Czytaj dalej, Kraj

„Fabryka jutra”, czyli Szymona Hołowni przepis na kiełbasę wyborczą

Fot. Monika Bryk

„Fabryka jutra” jest napisana przez osobę, która weszła do świata polityki z zewnątrz i trochę jest w nim dzieckiem we mgle, trochę naiwnym debiutantem, którego wszystko dziwi i zaskakuje, ale głównie zdeterminowanym zadaniowcem, który jak już postanowił, że coś robi, to chce to zrobić na sto procent.

Nie głosowałam na Szymona Hołownię. Jego kampania prezydencka mnie nie porwała, raczej irytowała. Nie przepadam za jego filmikami na fejsie, nie zaciekawiają mnie pomysły polityczne Polski 2050 – część z nich odbieram jako nowoczesną progresywną oczywistość (kwestie klimatu, mieszkalnictwa, edukacji), a część uważam za złe, choć ładnie sprzedawane (referendum w sprawie aborcji).

Zagłosuję na Hołownię

Kiedyś znajoma publicystka powiedziała mi, że mam obsesję na punkcie Hołowni, bo ciągle o nim piszę. Bez przesady, napisałam dwa razy. Dwa razy krytycznie. Innym razem obrazili się na mnie koledzy z lewicy, bo zgodziłam się na publikację na łamach Krytyki Politycznej napisanego przez Hołownię Listu do ludzi lewicy. Pogadaliśmy, wyjaśniliśmy sobie różnice między tym, czym się zajmuje medium, a tym, co jest domeną polityków, i zostaliśmy przy swoich zdaniach. Żal mają chyba do dziś, ale cały czas się kolegujemy.

Wspominam o tym wszystkim, bo publicystyczna uczciwość podpowiada mi, że trzeba to wszystko szczerze napisać. I ta sama publicystyczna uczciwość każe mi powiedzieć, że najnowszą książkę Szymona Hołowni Fabryka jutra przeczytałam, zarywając dwie nocki i myśląc co chwila, jakie to ciekawe i wciągające. Hołownia napisał jedną z najciekawszych książek o kampanii wyborczej, jakie kiedykolwiek czytałam.

Z ponad 20 książek, jakie napisał Hołownia, przeczytałam tylko dwie. Jedna mnie wkurwiła, druga zaintrygowała. Średnia jest więc… średnia. Autor wydaje mniej więcej jedną książkę rocznie, więc czysto statystycznie musi być tak, że czasem się zdarza rok ciekawszy, czasem mniej interesujący. Ostatni rok w życiu Szymona Hołowni to moment, kiedy z dziennikarza stał się politykiem. I o tym opowiada Fabryka jutra. Ponieważ to książka napisana przez dziennikarza, to się nieźle czyta (tak, wiem, że politykom książki też piszą dziennikarze, ale wtedy w słowa ubierają mindset polityka, a to inna historia). Fabryka jutra jest przede wszystkim napisana przez osobę, która weszła do świata polityki z zewnątrz i trochę jest w nim dzieckiem we mgle, trochę naiwnym debiutantem, którego wszystko dziwi i zaskakuje, ale głównie zdeterminowanym zadaniowcem, który jak już postanowił, że coś robi, to chce to zrobić na sto procent.

Hołownia postanowił więc zostać prezydentem Polski. Napisał plan. Zaczął się spotykać z ludźmi i testować na nich, czy plan zażre, czy nie. Zebrał ekspertów, zainteresował przedsięwzięciem znajomych i nieznajomych, ogłosił start w wyborach, zrobił – wspólnie z ogromnym zespołem – kampanię, prezydentem nie został, ale co się dowiedział o polityce i kulisach działania kampanii wyborczych, to jego. A teraz też po części nasze, bo zdecydował się o tym opowiedzieć.

Kulisy kampanii wyborczych to temat dziesiątków filmów i książek. Te fabularne, żeby jakoś utrzymać w kupie opowieść, snują intrygę, pokazują złych i dobrych bohaterów, przemianę niektórych z nich, mają suspens. Z kolei te dokumentalne mają trochę suspensu, a bohaterów głównie dobrych (bo jak już wpuszczasz za kulisy dziennikarzy, to uważasz na każde słowo). I jedne, i drugie za wiele nie mówią o kampanijnej kuchni, bo po pierwsze to nuda. W końcu dla ilu osób ciekawe będzie, że ktoś naklejał plakat, drukował logo czy budował bazy danych. A po drugie, nie opowiada się o politycznej kuchni, bo to tam z sekretnych składników i mielonych mięśni pichci się te słynne kiełbasy wyborcze. Hołownia zdecydował się trochę tego mielenia pokazać. Oczywiście tyle, ile można i wypada, i tyle, ile warto ujawnić dla dobra swojego projektu politycznego – przecież na scenie politycznej, nawet jeśli jeszcze nie występując w głównym show, została po kampanii prezydenckiej Polska 2050.

Gill-Piątek: Chcę budować z Hołownią nowe polityczne centrum

Ludzie

Kampania wyborcza Szymona Hołowni zaczyna się niby od jednej osoby, od niego samego, ale w jego opowieści równocześnie z głównym bohaterem pojawiają się inni ludzie. Już na pierwszej stronie książki Hołownia przywołuje słowa Rafała Matyi o tym, że ten „kocha kampanie”. Hołownia przyznaje, że też to pokochał.

Bardzo szybko, jeszcze zanim kampania się zaczęła, otoczył się gronem doradców. To osoby wywodzące się z różnych światów (mediów, polityki, NGOsów, biznesu, wojska), zajmujące się różnymi dziedzinami. To z nimi tworzył zaczyn i rozwijał projekt. O ludziach Hołownia pisze bardzo dużo. Z imienia i nazwiska wymienia dziesiątki osób zaangażowanych w kampanię w roli ekspertów, koordynatorek czy lokalnych wolontariuszy. Każde z nich jest przedstawione w paru słowach (w Dzienniku Bridget Jones była taka rada, żeby przedstawiając ludzi na przyjęciach, zawsze wspomnieć w dwóch słowach, kim są. Bardzo cenna podpowiedź). Kilka razy Hołownia opowiada, jak kogoś poznał, jak zaproponował spotkanie osobie wcześniej sobie nieznanej i jak w czasie tego spotkania przekonał, że warto spróbować i zrobić tę kampanię wspólnie.

Każda z tych opowieści to historia sukcesu. Współpracownicy i współpracowniczki okazują się wspaniali, mądrzy, zaangażowani, sprawni. Hołownia ich ceni i dlatego tak dużo o nich pisze. I mówię to bez cienia złudzeń, bo wiem, czemu służy opowiadanie tyle o Ekipie Szymona, ale też bez cienia cynizmu – bo tak właśnie powinien o współpracownikach i współpracowniczkach mówić lider.

Ewolucyjna lewica Hołowni

Badania i analizy

Jak tylko pojawiają się pierwsi ludzie wokół i pierwsi eksperci, na scenę wjeżdżają pierwsze analizy. „Kosztowało mnie to wszystko fortunę” – mówi Hołownia o jednym z pierwszych badań. Zrobiono ich wiele. Sondaże, sprawdzanie rozpoznawalności, analizy poparcia w różnych grupach, symulacje rozkładania się głosów w ewentualnej drugiej turze wyborów. O tym też Hołownia pisze dużo, bo to ma pokazać profesjonalizm podejścia do kampanii. Ale też otwartość w mówieniu o jej kulisach. Wiadomo, że wszyscy robią sondaże i fokusy, ale to Hołownia mówi o tym wprost i to jeszcze tak, żebyśmy serio czuli, że ktoś nam zdradził sekretny składnik używany w tej kampanijnej kuchni.

Po pierwszej prezentacji Hołownia słyszy, że może jednak nie zostać wybrany. „To nie może się udać bez popełnienia poważnych błędów przez konkurencję, bez zastosowania przez nas inteligentnych politycznych forteli, wreszcie bez wsparcia »surogatek«, czyli kandydatów, którzy jeszcze przed pierwszą turą mogliby przekazać mi wsparcie. Powód? Ludzie znają mnie, często nawet lubią, ale nie są w stanie wyobrazić sobie, że to ja mógłbym zostać prezydentem” – pisze Hołownia.

Dalej opowiada o narzędziach, jakich używano w kampanii do oceny ruchu generowanego przez treści umieszczane przez komitet w sieci, o segmentacji, która pozwala „podzielić wyborców na grupy ze względu na prezentowane przez nich zestawy poglądów lub innych cech”. Do każdej grupy kieruje się inny przekaz. Każdy to robi, mało kto o tym mówi.

Niektóre narzędzia są mniej profesjonalne, a bardziej anegdotyczne. O tego typu informacjach mówi się „anekdata”, Hołownia nazywa je „brudny fokus”. Ja czasem nazywam to „wyjmij głowę z własnej dupy”, czyli sprawdź, co na różne tematy myślą ludzie, którzy mają inne poglądy niż ty.

Anekdata może też być okazją do pokazania, że Polska potrzebuje kandydata Hołowni. Wspominając badania fokusowe, autor przytacza słowa swoich współpracowników, którzy byli wstrząśnięci, bo „mieli wrażenie, jakby rozmawiali nie z wyborcami, ale z ofiarami przemocy domowej”. „Niech oni się ze sobą nie zgadzają, tylko chociaż niech już nas nie dzielą” – mieli mówić uczestnicy fokusów.

Studia porównawcze

Oprócz tych zamawianych przez całą kampanię badań sztab Hołowni analizował też przypadki polityków, którzy odnieśli sukces wyborczy, a byli jakoś tam podobni do kandydata. To osoby, w przypadku których – jak pisze Hołownia – widać „fenomen wypłacania przez wyborców premii za innowacje polityczne”. W tej grupie znaleźli się Emmanuel Macron, Zuzana Čaputová, Wołodymyr Zełenski czy Alexandria Ocasio-Cortez. Jasne, że każde z nich jest inne, z czego sprawę zdaje sobie też doskonale autor książki, ale wspomnienie tych polityków i polityczek i powiedzenie, że ich kampaniom się szczególnie przyglądano, to znów pokazanie profesjonalnego podejścia, ale też przypomnienie, że skoro takie przypadki się na świecie zdarzają, to czemu w Polsce nie mogłaby mieć miejsca podobna historia.

Jeszcze zanim ruszyła kampania, Hołownia kupił swoim współpracownikom kilkadziesiąt egzemplarzy książki Becky Bond i Zacka Exleya Rules for Revolutionaries. O tej książce pisał w Krytyce Politycznej Piotr Trzaskowski, a ja wspominałam ją w recenzji filmu Podbić Kongres. Egzemplarz stoi na mojej półce. I jak się okazuje, również na półkach Ekipy Szymona. Bond i Exley opisali swoje doświadczenia z kampanii Berniego Sandersa. Wiele z nich jest nie do przeniesienia na polski grunt, ale kilka tak. Kampania Berniego też opierała się w jakimś stopniu na wolontariuszach i grupą tą trzeba było sprawnie zarządzać. Jak? No właśnie o tym jest ta książka. Byliśmy ze znajomymi pod dużym wrażeniem tej opowieści i zaprosiliśmy kiedyś Zacka, żeby nam o tym opowiedział. Zack pracował też przy kampanii AOC, więc i te kulisy dobrze zna. Wspominam o tym, bo mądre czerpanie z doświadczeń innych przydaje się w każdej pracy. Hołowni też się przydało.

Być jak Ocasio-Cortez

Kasa

Nie da się zrobić kampanii bez pieniędzy. Temu tematowi też Hołownia poświęca sporo miejsca. Z jednej strony przytacza szczegółowo informacje o tym, ile na kampanię wydali Andrzej Duda (29 mln złotych), Małgorzata Kidawa-Błońska (ponad 7 mln), Rafał Trzaskowski (prawie 10 mln), a ile on (7,5 mln). Te liczby mają pokazać różnicę skali, dlatego są przywoływane kilka razy. I znowu każdy, kto śledzi życie polityczne, wie, że jest zależność między tym, ile włożysz, a tym, ile wyjmiesz – dużo wydasz, dostaniesz dużo głosów. Proste, choć smutne.

Sumy mają też pokazać, że mimo braku zaplecza partyjnego (a to ono wykłada kasę na kampanię – czy to ze swojego skarbca, czy z kredytu, nieważne) Hołownia i jego sztab potrafili zebrać niezbędne fundusze. Zrobili to dzięki wpłatom od osób indywidualnych. Wymagało to masy pracy, dostosowania systemu wpłat do przepisów prawnych dotyczących finansowania kampanii politycznych, skłonienia ludzi do zrobienia przelewów i utrzymania zainteresowania tych ludzi na dłużej.

„Wiedzieliśmy […], że wpłaty to metoda podtrzymania zaangażowania, że spośród tych, którzy zdecydowali się przelać nam pieniądze, wielu zachowa się konsekwentnie i gdy przyjdzie na to czas, odda na mnie swój głos” – pisze Hołownia.

I po raz kolejny – opowieść o kasie to opowieść o profesjonalizmie sztabu, ale też o „ludzkiej twarzy” kampanii Hołowni.

Media

Na zainteresowanie mediów Szymon Hołownia trochę narzeka, choć nie bardzo ma do tego prawo. Jak tylko pojawiły się na mieście plotki o jego starcie w wyborach, dziennikarze gadali o tym jak najęci – choć głównie pomysł wyśmiewali. Kiedy Hołownia ogłosił start, pisano o tym i mówiono. Sztab nie musiał szczególnie pracować na rozpoznawalność kandydata. Media zaczęły Hołownię zapraszać i zaczęła się jazda. Polityk wspomina wywiad w Tok FM z początku stycznia, kiedy to – jak sam pisze – poległ z kretesem. To wtedy na co drugie pytanie odpowiadał, że będzie „słuchał ekspertów”. Nie tego oczekiwano po kandydacie.

Cześć, Szymon, podobno chciałbyś wiedzieć, jak to jest z tabletkami 72 po

Przygotowania do wywiadów i konferencji prasowych również trzeba było sprofesjonalizować. Hołownia pisze, że zaczęli łączyć „oczekiwania dziennikarzy z naszymi potrzebami komunikacyjnymi”. Dopasowywać terminy rozmów do momentów przekazywania ważnych dla sztabu treści. Konferencje organizować pięć minut po pełnej godzinie, bo wtedy serwisy już podały najważniejsze informacje i jest szansa, że się przełączą na konferencję i ją pokażą.

Wdrożono „konkretną procedurę”, jak nazywa to Hołownia, i przed każdym wystąpieniem kandydat dostawał od strategów „opracowanie, w którym w kilku punktach wyłożone [miał] najważniejsze rzeczy do zakomunikowania”, czasem z propozycjami, które on sam musiał zaakceptować, tak zwanych „spinów, czyli wyrazistych zdań, skrótowo wyrażanych myśli, obliczonych na dłuższe funkcjonowanie w obiegu” – pisze Hołownia.

Z biegiem kampanii wszystko się profesjonalizuje. Nawet oprawa graficzna kampanii czy hasła to przemyślane projekty doświadczonych autorów. Estetyka ma „odnaleźć możliwie szerokie spektrum potencjalnych wyborców”. Żółty jest zainspirowany logotypem popularnego „wśród wszystkich społecznych stanów” supermarketu Billa, hasła na nakładki fejsowe i na koszulki są zaczerpnięte z komunikacji z ludźmi. Każdy detal ma tu znaczenie. I obowiązkowo za każdym stoi jakaś anegdota i ludzka historia.

Błędy

Szymon Hołownia nie boi się też wspominać o kampanijnych błędach. O kontrowersyjnym filmiku z papierowym samolocikiem wpadającym na brzozę, o emocjonalnym wpisie na fejsie, który wywołał „aferę na pół miasta” (wtedy, kiedy pewien ksiądz nie chciał mu udzielić komunii). Wspomina o swoim wystąpieniu fejsowym, podczas którego nie umiał powstrzymać emocji, popłynęły łzy, znowu wybuchła afera. „Szczerze mówiąc – zrozumiałem, że popełniłem taktyczny błąd, sam wzbudziłem falę, na której konkurencja mogła posurfować, niemniej absurdem wydawało mi się podpisywanie pod przedpotopową tezą, że okazywanie emocji jest niemęskie” – wspomina.

Pisze o debacie, która poszła mu nieźle, jak sam ocenia, ale po której zauważył, że musi popracować „nad nadaniem swoim wystąpieniom trochę większego ciężaru”.

Do błędów się Hołownia przyznaje, tłumaczy się z nich, czasem je usprawiedliwia. Zawsze dodaje, że wnioski zostały wyciągnięte, że jednak coś dobrego z tych potknięć wynikło, że tu się nauczył, tam zobaczył, że ma wsparcie innych. Przewrócił się, powstał, poprawił procedury. Kandydat z ludzką twarzą.

Nie, Hołownia nie jest pożytecznym idiotą Dudy (ani agentem PiS)

To nie jest pamiętnik przygodowy

Fabryka jutra to książka o kampanii, ale przede wszystkim to reklama Szymona Hołowni i Polski 2050. Opowieść o tym, jak to było ciężko, ale z pomocą profesjonalnych narzędzi, doradców, ludzi zaangażowanych w projekt i ze wsparciem wiary, bo o mszach i modlitwach Hołownia też trochę pisze, dał radę i oto zaczyna kolejny rozdział swojej politycznej kariery.

Każdy element tej historii ma znaczenie. Hołownia pisze, jakie miał fajne, poukładane życie, nie cierpiał „na brak wrażeń”, ale postanowił kandydować dla Polski, dla córki. Poświęcił karierę, wydał dużo kasy, umęczył się tymi wszystkimi wyjazdami, ale oto jest tu dla nas.

Podobnie pisze o swoich współpracowniczkach i współpracownikach, którzy się zaangażowali, poświęcili czas, wzięli urlopy z pracy. O jednej z takich osób Hołownia mówi: „zgodził się stanąć w szeregu tych, którzy gotowi byli kłaść na szalę wszystko dla umiłowanej ojczyzny”. Taka postawa ma być uszanowana i ma być wzorem dla innych. „Albo sami się weźmiemy do roboty, poszerzając w naszym życiu sferę działań dla Polski kosztem swojej prywatnej sfery – albo za chwilę zażąda się od nas zapłacenia ceny znacznie wyższej” – pisze.

Dużo w tym patosu, ale to przecież książka odezwa, manifest i apel.

Dziaders, libek i boomer, czyli lewicowa agresja na miarę polskich możliwości

Hołownia został politykiem. Te dwa światy – romantycznego outsidera i uczestnika – chyba w sposób niezamierzony mieszają się w książce.

Z jednej strony Hołownia opowiada, że ludzie widzą politykę jako bagno i szambo, zresztą on sam ją tak określa, kiedy mówi, że podjął decyzję „o porzuceniu wygodnie poukładanego życia i wyruszeniu w sam środek politycznego szamba z misją dotarcia do blokującego odpływ korka”. Z drugiej strony, kilkadziesiąt stron dalej opowiada, że polityka to nie bagno, ale narzędzie zmiany.

Z jednej strony, krytykując PiS i PO, pisze o potrzebie wyjścia z „atmosfery recytowania »przekazów dnia«”, z drugiej opowiada, jak to w sztabie nauczyli się, że takie przekazy, spiny się przydają i sprawdzają.

Fabryka jutra kończy się zapewnieniem, że Polska 2050 jest na dobrej drodze, rozwija się, rośnie. Na ostatniej stronie wymienieni są eksperci i współpracownicy Hołowni tworzący z nim dziś projekt polityczny. Między akapitami znajdzie się też przypomnienie, że można złożyć stałe zlecenie na 20 zł 50 gr, żeby wesprzeć finansowo przedsięwzięcie.

O programie politycznym Hołownia wspomina, choć raczej ogólnie. O planach politycznych też zdawkowo. Skupia się na pokazaniu tego, jak został politykiem, i opowiedzeniu o tym, jaki dobry projekt stworzył. Wielu ta historia może przekonać, bo jest ludzka, bo mało kto w Polsce pisze o kulisach kampanii wyborczych w tak prosty i przystępny sposób. Bo czytający mogą odnieść wrażenie, że oto ktoś wpuścił ich za kulisy, nie ma nic do ukrycia. Mnie do głosowania na Hołownię jego książka nie przekonała, ale przekonała mnie, że jest dobrym obserwatorem i sprawnym politykiem.

*
Szymon Hołownia, Fabryka jutra. Jak postanowiłem rzucić wszystko i uratować świat mojej córki, Znak 2020

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agnieszka Wiśniewska
Agnieszka Wiśniewska
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".
Zamknij