Kraj

Kaczyński kusi lewicę obietnicą progresywnych podatków. Nie powinniśmy dać się na to nabrać

Podwyżka podatków dla najbogatszych? Doskonały pomysł. Ale lewica nie powinna za nią głosować, jeśli ceną będzie poparcie dla Nowego Ładu PiS. Zagłosowałaby w ten sposób za oddaniem jeszcze większej władzy w ręce złych ludzi.

Nie wiadomo, co ostatecznie znajdzie się w tzw. Nowym Ładzie Morawieckiego i Kaczyńskiego. Na razie znamy nazwę, która wskazuje na wielkie ambicje: przebudowy polskiego społeczeństwa na nowo.

Od kilku tygodni przecieki z gabinetów władzy sugerują, że jej elementem ma być zwiększenie progresji podatkowej (a tak naprawdę jej wprowadzenie, dzisiaj bowiem jej w praktyce nie ma). Lepiej zarabiający zapłacą więcej, np. w postaci większej składki zdrowotnej płaconej przez samozatrudnionych i przedsiębiorców; a biedni mniej, np. w postaci podniesionej kwoty wolnej od podatku, być może nawet do 30 tys. złotych dochodu rocznie, chociaż z tej zapowiedzi władza już się zaczęła wycofywać (minister finansów mówił ostatnio o 15–20 tys. złotych).

Tym przeciekom – podkreślam, że nadal nic konkretnego nie wiemy – towarzyszy miła lewicowemu sercu retoryka. W wywiadzie dla „Gazety Polskiej” prezes PiS – wyleniały polityczny Mefistofeles, który doskonale wie, co, komu i po co mówi – kokietował lewicę, mówiąc o aktualnym systemie podatkowym: „Twierdzenie, że to ma jakiś prorozwojowy charakter, jest łatwe do sfalsyfikowania – poprzez odwołanie się do poziomu czysto polskich inwestycji, skłonności do innowacyjności, do ryzyka. Niestety te wszystkie działania są […] na bardzo niskim poziomie. System premiujący lepiej zarabiających nie wypełnia swojej roli, a jest skrajnie niesprawiedliwy. […] Chodzi o to, by tak zorganizować nasze państwo, by korzystali wszyscy, a nie w sposób szczególny niektórzy. […] Sęk w tym, że są ludzie, których perspektywa utraty na przykład tysiąca złotych miesięcznie z bardzo wysokiego wynagrodzenia wprowadza w stan jakiejś histerii. Moja wrażliwość na taką postawę jest dość ograniczona […]”. Brzmi atrakcyjnie: do takiego PiS sam bym się zapisał.

Kaczyński mówi, dodajmy, rzeczy prawdziwe. Popularne wśród naszych jaskiniowych liberałów przekonanie, że niskie podatki dla bogatych sprzyjają inwestycjom, jest z pewnością empirycznie fałszywe. Argumenty ekonomiczne wyłożył – z licznymi odwołaniami do badań ekonomistów – w Magazynie WP (10 kwietnia) Kamil Fejfer, więc streszczę je tu pokrótce: kilkadziesiąt lat historii gospodarczej dowodzi zerowego związku pomiędzy poziomem opodatkowania dla najbogatszych a ich skłonnością do inwestowania. Mamy też dobre powody sądzić, że opłacają się finansowane z wyższych podatków inwestycje w usługi publiczne – np. w zdrowie czy zasiłki rodzinne: bogaci będą odrobinę mniej bogatsi, ale też wszyscy, w tym oni sami, będą żyli lepiej. Być może istnieją tak wysokie podatki, które rzeczywiście zniechęcają do pracy: z pewnością jednak jest nam wciąż do nich bardzo daleko.

Stary Mefisto kusi

Co jest zatem nie tak z propozycją Kaczyńskiego? W skrócie: to, że składa ją Kaczyński, że zmiany w podatkach mają być elementem Nowego Ładu, a Nowy Ład stanowi ostatnią, desperacką próbę utrzymania się partii Kaczyńskiego u władzy przez następną kadencję.

W Polsce nawet podatki zwiększają nierówności [rozmowa]

Pieniądze, przypomnijmy, są narzędziem władzy, zazwyczaj silniejszym niż policyjne pałki. Jeżeli odbierzemy je prywatnym osobom i damy je rządzącym, ci zyskają potężne narzędzie kupowania sobie poparcia. Kaczyński więc de facto ubiera w miłe lewicy słowa propozycję: „pomóżcie mi zostać u władzy przez następną kadencję”. Nie, dziękuję. Może innym razem. A najlepiej – nigdy.

Te przecieki – i nagła sympatia Kaczyńskiego dla redystrybucji w wywiadzie dla „GP” – nie pojawiły się przypadkowo. Prezes Polski wie, że nie ma w sprawie Nowego Ładu poparcia u własnych koalicjantów. Ani zerkający w stronę liberałów Gowin, ani spoglądający ku Konfederacji Ziobro nie zagłosują za podwyżką podatków. Obu zresztą przy prezesie trzyma (na razie) tylko lęk o polityczne przetrwanie. Popuśćmy jednak na chwilę wodze fantazji i wyobraźmy sobie, że ten plan przechodzi z pomocą lewicy. PiS dostaje do ręki więcej pieniędzy z podatków, wyciśniętych z wyjącej z wściekłości klasy średniej – która i tak w większości głosuje na opozycję, więc mało prezesa obchodzi.

Pora na świat bez podatków! (ale tylko dla korwinistów)

Na co pójdą? Dostanie je Jacek Kurski na swoją telewizję; Jan Żaryn na kolejny Instytut Dziewictwa Narodowego im. Romana Antysemity; Przemysław Czarnek na Narodowy Program Kopernika, z dożywotnio zatrudnionymi kolegami z KUL w gronie kopernikantów; faceci i facetki z Polskiej Fundacji Narodowej i całego wianuszka innych tego typu instytucji. Na to już idą grube miliardy, zwłaszcza na Kurskiego, ale ci ludzie zawsze są w stanie skonsumować więcej. Obłe, zadowolone buzie towarzyszy Szmaciaków wytaczających się z limuzyn na msze u o. Rydzyka będziemy wtedy oglądać przez kolejne cztery lata, a może i dłużej. Warto?

Na to z pewnością trzeba będzie zagłosować w pakiecie z podatkami. Wiemy już – mówił to minister Przemysław Czarnek – że powołanie Narodowego Programu Kopernika, tej podporządkowanej władzy parodii Polskiej Akademii Nauk, stanowi element Nowego Ładu.

Gdula: Wstrzymać autonomię, ruszyć kasę

Słychać wycie. Znakomicie?

Dlaczego więc ktokolwiek w ogóle mógłby pomyśleć, że lewica będzie w stanie poprzeć taką propozycję? W normalnych warunkach żadnego głosowania wspólnie z PiS nie wybaczyliby lewicy jej wyjątkowo antypisowscy wyborcy – głosowanie za „piątką dla zwierząt” Kaczyńskiego byłoby tu wyjątkiem potwierdzającym regułę. Dlaczego więc mieliby akurat w tej sprawie poprzeć nacjonalistyczną prawicę, której nienawidzą?

Darcie futer na prawicy. Czy norki naprawdę obalą PiS?

Odpowiedź jest prosta: z resentymentu do liberałów. Amerykańscy konserwatyści często używają wyrażenia „owning the libs”. Można to przetłumaczyć na polski bardziej lub mniej wulgarnie. Tak czy inaczej, istnieje i u nas rodzaj lewicowego wyborcy, któremu „przyłożenie libkom” dostarcza takiej rozkoszy, że z wdzięczności jest gotów oddać Polskę Kaczyńskiemu.

Żeby było jasne, mnie też irytuje roszczeniowość klasy średniej, która uważa, że wszystko się jej należy, że pracuje najciężej ze wszystkich, że to ona swoimi zgrubiałymi od stukania w klawiatury rękami wykuwa polski PKB oraz że wokół niej kręci się wszechświat, a jeśli nie kręci, to przynajmniej powinien. Oglądanie, jak ci niesłychanie zazwyczaj zadowoleni z siebie ludzie – przekonani, że są szczerymi demokratami, solą tej ziemi – wpadają w histerię na wieść o podwyżce podatków, to pierwszorzędna rozrywka. Na taki show powinno się sprzedawać bilety (powinien je sprzedawać Cezary Michalski w duecie z Witoldem Gadomskim).

Markiewka: Nie stać cię na sukces, czyli okrutny mit merytokracji

Sam uwielbiam czytać gniewne diatryby na „rząd, który okrada” oraz nigdy niespełniające się proroctwa o gospodarczej katastrofie, która niechybnie nadejdzie, jeśli zapłacą temu rządowi chociaż o złotówkę więcej. Albo te prognozy – które też dziwnym trafem nigdy się nie spełniają – że masowo wyjadą za granicę. Boki zrywać! Od trzydziestu lat piszą to samo, a nadal jest śmieszne. Wyjeżdżają najwyżej na Zanzibar i zaraz wracają. Czemu nie zostają pod palmami? Zero sympatii dla was, panie i panowie.

Polityki jednak nie można uprawiać, kierując się resentymentem. A Kaczyński gra na nich po mistrzowsku – gra na lęku przed Unią, na niechęci do „elit”, na różnych lękach i urazach. Wyczuwa resentyment u części lewicy i próbuje grać na nim także w tym momencie. Na tym polega jego kuszenie: zagłosujcie tak, jak chcę, na złość „elitom”, których nienawidzicie.

Nie można dać się nabrać. To pułapka. Progresywny system podatkowy powinien wprowadzić rząd z udziałem lewicy – na jej warunkach. Nie można z niego robić prezentu dla nacjonalistów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Adam Leszczyński
Adam Leszczyński
Dziennikarz, historyk, reporter
Dziennikarz OKO.press, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Autor dwóch książek reporterskich, „Naznaczeni. Afryka i AIDS" (2003) oraz „Zbawcy mórz” (2014), dwukrotnie nominowany do Nagrody im. Beaty Pawlak za reportaże. W Wydawnictwie Krytyki Politycznej ukazały się jego książki „Skok w nowoczesność. Polityka wzrostu w krajach peryferyjnych 1943–1980” (2013) i „Eksperymenty na biednych” (2016). W 2020 r. ukazała się jego „Ludowa historia Polski”.
Zamknij