tamtą przypominać. Ale dodam też, że bardzo się cieszę, kiedy na zbiorowych protestach, w których czasem uczestniczę, widzę tak dużo absolwentów moich szkół. Mają świadomość, że odpowiadają za społeczność, za życie innych ludzi, także w sprawie ekologii, ratowania planety, sądów… To jest zaangażowanie, oczywiście nieagresywne, które wynieśli właśnie ze współpracy w ramach szkolnej demokracji.

Można przewidywać, że szkoły niepubliczne też będą miały trudności?

Pamiętajmy, że one również muszą realizować podstawę programową. Trzeba się też liczyć z zaostrzeniem sposobu kontroli szkół niepublicznych. Już teraz słyszałam o różnych atakach, że jakaś szkoła nie realizuje dyrektyw władzy. Różnica między szkolnictwem publicznym i niepublicznym może niedługo nie być wielka. Ale tam nadal będą nauczyciele, którzy znają metody, wiedzą, jak pracować, i niezależnie od kontroli będą pracować tak, jak robili to wcześniej. Naprawdę najwięcej zależy od świadomości i niezależności osób kontaktujących się z dziećmi.

**
dr Krystyna Starczewska – polonistka, filozofka, pedagożka. W PRL związana z opozycją demokratyczną – działała w Komitecie Obrony Robotników, redagowała podziemny dwutygodnik „KOS” i organizowała pracę Zespołu Oświaty Niezależnej. Współtwórczyni i przez wiele lat dyrektorka I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego „Bednarska”, a następnie Społecznego Gimnazjum nr 20 wchodzącego w skład Zespołu Społecznych Szkół Ogólnokształcących „Bednarska”.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, absolwentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskiego 1976-79”. Autorka książki „Żaba”, wydanej przez Krytykę Polityczną.
Zamknij