Felieton

Im bardziej kandydat Hołownia zagląda do środka, tym bardziej nie ma tam prezydenta Hołowni

Jak się wpisze w Google „Hołownia program”, to wyskoczy „Mam talent”. Być może dla kandydata Hołowni byłoby lepiej, gdyby tak zostało – ale na to już za późno.

Połowa grudnia: w sondażu prezydenckim Hołownia ma 16 procent, niewiele mniej od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Połowa stycznia: Hołownia ma dziesięć procent. Koniec stycznia: nadal dziesięć. Początek lutego: Hołownia ma sześć procent.

Uwaga – to są różne sondaże. Przeprowadzane przez różne ośrodki, różnymi metodami. Nie da się więc łatwo ich porównać i gdyby to były zajęcia ze statystyki, to nawet porównywać się ich nie powinno. Ale to nie konwersatorium na socjologii, tylko szybki przegląd badań poparcia. Nawet bardzo pobieżne przejrzenie sondaży pokazuje, że czas nie gra na korzyść Szymona Hołowni.


A może tu nie chodzi o czas? Może banalna prawda jest taka, że w grudniu, kiedy jeszcze nie znaliśmy wszystkich kandydatów, a kampania formalnie nawet się nie zaczęła, wybory respondentów bazować musiały siłą rzeczy na tym, co wiedzą o poszczególnych kandydatach. O Hołowni wiedzieli, że to miły pan z TVN, osoba spoza polityki. To grało na korzyść kandydata. Im więcej dowiadujemy się o kandydacie Hołowni, tym mniej ludzi chce na niego głosować. Inna sprawa, że im więcej Hołownia robi, tym łatwiej o wpadkę, problem, kryzys wizerunkowy – jak po publikacji spotu z brzozą.


Pamiętacie, że im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było? I tak samo jest z Hołownią. Im bardziej kandydat Hołownia zagląda do środka, tym bardziej nie ma tam prezydenta Hołowni. Paradoksalnie, najbardziej mogłoby mu pomóc w kampanii, gdyby w ogóle do środka nie zaglądał, nie angażował się politycznie w ten polityczny wyścig.

Jak długo niewiele wiedzieliśmy o politycznym programie, strategii, o czymkolwiek, tak długo był to kandydat z zewnątrz. Idealny dla wyborców zmęczonych politycznymi przepychankami. Tak zresztą w jakimś sensie Hołownia sam siebie przedstawia.

Zagłosuję na Hołownię

 

Kilka razy słyszałam porównania Szymona Hołowni do Wołodymyra Zełenskiego. Zełenski to pan z telewizyjnego serialu, a Hołownia to pan z telewizyjnego talent show. Obaj spoza partyjnego świata. Obaj do czasu wyborów prezydenckich niezaangażowani w politykę. Z tego samego klucza Hołownię porównać można z Donaldem Trumpem. Każde z tych porównań ma być przestrogą dla tych, którzy chcieliby lekceważyć kandydaturę Szymona Hołowni. No bo jeśli Zełenski i Trump zostali ostatecznie prezydentami, to czemu nie on? Z Trumpem to bardziej skomplikowane, ale w sumie jest pewna cecha wspólna kampanii jego i Zełenskiego – mało konkretów, dużo show. Z konkretów – jedna czy dwie frazy powtarzane na okrągło. I tyle. Nikt w zasadzie do dnia wyborów nie znał poglądów Zełenskiego i nie wiadomo było, co on w sumie chce w tej polityce robić, poza byciem prezydentem oczywiście.

Tajemnica sukcesu polega czasem na tym, żeby „być zagadką, której nikt nie zdąży zgadnąć, nim minie czas”. Nic tak nie rozbudza wyobraźni jak tajemnica. Właśnie tajemnica i pewna zagadkowość kandydata sprawiają, że możemy sobie wiele dopowiedzieć. Myk polega na tym, żeby utrzymać tę tajemniczość do końca, żeby nie pęknąć, żeby niczym Stan Tymiński nigdy nie pokazać, co się ma w czarnej teczce.

W kinie znany jest taki trick, który napędza akcję. Na początku wciągamy się w tajemniczą historię, bohaterowie czegoś szukają – najlepiej jakiegoś MacGuffina, czyli jakiegoś przedmiotu czy celu, który sam w sobie nie jest ważny, ale napędza fabułę. Wszyscy szukają szeregowca Ryana czy sokoła maltańskiego. Grunt, żeby jak najdłużej go nie znaleźli, a najlepiej, żeby widzowie nie zobaczyli, czego się szuka. Zawartość teczki Stana Tymińskiego była takim MacGuffinem polskiej polityki. Plan na apartyjne rozwiązanie problemów wojny polsko-polskiej miał być chyba MacGuffinem kampanii Hołowni.

Jest jeszcze inny filmowy moment, kiedy zagadka pęka. To moment wynurzenia się z wody rekina w Szczękach. Zanim się wynurzył, zanim go zobaczyliśmy, był tajemniczy – a przez to przerażający, bo rekin miał przerażać. Wszystkie strachy widza ulokowane były w tym niepokazanym rekinie. Ale gdy już rekin wystawił głowę, to – powiedzmy sobie szczerze – przestało być tak tajemniczo, a co za tym idzie, tak strasznie.

Hołownia może przywrócić w Polsce elementarną wspólnotę polityczną [rozmowa z Rafałem Matyją]

Kampania prezydencka dla kandydata spoza politycznej sceny to może być taki właśnie film. Jeśli chce się utrzymać uwagę widza, trzeba zapowiedzieć jakąś tajemnicę, a jeśli nie chce się tej tajemnicy spalić, to trzeba wytrzymać do końca z ukrywaniem jej. Aż do końca nie pokazać rekina.

Tajemnica sukcesu polega czasem na tym, żeby „być zagadką, której nikt nie zdąży zgadnąć, nim minie czas”.

Szymon Hołownia w dniu ogłoszenia terminu wyborów prezydenckich zaprezentował spot wyborczy. Miało być niewinnie. Miało być o tym, że polityka to jatka, że podziały polityczne nas niszczą, i miał być element ekologiczny, który stał się elementem smoleńskim. No cóż, scena polityczna jest bezwzględna, tak jak Hołownia w absurdalnie szybkich ujęciach pokazał to w swoim klipie. I ta scena go od razu dopadła. Klip musiał zniknąć.

A przecież można było milczeć. Milczenie może się okazać dla kandydata Hołowni złotem. Bo im więcej mówi, im bardziej pokazuje, jakim chciałby być prezydentem, tym bardziej tajemnica znika. A do wyborów jeszcze wiele tygodni.

Tuż po klipie Szymon Hołownia przedstawił swój program wyborczy. Tu uwaga techniczna – jak wpiszecie w Google „Hołownia program”, to wyskoczy Mam talent. By znaleźć info o planach zmian w państwie, trzeba poskrolować niżej, a jak się dobrze pogrzebie, to znajdzie się nawet pełny program zatytułowany Nowy prezydent. Wizja i konkrety prezydentury.

Spot Hołowni pokazał, jak daliśmy się wytresować w sprawie Smoleńska

Może się okazać, że lepiej było dla kandydata, kiedy jedyną reakcją wyszukiwarki na „Hołownia program” było „mam talent”. Bo Hołownia mógłby liczyć na dobry wynik, gdyby mu się udało zachować tę zagadkowość kandydata znikąd, z nie wiadomo jakim projektem politycznym. Im mniej tajemnicy, tym – w przypadku takiego kandydata – trudniej.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".