Kraj

Nauczyciele nie chcą być „przegrywami”, którzy dopłacają do swojego miejsca pracy

W połowie października w całej Polsce brakowało przynajmniej trzech tysięcy nauczycieli. Dyrektorzy szkół przyznają, że część ludzi zatrudniają nie dlatego, że są dobrzy, ale dlatego, że nikt inny nie chciał być nauczycielem. To selekcja negatywna. Musimy przekonać młodych ludzi, że zawód nauczyciela jest wart najlepszych. Same pieniądze tego problemu nie rozwiążą – mówi Justyna Suchecka.

Jan Smoleński: Rozpoczął się strajk włoski nauczycieli…

Justyna Suchecka: Protest. Tak go nazywają nauczyciele, więc tak go nazywajmy.

Protest miał się odbyć wcześniej.

ZNP nie chciał, żeby ich protest został wpisany w kampanię wyborczą. W kwietniu obóz rządzący oskarżył nauczycieli, że strajk wynika nie z troski o dzieci, o szkołę czy nawet o płace, ale jest działaniem politycznym.

Druga sprawa jest taka, że szkoły średnie miały bardzo ciężki wrzesień, wynikający z kumulacji roczników. Związkowcy chcieli dać dzieciom, rodzicom i nauczycielom czas na rozpoznanie sytuacji. Żeby było jasne, że przepełnione klasy, brak nauczycieli czy brak zajęć dodatkowych nie wynikają z protestu tylko są konsekwencją reformy.

Ale protest ma polegać między innymi na nieprowadzeniu zajęć dodatkowych.

Ma polegać na nierobieniu rzeczy, które nie wynikają z kontraktu nauczycielskiego. Nauczyciele będą rezygnować z dokładania do szkoły z własnej kieszeni, nieodpłatnego prowadzenia zajęć czy wypełniania dokumentów, których zgodnie z zapisanymi obowiązkami nie muszą wypełniać.

Dlaczego strajkujemy? Odpowiadają nauczycielki z Władysławowa, Sokółki i Konina

Podejrzewam jednak, że wielu nauczycieli będzie w tym proteście uczestniczyć w taki sposób, żeby uczniowie jak najmniej to odczuli. Rozmawiałam z nauczycielką, która w ramach tego protestu nie jedzie na wycieczkę szkolną. Gdy spytałam, czy to znaczy, że wycieczka się nie odbędzie, to usłyszałam, że załatwiła za siebie zastępstwo.

Żaden nauczyciel nie chce, żeby na tym proteście straciły dzieci.

Taki protest, żeby był skuteczny, musi być jednak dla kogoś uciążliwy.

Obawiam się, że najbardziej ucierpią na nim dyrektorzy szkół, którzy na dodatkowej pracy nauczycieli polegają.

Naprawdę skala jest duża?

Z analizy Instytutu Badań Edukacyjnych z 2013 roku wynika, że nauczyciele na wypełnianiu dokumentów spędzają tygodniowo trzy i pół godziny, moim zdaniem teraz jeszcze więcej. To więcej niż na rozmowach z rodzicami czy dokształcaniu się. Z ankiety ZNP wynika, że poza dokumentami wynikającymi z prawa wypełniają dodatkowo 50 innych, część w ogóle nie jest związana z przepisami oświatowymi. Jedna z nauczycielek powiedziała mi, że w tej chwili zajmuje się kompilowaniem danych na temat uczestnictwa uczniów w lekcjach religii w ostatnich latach. Poprosiła o to gmina, w ramach dostępu do informacji publicznej. Oczywiście ludzie mają prawo domagać się informacji, ale czemu mają je zbierać nauczyciele? Poza tym są też niby-drobiazgi.

Uczenie jako nieśmiertelność

Ktoś publikuje dużo postów w mediach społecznościowych, więc dyrektor zleca prowadzenie fanpejdża szkoły. Wydaje się, że to kilka, kilkanaście minut, ale w sumie wymaga regularności, planowania, sporo czasu.

To gdzie leży sens tego protestu?

On ma sens, tylko jeśli nauczyciele zrobią zebrania z rodzicami i wytłumaczą im, jak wiele robią, choć zgodnie z kontraktami nie powinni. Myślę, że to jedyny sposób, aby mieć rodziców po swojej stronie, gdy w końcu przyjdzie czas rozmowy na temat pensum i płac. W przeciwieństwie do wiosennego strajku ten protest będzie dużo mniej dostrzegalny, za to można przy jego okazji rozmawiać i tłumaczyć, i w ten sposób przeciągać opinię publiczną na swoją stronę.

Nauczyciele czuli się opuszczeni w swoim wiosennym strajku.

Badania pokazują, że jeśli chodzi o poparcie dla strajku, to opinia publiczna była podzielona mniej więcej fifty–fifty. Gdy z kolei pytamy o same zarobki, to większość Polaków uważa, że nauczyciele powinni zarabiać więcej.

Suchecka: Wreszcie edukacja stała się ważnym tematem medialnym

Wspomniałaś o konsekwencjach reformy. Mamy za sobą pierwszy szok po obejrzeniu filmików z przepełnionych szkół. Ale to najbardziej widoczne skutki, są też inne.

Te filmiki były dosyć dramatyczne. Oczywiście odczuli to uczniowie, ale nauczyciele też są bardzo zniechęceni. W niektórych szkołach trzeba było zlikwidować pokoje nauczycielskie, bo brakowało pomieszczeń na klasy. To może się wydawać czymś nieistotnym, ale to bardzo pogorszyło komfort pracy, który i tak był kiepski w polskich szkołach. Spróbuj też sobie wyobrazić, jak to jest prowadzić zajęcia w 38-osobowej klasie albo w pomieszaniu bez okien. Plany lekcji – szczególnie w technikach – było tak trudno ułożyć, że niektórzy nauczyciele w takich warunkach prowadzą nawet jedenaście lekcji dziennie.

Nauczyciele muszą sami zadbać o swoje stanowiska pracy − korzystać z prywatnych komputerów, często przynosić własny papier do drukarki czy do ksero. Wyobraź sobie, że twoim codziennym doświadczeniem jest to, że musisz dopłacać do swojego stanowiska pracy, mimo że i tak mało ci płacą, a do tego jeszcze nie masz gdzie usiąść.

Zachodzi jednak też inny proces, którego większość ludzi nie zauważy, a czego konsekwencje będziemy mogli zmierzyć dopiero za długi czas. W połowie października sprawdzałam, gdzie brakuje nauczycieli. W całej Polsce było aktualnych ponad trzy tysiące ofert, często na cały etat.

Co to w praktyce oznacza?

Przykład z Warszawy. W dużym liceum, w którym otworzono kilkanaście klas pierwszych, nie ma ani jednego nauczyciela fizyki. Dyrektor jest fizykiem, ale nie jest w stanie uczyć wszystkich, nie mówiąc już o tym, że jego obowiązki są inne. Przez półtora miesiąca te dzieci miały zastępstwa, zazwyczaj z nauczycielami innych przedmiotów, czyli nie uczyły się fizyki. Na szczęście w tej szkole nie ma rozszerzonej fizyki.

Mniej szczęścia mają dzieci z innej warszawskiej szkoły, w której wciąż brakuje nauczyciela języka hiszpańskiego w klasie z rozszerzonym hiszpańskim. Na zastępstwo przychodzi polonistka, bo ktoś z tą młodzieżą musi siedzieć. Dzieci mogą porozmawiać z nią o Don Kichocie, ale nie uczą się hiszpańskiego. Ten czas jest nie do odrobienia, nawet jeśli się nauczyciel w końcu znajdzie.

W czasie zjazdu Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadr Kierowniczych Oświaty dyrektor szkoły podstawowej w Krakowie powiedział, że tak jak do tej pory szkoły się chwaliły na swoich stronach internetowych zajęciami czy projektami unijnymi, w których uczestniczą, to teraz będą się chwalić tym, że mają wszystkich nauczycieli. Trochę śmieszne, ale też trochę straszne. Do tego dochodzi problem jakości kadry.

To znaczy?

Na zjeździe OSKKO często słyszałam od dyrektorów następujące historie: miałem trzydziestu nauczycieli, w tym roku mam pięćdziesięciu, bo mam dużo więcej klas, ale tych dwudziestu to są całkiem nowi ludzie i muszę przyznać, że wielu z nich jest „z łapanki”. Ja ich nie zatrudniłem dlatego, że byli dobrzy, ale dlatego, że nikt inny nie chciał być nauczycielem. To selekcja negatywna.

Jak doprowadzić do tego, by polski system edukacji sprostał wyzwaniom XXI wieku?

A nie ma potrzeby odświeżenia kadry?

Zawsze jest to potrzebne, jak w każdej branży, żeby się rozwijała. Ale to nie są młodzi ludzie ze świeżym zapałem i nowymi pomysłami, tylko często emeryci lub nauczyciele uczący w podstawówce obok. W tym drugim przypadku ci nauczyciele często pracują na więcej niż etat. Jest ich bardzo wielu, w samej Warszawie ponad trzy tysiące nauczycieli ma minimum półtora etatu.

Istotne jest to, kim odświeżamy kadrę. W Polsce mniej niż siedem procent nauczycieli ma poniżej trzydziestu lat. Ten odsetek będzie malał. Młodzi ludzie nie chcą iść do zawodu, tak lekceważonego i źle płatnego.

Więcej pracy to większe pensje.

To prawda. Ale nauczyciele wcale nie mają zbyt mało pracy. Pierwsze klasy po podstawówce i po gimnazjum mają różne programy, lektury, zupełnie nową podstawę programową, więc nawet nie można skorzystać ze scenariuszy lekcji z zeszłego roku.

Lalkę z jednymi i drugimi trzeba będzie omawiać inaczej?

Tak, bo będą zdawały różne matury, trzeba je uczyć czegoś innego i inaczej przygotowywać do egzaminów. Więcej pracy oznacza też mniej czasu na porządne przygotowanie się.

Nauczycielom potrzeba nowych form protestu [rozmowa]

Czy ten brak nauczycieli nie jest chwilowym dołkiem?

Nie, bo to są lata zaniedbań. I rozwiązanie problemu będzie trwało naprawdę długo. Nie ma pomysłu na ściągnięcie młodych nauczycieli do pracy. A kiedy pojawiają się jakieś finansowe zachęty − jak w Warszawie, która z budżetu miasta wypłaca dodatki − doprowadza to do sytuacji, w której nauczyciele stażyści zarabiają niemal tyle samo co mianowani.

A jak oceniasz rozwiązania proponowane przez partie polityczne?

Problem polega na tym, że większości programów brakuje konkretów. Wyjątkiem tutaj jest Konfederacja, która proponuje bon edukacyjny i zniesienie Karty Nauczyciela. Rodzice mieliby głosować nogami, pieniądze iść za uczniem, a pensje ustalać wolny rynek. Wątpię jednak, by te recepty rozwiązały problemy polskiego szkolnictwa, ale to temat na inną rozmowę.

Lewica mówi o świeckiej szkole i tolerancji.

To rzeczywiście są istotne sprawy, bo polska szkoła nie uczy tolerancji i ma poważne problemy z dyskryminacją i szacunkiem dla odmienności. Z powodu Tęczowego Piątku kwestia tożsamości płciowej i orientacji seksualnej wychodzi na pierwszy plan, ale chodzi też o kolor skóry czy zamożność. I obawiam się, że nie będzie lepiej.

Na OSKK w Zakopanem usłyszałam, że jedna z organizacji pozarządowych ma problem ze znalezieniem w Krakowie trzech szkół podstawowych, które włączyłyby się w projekt przeciwdziałania ogólnie rozumianemu wykluczeniu. Nikt nie chciał się do tego zgłosić.

Dlaczego?

Dyrektorzy boją się kontroli kuratoriów, oskarżeń o ideologizację, kolejnej burzy związanej z oświadczeniami rodzicielskimi, na kształt tych wydawanych przez Ordo Iuris. Oczywiście to zjawisko istniało i wcześniej, ale nie w takiej skali.

Świat według Ordo Iuris

czytaj także

Obserwuję, że szkoły, które były otwarte na organizacje pozarządowe czy zewnętrznych ekspertów, teraz się zamykają. Nie chodzi tylko o edukatorów seksualnych, problemem było przecież zorganizowanie tygodnia konstytucji. W jednej szkole kuratorium zrobiło kontrolę po wizycie Leszka Balcerowicza. Chciano sprawdzić, czy to nie była przypadkiem agitacja polityczna.

Niezależnie od tego, jak oceniamy jego poglądy, jest to osoba, o której uczymy się na historii. Spotkanie daje szanse nawet na to, by dzieciaki się z takim Balcerowiczem pokłóciły. Kontrola oczywiście nic nie wykazała, bo nie było to wystąpienie polityczne. Ale możemy się spodziewać, że inne szkoły niechętnie będą zapraszać nie tylko Balcerowicza, ale też Władysława Frasyniuka czy pisarkę, która być może opisała scenę seksu w historii dla nastolatków. Szkoła nie tylko będzie się bała konfrontować uczniów z żywą historią, ale też ich wychowywać.

PiS nie przyznaje się, że reforma była porażką i przyniosła sporo problemów.

W programie wyborczym twierdzą, że musimy przemodelować sposób wynagradzania nauczycieli. Mówi też o tym sam minister Piontkowski.

Co to oznacza?

Konkretnie − trudno powiedzieć. Są dwie możliwości. Jedną, popieraną przez ZNP i „Solidarność” nauczycielską, jest powiązanie pensji nauczycieli ze średnimi zarobkami w gospodarce. ZNP zapowiedział zbiórkę podpisów pod obywatelskim projektem ustawy w tej sprawie. To jest bardzo dobry pomysł z perspektywy nauczycieli, ale drogi, bo wymagałby zwiększenia nakładów na edukację o nawet kilkanaście miliardów złotych rocznie. To w zasadzie ta sama rozmowa, którą odbywaliśmy wiosną przy okazji strajku: zwiększenie nauczycielom pensji o tysiąc złotych to około czternastu miliardów złotych rocznie. To naprawdę dużo.

Polityka edukacyjna rządu uderza w samorządy dużych miast

Tych pieniędzy nie ma w budżecie?

Prawdą jest, że więcej wydajemy na 500+. Na jednorazową wyprawkę dla każdego dziecka w wysokości trzystu złotych wydajemy rocznie półtora miliarda. Pieniądze w budżecie są, ale trzeba byłoby je przekierować. To oznacza, że ktoś by na tym stracił, i bardzo zasadnym pytaniem jest, czy zarobki nauczycieli są w tej kalkulacji priorytetem.

A druga możliwość?

To coś za coś. Możemy się spodziewać, że rząd oczekiwałby na przykład podniesienia pensum w zamian za wyższe pensje. O tym też była rozmowa w trakcie strajku. Ale podniesienie pensum będzie wiązało się ze zwolnieniami. Przyniesie też inne problemy, zwłaszcza w szkołach podstawowych.

Jakie?

Po reformie edukacji fizyk w szkole podstawowej, w której jest jedna klasa na danym poziomie, prowadzi cztery lekcje w tygodniu. Oznacza to, że ma cztery osiemnaste etatu. Jeśli podniesiemy pensum do dwudziestu godzin, to będzie miał jedną piątą, i żeby mieć pełen etat, będzie musiał uczyć w pięciu szkołach. W miastach być może to nie jest tak odczuwalne, ale na terenach wiejskich, gdzie odległości są większe, to poważna uciążliwość.

Czy taka osoba nie mogłaby uczyć innego przedmiotu? Dobry fizyk chyba poradzi sobie z matematyką.

Z zasady − czemu nie. Tak jest w Finlandii, gdzie nauczyciele uczą, jak czasami żartuję, ogólnej wiedzy o życiu. Ale tu na przeszkodzie stoi polski sposób kształcenia nauczycieli.

Chcemy szkoły życia, nie przeżycia

czytaj także

A co konkretnie?

W Polsce mamy dwa rodzaje nauczycieli. Do pierwszej kategorii należą osoby po edukacji wczesnoszkolnej, czyli panie − bo to zazwyczaj kobiety − w przedszkolach i klasach 1−3. One uczą podstaw matematyki, nauk przyrodniczych i języka polskiego. I te nauczycielki są do tego przygotowane. Ale od klasy czwartej w górę masz nauczycieli przedmiotowców, czyli osoby po konkretnych kierunkach studiów ze specjalizacją nauczycielską. Ta specjalizacja nauczycielska to psychologia i dydaktyka, zazwyczaj w bardzo okrojonym i teoretycznym zakresie.

Te osoby mają zaawansowaną wiedzę przedmiotową, ale o uczeniu wiedzą najczęściej za mało, a o nauczaniu innego przedmiotu nie wiedzą nic. Na dzisiaj nie mamy nauczycieli, którzy mogliby dobrze uczyć dodatkowych przedmiotów.

Co ze studiami podyplomowymi? Czy dzięki nim można się dokształcać?

Trzeba powiedzieć jasno, że studia podyplomowe, które miałyby przygotować nauczycieli do uczenia innego przedmiotu, w wielu przypadkach nie robią tego dobrze, bo na tych studiach wykładowcami są akademicy, a nie inni nauczyciele.

Oczywiście chemik musi wiedzieć coś z biologii, a fizyk z matematyki. Pewnie takie osoby mają wystarczającą wiedzę, żeby przeciętnie uczyć przeciętnych uczniów, bo do tego wystarczy zrealizować podręcznik. Ale żeby wychować olimpijczyków lub zrobić projekty naukowe z wybitnymi uczniami, to za mało. Ucierpią na tym też najsłabsi, którym trzeba poświęcić więcej czasu i uwagi i których często trzeba uczyć inaczej niż resztę klasy.

Strajki muszą być uciążliwe, inaczej nie będą skuteczne [rozmowa]

Przecież mamy jednych z najlepiej wykształconych nauczycieli w Europie.

To prawda, osoby uczące pokończyły studia magisterskie, a nie tylko licencjackie, mają zrobione studia podyplomowe. Nauczyciele w Polsce wkładają dużo wysiłku w swój rozwój. Problem jest systemowy i polega na tym, że to nie jest wykształcenie, które daje im narzędzia do tego, żeby byli dobrymi, wszechstronnymi nauczycielami, potrafili skutecznie przekazywać wiedzę. Zmuszanie nauczycieli, żeby uczyli kilku przedmiotów, to zabieranie się do problemu od złej strony.

Dobrym rozwiązaniem byłoby umożliwienie nauczycielom wymiany doświadczeń. W Bydgoszczy na przykład powstał Bąbel Matematyczny. Tam sieciowano nauczycielki, wspierały je uniwersytet i Instytut Badań Edukacyjnych. To było świetne rozwiązanie, ale wyjątkowe w skali kraju.

Brzmi to, jakby rozwiązanie bolączek polskiej edukacji było zadaniem na lata.

Nawet gdybyśmy podnieśli teraz radykalnie pensje − w co nie wierzę, ale załóżmy ten optymistyczny scenariusz na potrzebę wywodu − to i tak zostajemy z problemem selekcji negatywnej. Sama podwyżka nie zniweluje lat wychowania w przekonaniu, że nauczycielami zostają tylko „przegrywy” życiowe. Nawet jeśli informatyk w biznesie będzie zarabiał tyle, co nauczyciel, to nikt w telewizji nie powie o nim, że jest nierobem.

Z takim problemem nie borykają się nawet lekarze, choć słyszy się narzekania na konowałów. Koniec końców, kiedy osoba wchodzi do gabinetu, zwraca się do swojego lekarza z szacunkiem, bo to od niego zależy jej zdrowie i życie.

Musimy znaleźć sposób na przekonanie młodych ludzi, że zawód nauczyciela jest wart najlepszych. Same pieniądze tego problemu nie rozwiążą.

**
Justyna Suchecka – do niedawna dziennikarka „Gazety Wyborczej”, teraz TVN24, specjalizująca się w edukacji. Laureatka pierwszej edycji Nagrody Edukacyjnej Fundacji im. prof. Romana Czerneckiego EFC za artykuł o edukacji i nagrody Człowiek E(x)plory 2019. Pracuje nad książką o nauczycielach.

Bio

Jan Smoleński

| Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.