Kraj, Weekend

Mamy problem, jak sprawić, żeby populiści kogoś jeszcze przerażali

Przeobrażenie PiS z partii neoliberalnej na prawie socjalistyczną przeszło niemal niezauważone, bo populistów nie da się rozliczać z poglądów. Inaczej niż socjalizm, liberalizm czy konserwatyzm nie został on zaprojektowany przez intelektualistów i nie jest kolejną gabinetową teorią społeczną, spójną i logiczną, którą można byłoby studiować i obalać.

Przypomnijmy sobie, czego u progu rządów Kaczyńskiego w 2015 roku czy rok później Trumpa spodziewano się po nich. Ówczesne wyobrażenie na temat tego, co mogą zrobić populiści u władzy, było takie: pojawi się lider, który chaotycznie będzie wprowadzał w życie sprzeczne ze sobą postulaty. W państwie zapanuje bałagan. Najbardziej skorzystają bogaci, bo to im, wbrew obietnicom, zazwyczaj próbują pomóc populiści. Oni też umieją zarabiać na destabilizacji. Stracą najbiedniejsi, bo ani Trump, ani Marine Le Pen nie będą w stanie sprowadzić fabryk na powrót do swoich państw. Nie poradzą też sobie z ogromną liczbą uchodźców, więc niewiele się w tej sprawie zmieni. Na koniec władza im się rozleci w rękach i skończy się na przegranej.

Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim na początku transformacji Teresa Torańska zaczęła stwierdzeniem: „Zagrałeś się, Jarek, naprawdę”.

Odpowiedział: „Nie, moja droga. Powtarzasz starą tezę, że ja się zagram na śmierć, ale to nieprawda”. Jednak dokładnie tak stało się w latach 2005–2007, gdy Prawo i Sprawiedliwość współrządziło Polską. Wówczas partia Kaczyńskiego próbowała podbić Polskę dokładnie odwrotną polityką społeczną do dzisiejszej: zniosła trzeci próg podatkowy, podatek spadkowy i składkę rentową ku zadowoleniu neoliberałów, do których zawsze, w odróżnieniu od swojego brata, należał Jarosław Kaczyński. Chciała być partią odpowiedzialności budżetowej i reform?

Wybory wygrywa się już nie w Końskich, ale w Nieświniu

Jeśli tak, to dekadę później PiS zamienił się w swoje przeciwieństwo, a z „zagrania się na śmierć” uczynił metodę, tylko na śmierć zagrywa nie siebie, ale ustrój. Postawił na wdrażanie największych transferów socjalnych w historii Polski. Na każde drugie dziecko przyznał 500 złotych na rękę i także na pierwsze dziecko w biedniejszych rodzinach. (W tym czasie średnia pensja w Polsce to około 2900 złotych netto, przy czym mniej niż tyle zarabiało ponad 2/3 Polaków). W ten sposób, według Ryszarda Szarfenberga z Instytutu Polityki Społecznej UW, udało się w rok zmniejszyć ubóstwo od 20 do 40 procent, a w przypadku dzieci od 70 do 90 procent. PiS później rozszerzy program 500 plus na każde pierwsze dziecko. W 2016 roku wprowadzono darmowe leki dla osób starszych niż 75 lat. Podniesie płacę minimalną wyżej, niż zabiegali o to związkowcy. Zaś wiek emerytalny obniży z 67 lat dla obu płci do 60 dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Najbiedniejszym podniesie także kwotę wolną od podatku. Do trzynastej emerytury doda czternastą.

Ale to było coś za coś. Szybko okazało się, że u władzy „drugi” PiS będzie dążył do podporządkowania sobie wszystkich możliwych instytucji w państwie: prokuratury, sądów, mediów, biznesu, instytucji kultury, NGO-sów itd. Wszyscy populistyczni przywódcy mają obsesję na punkcie kontroli. Rzeczywistość normalnej demokracji liberalnej wydaje im się odpychająca. „Odpowiedzialna za państwo” władza musi wszystko „uporządkować”.

Pluralizm medialny to chaos informacyjny. Niezależne sądownictwo to chaos prawny. Niezależna administracja publiczna to chaos instytucjonalny. Społeczeństwo obywatelskie to chaos społeczny, warcholstwo, awanturnictwo. Ale to nie znaczy, że ten chaos powstał samoczynnie, bo według populistów nic tak nie powstaje. Jarosław Kaczyński nie wierzy w przypadki. Podobnie jak nie wierzy w nie Donald Trump czy Viktor Orbán. Jeśli coś nie zależy ode mnie, to znaczy, że zależy od wroga (najczęściej George’a Sorosa – to nazwisko też łączy populistów). A zatem leży to w interesie elit, obcych sił, poprzedników u władzy. Polityka to podział nie na odmienne stanowiska, ale na bohaterów i zdrajców. Jeśli to my chcemy „uratować Polską suwerenność”, to nasi przeciwnicy są a priori zdrajcami, nie mogą więc być równoprawnymi kandydatami do władzy. Populistycznego przywódcę wręcz zobowiązuje to do zwalczenia opozycji i ograniczenia jej praw.

Sadura, Sierakowski: Opozycja może przegrać z samą sobą

Jedni w związku z tym alarmują dziś: „Faszyzm: ostrzeżenie”, jak Madeleine Albright pochodząca z Czechosłowacji była sekretarz stanu USA, „Tyrania” – przestrzega Timothy Snyder. Anne Applebaum mówi o zmierzchu demokracji. Inni jednak, jak Chantal Mouffe, nie chcą wcale odrzucać populizmu, lecz jedynie zmienić mu barwy z prawicowych na lewicowe. Sami populiści, jak Viktor Orbán, najczęściej mówią nie o demokracji, ale o antyliberalizmie czy illiberalizmie, mimo to autorzy najgłośniejszych książek o populizmie zgodnie przeciwstawiają go demokracji, a nie liberalizmowi. I tak też reagują przeciwnicy populistów w mediach i społeczeństwie. To błąd, który wyjaśnimy w jednym z kolejnych rozdziałów.

Przeobrażenie PiS z partii neoliberalnej na prawie socjalistyczną przeszło niemal niezauważone, bo populistów nie da się rozliczać z poglądów. Inaczej niż socjalizm, liberalizm czy konserwatyzm nie został on zaprojektowany przez intelektualistów i nie jest kolejną gabinetową teorią społeczną, spójną i logiczną, którą można byłoby studiować i obalać. Nie ma populistycznego Karola Marksa, Johna Locke’a czy Edmunda Burke’a. Nie ma zasad, z których moglibyśmy populistów rozliczać, nie da się ich oceniać ze względu na zgodność praktyki z ideałami. Sami przecież nie uważają się za populistów i nie nawiązują do żadnej tradycji, a jeśli to do wielu naraz. Ci, dla których ukuto niezależnie od siebie w XIX wieku to pojęcie, czyli członkowie Partii Populistycznej w USA i populiści rosyjscy, kierowali się jak najbardziej szlachetnymi pobudkami. Odwrotnie niż dziś. Dlatego szansę na władzę odbierali sobie przez swój nonkonformizm i szybko zniknęli z polityki.

Populizm odrodził się jako pojęcie w Europie Zachodniej i od razu wywołał szok. Traktowany był jako efemeryczna egzotyka, z którą jednak nie zamierzano się pieścić. Dojście do władzy Partii Wolności Jörga Haidera w 2000 roku niemal z dnia na dzień doprowadziło do objęcia Austrii sankcjami przez Unię Europejską, czternaście państw UE natychmiast zamroziło stosunki z Wiedniem. Uznano to później za błąd. Jeszcze gorzej potraktowany został drugi najbardziej znany ówczesny populista, Holender Pim Fortuyn, którego zastrzelił aktywista na rzecz praw zwierząt. Dziś odwrotnie niż wtedy: mamy problem, jak sprawić, żeby populiści kogoś jeszcze przerażali (stąd tak alarmujące tytuły wspomnianych książek).

W dwóch pierwszych dekadach XX wieku łączna liczba głosów oddana na partie populistyczne w samej tylko Europie niemal się podwoiła, sięgając 22 procent. Wybranie Donalda Trumpa na prezydenta najbardziej rozwiniętego państwa globu i decyzja Brytyjczyków o brexicie były tak szokujące, że powstało wrażenie, jakby populizm zalewał cały świat. Na tym tle Viktor Orbán czy Jarosław Kaczyński nie wyróżniali się specjalnie. Tyle że gdy na wschodzie Unii populiści rządzą albo współrządzą w większości państw, na Zachodzie, poza Włochami, w żadnym nie stoją na czele rządu i nawet nieczęsto stają się partnerem w koalicji, jak zdarzyło się to w Austrii czy w Szwajcarii.

Jak mądrze straszyć PiS-em i nie przegrzać

W latach 2000–2020 potrojeniu uległo poparcie dla populistów klasyfikowanych jako prawicowi (do 16 procent).

Odpowiadają za to przede wszystkim nowe kraje UE w tym Węgry i Polska, gdzie tego typu siły sięgnęły po władzę. Badacze Martin Eiermann, Yascha Mounka i Limor Gultchin podali dane dotyczące działania 102 partii populistycznych w 39 krajach od 2000 do 2017 roku. Podzielili Europę na cztery części: Wschodnią (od Polski po Macedonię), Zachodnią (od Szwajcarii po Wielką Brytanię), Północną (Skandynawia i państwa bałtyckie) oraz Południową (od Grecji do Portugalii). Nasz region okazał się jedynym, gdzie populiści wygrywali konkurencję z tradycyjnymi partiami. Rządzili aż w 7 na 15 państw (Bośnia, Bułgaria, Czechy, Węgry, Serbia, Słowacja i oczywiście u nas), współrządzili jeszcze w dwóch, w trzech zaś byli głównymi siłami opozycji (Kosowo, Macedonia i Czarnogóra). W 2000 roku jedynie w dwóch państwach populiści przekraczali wynik 20 procent, po dwóch dekadach aż w dziesięciu.

Poparcie dla partii uznawanych za populistyczne wzrosło do skali umożliwiającej im samodzielne rządy. Mimo że na południu Europy – czyli w państwach najbardziej zadłużonych – dominował populizm lewicowy, teraz zaczyna nabierać barw nacjonalistycznych (w całej Europie na 102 partie populistyczne aż 74 są na prawicy).

W Grecji z lewicową Syrizą współrządzili nacjonaliści. Włoski Ruch Pięciu Gwiazd, przez długi czas raczej lewicowy, coraz bardziej przesuwa się na prawo, atakując imigrantów i mniejszości. Najmniej dotkniętą przez populistów częścią Europy jest Północ, ale i tu ich wpływy rosną. W wyborach 2022 roku Szwedzcy demokraci po raz pierwszy w historii zajęli drugie miejsce. Ta nacjonalistyczna partia o korzeniach neonazistowskich, która z czasem pozbyła się największych ekstremistów, otrzymała 20,5 procent głosów.

W 2017 roku termin „populizm” został wybrany przez Słownik Cambridge słowem roku, ale mimo takiego sukcesu nie sposób znaleźć polityka, który chciałby się tak przedstawiać. Przed Kaczyńskim w Polsce terminu populizm używano w jeden bardzo ogólny sposób: gdy ktoś apelował o zwiększenie wydatków publicznych, poszerzenie roli państwa czy zwiększenie deficytu budżetowego. W oskarżeniach o populizm celował Leszek Balcerowicz, zanim sam stał się populistą mówiącym, że najbliższa jego poglądom jest dziś Konfederacja. Także inni politycy czy ekonomiści, którzy chcieli uchodzić za „odpowiedzialnych”.

Czy klasa średnia też sprzeda się PiS-owi?

W odpowiedzi na to populiści nauczyli się dowodzić swojego profesjonalizmu, chętnie paradując z modnymi książkami o gospodarce – a im bardziej prawicowi, tym bardziej lewicowych autorów wybierają. Jarosław Kaczyński polecał publicznie wszystkim „wydaną niestety przez Krytykę Polityczną” książkę Kapitał w XXI wieku Thomasa Piketty’ego. Mateusz Morawiecki cytował Piketty’ego w swoim exposé. Tak jakby chcieli zrzucić z siebie odium prymitywnego populizmu, coś udowodnić, zasymulować odpowiedzialność i profesjonalizm. Marine Le Pen w wywiadzie dla „Foreign Affairs” powołała się na Josepha Stiglitza, podobnie jak Paolo Savona, jeden z liderów i minister ds. europejskich w populistycznym rządzie Włoch. Co więcej, to właśnie populiści korzystają częściej z naukowo opracowanych metod, ale niemal wyłącznie, gdy to pomaga w utrzymaniu władzy. PiS jest niedościgniony w Polsce, jeśli chodzi o współpracę z socjologami, partia od lat konsekwentnie zbiera dane, organizuje badania, wykorzystuje nowe technologie, gdy opozycyjnym partiom ma wystarczyć intuicja lidera i tanie sondaże.

**

Fragment książki Społeczeństwo populistów Sławomira Sierakowskiego i Przemysława Sadury, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Sławomir Sierakowski
Sławomir Sierakowski
Socjolog, publicysta, współzałożyciel Krytyki Politycznej
Współzałożyciel Krytyki Politycznej. Prezes Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Socjolog, publicysta. Ukończył MISH na UW. Pracował pod kierunkiem Ulricha Becka na Uniwersytecie w Monachium. Był stypendystą German Marshall Fund, wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, uniwersytetów Yale, Princeton i Harvarda oraz Robert Bosch Academy w Berlinie. Jest członkiem zespołu „Polityki", stałym felietonistą „Project Syndicate” i autorem w „New York Times”, „Foreign Policy” i „Die Zeit”. Wraz z prof. Przemysławem Sadurą napisał książkę „Społeczeństwo populistów”.
Przemysław Sadura
Przemysław Sadura
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Warszawskiego
Doktor habilitowany, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Wykłada na Wydziale Socjologii UW. Kurator Instytutu Krytyki Politycznej. Założyciel Fundacji Pole Dialogu. Bada relacje między państwem i społeczeństwem w obszarach funkcjonowania różnych polityk publicznych. Autor m.in. książki „Państwo, szkoła, klasy” i współautor (ze Sławomirem Sierakowskim) badań „Polityczny cynizm Polaków” i „Koniec hegemonii 500 plus” oraz książki „Społeczeństwo populistów”.
Zamknij